Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 14 czerwca 2015

Filipiny

Przyleciałyśmy liniami Cebu Pacific do Tagbilaran na Bohol Isla
Z Kuala Lumpur (Malezja) do  Manili (Filipiny) przyleciałyśmy 19 maja linią lotniczą Cebu Pacific. Założyłyśmy, że z Manili z pewnością jest dużo regionalnych połączeń lotniczych na wyspy, bo w końcu Filipiny to kraj wyspiarski, a ludzie ciągle przemieszczają się po kraju.
Cała armia informatorek była gotowa nam pomóc
Również wiele turystów z całego świata odwiedza ten piękny kraj przez cały okrągły rok. Niepotrzebnie tylko kupiłyśmy jednocześnie bilet powrotny na 3 czerwca z Manili do Singapuru, skoro nie wiedziałyśmy jeszcze wtedy, gdzie dokładnie będziemy w tym czasie.
Wylegiwanie się na takiej plaży, to jest dokładnie to, po co tu przyleciałyśmy
Często szybciej i taniej mogłybyśmy wylecieć do Singapuru z wyspy, na której akurat będziemy lub sąsiedniej. Samolot, to w wyspiarskich krajach najczęściej używany środek transportu. Człowiek całe życie uczy się na własnych błędach.
Kształt wyspy Bohol przypomina mi żółwia, którego głową jest Panglao Isla
Gdybym musiała za każdym razem kupować bilet powrotny, moja podróż stałaby się koszmarem. Owszem, zdarza się, że kupując bilet do jakiegoś kraju żądają jednocześnie zakupu powrotnego, ale cierpliwie wówczas tłumaczę, że nie wiem jeszcze, gdzie pojadę dalej. Mam chyba prawo sama decydować o trasie swojej podróży w dowolnym czasie?
Nasz gospodarz Piotr i jego śliczna partnerka, Caren.
Wszystko zależy, w której części kraju się akurat znajdę, gdzie będą najtańsze i najdogodniejsze połączenia lotnicze, a być może wcale nie będę leciała samolotem lecz na przykład pojadę do sąsiedniej granicy autobusem lub promem? Różnie przecież bywa.
Plaża na Isla Panglao
Jedno, co wiem z całą pewnością, to jak długo mogę zostać w danym kraju i tego terminu będę zawsze pilnowała. Dalszą podróż planuję czasami na gorąco, w ostatniej chwili.
W wolnych chwilach przegrywałam zdjęcia do laptopa, mocząc się w basenie przed domkiem
Zazwyczaj takie tłumaczenie wystarcza, aby sprzedali mi bilet one way. Jeśli już trafię na zdecydowany opór,to wówczas kupuję powrotny najtańszy, jaki się da, do najbliższego kraju za miedzą i ignoruję go w swoich dalszych planach podróżniczych. 
Popłynęłyśmy na penetrację głębin morskich
Raz mi się to zdarzyło w 2009r. W tej podróży nie miałam jeszcze takiego przypadku, aby wymuszono na mnie kupno biletu powrotnego. Nie lubię być do niczego zmuszana.Wolę pominąć jakiś kraj na swojej trasie podróży, niż pozwolić, aby inni za mnie decydowali czym, gdzie i kiedy mam lecieć i kiedy wracać do domu. Wystarczy, że decydują o moim bagażu.
Z innymi łódkami popłynęliśmy na poszukiwanie delfinów
Plan nasz był taki, że po pięciu dniach spędzonych w Kuala Lumpur, 14 dni przeznaczamy na Filipiny i 3 dni na Singapur skąd Gosia wraca do Polski, a ja kontynuuję swoją indywidualną podróż do Indonezji lub do Australii.
Po płyciźnie przeszliśmy groblą na wysepkę Św.Franciszka.
W planach mam Australię, jeśli uda się wypełnić po angielsku internetowy wniosek o wizę. Liczyłam na pomoc Gosi w tej kwestii i rzeczywiście ją otrzymałam. Wysłałyśmy mailem prawidłowo wypełnony wniosek, a odpowiedź nadeszła niespodziewanie szybko.
De Francesco Isla to miniaturowa wysepka, do której trzeba dojść pieszo.
Wniosek zaakceptowano i błyskawicznie przysłano mi mailem wizę australijską ważną przez rok.Zaskoczyli mnie tempem ci Australijczycy. Obeszło się bez problemu i bez opłat.
Usiadłam w cieniu drzewa i z zachwytem się przyglądałam. W kostiumie, bo przyszłam wodą. 
Poleciałyśmy więc na Filipiny. Czytając różne informacje na temat tego kraju, jak również blogi podróżników, którzy byli na Filipinach, odniosłyśmy wrażenie, że to niebezpieczny kraj i trzeba być bardzo ostrożnym w zwiedzaniu, szczególnie w miastach.Gdy powiedziałyśmy o swoich obawach Piotrowi, uśmiał się. To najbezpieczniejszy kraj w Azji! powiedział.
Czułam się na tej wysepce, jak Alicja w krainie czarów
Waśnie ze względów bezpieczeństwa zaplanowałyśmy wspólną podróż na wyspy filipińskie, bo w pojedynkę  bałyśmy się tam jechać, a każda z nas od dawna miała na Filipiny ochotę. Manilę, stolicę Filipin,  radzono omijać szerokim łukiem, ale wszelkie loty na inne wyspy zaczynały się właśnie z Manili i nie sposób było ominąć stolicy kraju.
Na każdym kroku natykałam się na figury świętych i wiele aniołków wszędzie było
Nie planowałyśmy pobytu w Manili, tylko przesiadkę i lot na wyspę Bohol (3,8 tys km2 pow) do Tagbilaran City, skąd miał nas odebrać Piotr, Polak mieszkający na stałe w Filipinach.
Aniołki siedziały nawet na konarach drzew
Piotr jest współwłaścicielem resortu wypoczynkowego "Sun Side Resort", na małej uroczej wysepce Panglao. Wyspę Bohol dzieli od Manili 626 km, ale ma ona dobre połączenia lotnicze ze stolicą. Panglao połączone jest z Bohol dwoma mostami.
Będąc na Bohol, koniecznie spędźcie chociaż godzinkę na Isla Francesco. Bajeczne miejsce.
O Piotrze i jego hotelu czytałyśmy z Gosią w internecie jednocześnie, chociaż niezależnie od siebie. Ona w Polsce, ja w podróży, szukając informacji na temat Filipin i ciekawych miejsc do zwiedzenia oraz wypoczynku. Cieszę się, że spotykam w innych krajach Polaków.
Piotr wypatrujący delfiny. Gdzie one się podziały?
Byłyśmy w tym temacie zgodne i zdecydowane spędzić jakiś czas na Bohol, a dokładnie na maleńkiej wysepce Panglao w sąsiedztwie Bohol. Potem planowałyśmy przenieść się na Palavan(11,7 tys km2), ponoć najpiękniejszą wyspę świata. A już z pewnością Azji.
Z piękną i zawsze uśmiechniętą Caren. Idziemy tu wszyscy na obiad.
Chwalą Palavan wszyscy, którzy tam już byli, a ja zawsze wierzę większości. Z Palavanu musimy wrócić do Manilii, aby wylecieć do Singapuru, gdzie Gosia zakończy swoją podróż, a ja polecę dalej. Jeszcze nie zdecydowałam, gdzie dokładnie, ale mam czas.
Małe dzieci filipińskie są milutkie i przyciągają moją uwagę, bo cały czas z rozczuleniem myślę o swoim wyjątkowym i cudownym wnuku, Krzysztofie.
Filipiny to duży kraj wyspiarski na Oceanie Spokojnym w Południowo – Wschodniej Azji. Najbliżej mu na Borneo od strony Morza Sulu i do Indonezji od strony Morza Celebes.
Poznaliśmy u Piotra dwie sympatyczne pary z Warszawy, Kasię i Bartka oraz Sarę i Jędrka.
Blisko mu też do Wietnamu od strony Morza Południowochińskiego, Tajwanu od strony Cieśniny Luzon oraz licznych wysepek we władaniu różnych państw, znanych pod wspólną nazwą Mariany Północne, od strony Morza Filipińskiego.
Zwiedziłyśmy jaskinię
Filipiny mają klimat równikowy, co znaczy, że jest tu ciągle gorąco i wilgotno. Średnie temperatury wynoszą od 26 oC w styczniu, do 28 oC w sierpniu, ale kraj narażony jest na tajfuny, które od czasu do czasu niepokoją mieszkańców.
Woda w jaskini zimna, ale wykąpałyśmy się w niej dla ochłody.
Pora sucha na wyspach trwa od grudnia do maja, pora deszczowa, od czerwca do listopada. W tym czasie mogą padać obfite deszcze monsunowe i wtedy właśnie istnieje  duże niebezpieczeństwo występowania tajfunów.Ale nie na Panglao! mówią, że na Panglao nie ma pory deszczowej. Pogoda zawsze jest piękna i niebo błękitne.
Popłyneliśmy statkiem, na którym jedliśmy obiad. Przy Polakach z prawej, siedzi  pan Jan, malkontent,. Za nimi, dalej, Piotr i Caren. Miło było w towarzystwie Polaków.
W skład Filipin wchodzi 7107 wysp, z czego zamieszkałych jest 880, na których stale mieszka 92  mln ludności. Daje im to 12 miejsce wśród najbardziej zaludnionych państw świata mimo, że szacuje się, iż ponad 11 mln ludności wyemigrowało za  pracą do innych krajów.
Grały i tańczyły młodzieżowe zespoły lokalne. Próbowałyśmy im pomóc. Było wesoło.
Ciekawe, czy u nas w Polsce mogą podać dokłądną liczbę ludzi, którzy w ostatnich np. 20-tu latach, wyemigrowali z kraju. Nazwa państwa Filipiny, pochodzi od imienia króla hiszpańskiego Filipa II Habsburga. Język hiszpański nie przyjął się jednak, jak to się stało w innych krajach podbitych przez Hiszpanów, głównie w Ameryce Środkowej.
Dałam się nawet wciągnąć w tany
Po Hiszpanach zdominowali wyspy Amerykanie, na tyle długo i skutecznie, że to język angielski stał się drugim oficjalnym językiem Filipińczyków, po filipińskim, opartym o tagalog.
Caren szło w tańcu o wiele lepiej. I to w tańcu, między bambusowymi tyczkami.
Wyspy archipelagu filipińskiego były zasiedlone już w czasach prehistorycznych przez lud zwany Negrytami. Z czasem  zaczęli się tam osiedlać Hindusi i Chińczycy oczywiście, bo oni od zawsze osiedlali się wszędzie. Przybyli tu również wyznawcy islamu.
Mijałyśmy inne wesołe łodzie. Wszyscy bawili się świetnie.
Stąd takie zróżnicowanie kulturowe i religijne na wyspach, chociaż większość stanowią obecnie wyznawcy religii rzymsko-katolickiej.Filipińczycy, to autentycznie wierzący ludzie.
Chłopaki skakali z palm do wody, zwrcając na siebie uwagę turystów
Stało się to za przyczyną Hiszpanów, którzy zdominowali, skolonizowali i schrystianizowali wyspy od momentu, gdy Ferdynand Magellan odkrył archipelag wysp w 1521r. 
Dobiliśmy do wyspy Loboc i jechałyśmy wagonikiem nad dżunglą i rzeką w kanionie.
Fakt ten jest licznie upamiętniany pomnikami w różnych miastach filipińskich. My podziwialiśmy ten w Cebu. To największy pomnik, jaki kiedykolwiek widziałam.Potem Hiszpanie się wynieśli, ale wiara katolicka pozostała w narodzie filipińskim do dzisiaj.
Odważniejsi zjeżdżali nad kanionem Danao na linie
Cebu, to miasto nie najpiękniejsze, można nawet z całą pewnością powiedzieć, że to brzydkie miasto, ale historyczne. W 1565r, gdy na Filipiny przybył z Meksyku de Legazpi Miguel Lopez,założono pierwszą europejską osadę Cebu.Jego okazały pomnik stoi w Cebu.
Ja cierpliwie czekałam, aż zabierze mnie stąd wagonik.
Dopiero potem, w 1571r założono miasto Manila, które było stolicą Hiszpańskich Indii Wschodnich i którą  potem mianowano stolicą kraju. Dzisiaj to jest to ogromne miasto-moloh. Kraj uznawany jest za wybitnie katolicki, ale występują tutaj również inne religie.
Odwiedziliśmy rezerwat przyrodniczy
Islamistów na Filipinach szacuje się na 5,5%, buddystów na 0,09%, wyznawców tradycyjnych religii plemiennych na 1,5%, niewierzących żadnej religii, na 0,1%, a w 2014r zarejestrowano tu pierwszy Filipiński Kościół Prawosławny, podlegający Patriarchatowi w Moskwie. Oho! Nadchodzą Rosjanie! Większość jednak, nadal stanowią tutaj katolicy.
Podglądaliśmy maleńkie, jak pięść człowieka tarsiery, które śpią w dzień, bo w nocy żerują.
W XIXw nastąpiła zmiana i to wcale nie pokojowa. Hiszpanie zostali wyparci z archipelagu, a kontrolę nad Filipinami objęli Amerykanie. Trzymali się długo.
Pokonałam strome schody, aby dostać się na taras widokowy....
W czasie II wojny światowej Filipiny dostały się na pewien czas pod okupację Japończyków, lecz w lipcu 1945r Japończycy zostali z tych terenów wyparci przez Amerykanów. Równo rok później proklamowano niepodległość państwa Filipiny.
.....aby podziwiać wzgórza czekoladowe, Chocolate Hills.
Ciekawostką jest, że Dzień Niepodległości obchodzony jest tu 12 czerwca, kiedy to właśnie tego dnia 1898r uwolniono się spod panowania Hiszpanów, a nie dzień wyzwolenia spod okupacji japońskiej, ani wyjścia spod panowania Amerykanów. To tak, jak my byśmy ciągle świętowali zakończenie pierwszej wojny światowej, zapominając o drugiej.
Na Siquijor Isla nie mogłam się  kąpać w morzu, które widać było z tarasu naszego domku
Filipińczycy to dzielny i buńczuczny naród, nie poddający się bezwolnie biegowi historii. Mają na swoim koncie kilka powstań przeciwko kolonizatorom, działali w partyzanckim ruchu oporu w czasie okupacji japońskiej, walczyli w powstaniu chłopskim w sprawie reformy rolnej. Potrafią walczyć o swoje.
ale mogłam chłodzić się w basenie na terenie resortu
Po odzyskaniu niepodległości, rządy w kraju objął Ferdynand Marcos, którego dyktatorskie panowanie trwało od 1965r do 1986r, tragedia! W tym czasie naród miał wiele zrywów powstańczych oraz strajków i manifestacji, jednak długo trwało nim się pozbyli dyktatora.
Zwiedziłyśmy wysepkę tuk-tukiem z sympatycznym driverem o imieniu Tata.
W końcu się udało i to dosyć łagodnym i pokojowym sposobem. Przerwano dyktatorskie rządy Marcosa, naród pozbierał się jakoś i kraj zaczął wracać do równowagi politycznej i gospodarczej.Myślę, że trudniej im się skrzyknąć w sprawie ogólno narodowej, niż np. Polakom, bo rozproszeni są na wielu wyspach, oddzieleni morzami. Ale dają radę.
Obejrzałyśmy procesję z muzyką jazzową
Po wywalczeniu wolności, nieraz może się okazać, że wpadło się z deszczu pod rynnę. Skąd my to znamy? Gdy odkryto, że Prezydent Joseph Estrada dokonywał malwersacji finansowych, natychmiast pozbawiono go urzędu i zarządzono wybory nowego Prezydenta. 
Podziwiałyśmy stroje uczestników procesji
Filipińczycy radzą sobie nieźle z politykami i wybierają tak często, aż wybraniec sprawdzi się w działaniu na rzecz kraju i jego mieszkańców.Obecnie są zadowoleni z rządu.
Powierzyłyśmy swoje umęczone stopy rybkom w fish spa. Dziewczyny odsłaniają mi napis.
Największe wyspy na Filipinach, to Luzon, Mindanao, Samar, Negros, Palavan, Panay, Samar, Mindoro, Leyte, Cebu, Bohol i Masbate. Najbardziej urokliwe są jednak te małe. Zbiorowisko wysp archipelagu podzielono na 17 regionów.
Chętnych do tego darmowego zabiegu kosmetycznego, nie brakowało.
Regiony z kolei, podzielono na trzy grupy: Luzon, Visayas i Mindanao, co pozwala dokładniej określić w jaki rejon się wybieramy. Bohol Island znajduje się w obrębie grupy Visayas.
Rybacy i rozwoziciele towarów między wyspami, kiwali do nas przyjaźnie
Największymi atrakcjami turystycznymi na Filipinach są liczne przepiękne plaże z białym miałkim piaskiem, często otoczone słaniającymi się palmami (przez te tajfuny), co tworzy bajkowy obraz przyrodniczy. 
Zobaczyłyśmy Cambugahay Falls
Pływanie między wysepkami, charakterystycznymi dla Filipin kolorowymi łódkami z ogromnymi bocznymi płozami, to wspaniała przygoda dla turystów. Łódkę można wynająć, wraz ze sternikiem, podobnie, jak samochód wraz z kierowcą.
Chłopaki lubią tutaj popisywać się sprawnością fizyczną
Lasy tropikalne Filipin zachwycają swoim bogactwem. Na Filipinach występuje również endemiczna fauna i liczne rafy koralowe, co przyciąga zwolenników nurkowania i snorkelingu. W morzu można oglądać również delfiny i rekiny. Nie dałyśmy się z Gosią namówić Piotrowi na te rekiny. Chociaż, gdybyśmy zostały tam dłużej, to kto wie?
Obejrzałyśmy bardzo starą szkołę katolicką z 1887r
Mili i z natury radośni mieszkańcy dopełniają zbioru wszelkich zalet archipelagu powodując, że chętnie przyjeżdżają tutaj turyści, a niektórzy nawet się tu osiedlają na stałe.Takim osadnikiem, który odwiedziwszy Filipiny poczuł, że to jest jego wymarzone miejsce na ziemi, jest właśnie Piotr Chyliński, muzyk. Ale Polaków na Filipinach jest więcej.
I taki sam stary kościół St.Isydora. Unikalna drewniana podłoga.
Piotr, to były  perkusista bardzo kiedyś popularnego u nas zespołu muzycznego „Lombard”. Pamiętam ten zespół, bo od zawsze w PR słuchałam muzyki. Najczęściej w radiu puszczali  ich piosenkę "Szklana pogoda", lecz hitem była w tamtych latach piosenka "Przeżyj to sam". Mówię o latach 80-tych ubiegłego wieku.
Wszystko sypie się ze starości, ale trwa. Z okien jest piękny widok na park.
Piotr wybrał sobie małą wysepkę Panglao leżącą tuż przy wyspie Bohol, pobudował na niej dwa domy i utworzył „Sun Side Resort”. Do niego pojechałyśmy. Teraz zachęcam innych, aby przybywali do resortu Piotra, bo wiem, że nie pożałują decyzji.Kontakt do Piotra, to  e-mail: info@sunsideresort.pl
Na drzwiach wiodących do jednego z pomieszczeń, tablica z uśmiechem naszego papieża.
Piotr jest przemiłym i bardzo uczynnym człowiekiem. Odebrał nas z Caren swoją wypasioną terenówką i przywiózł do przeznaczonego dla nas bambusowego domku na terenie swojej posiadłości. Wszystko od razu nam się tutaj podobało i nie rozczarowałyśmy się z czasem. Na terenie resortu znajduje się basen, restauracja oraz winiarnia piwniczna.
W holu starej szkoły, ciekawe wskazówki dla kobiet w sprawie mody
Piotr oprócz wynajmowania rooms i bungalowów ma w swojej ofercie również transport z i na lotnisko lub Ferry (w rozsądnej cenie 500 peso za kurs,bez względu na ilość pasażerów i bagaży) oraz różne wycieczki do atrakcji znajdujących się na wyspie Panglao i Bohol. Można też u niego wynająć skuter (300 peso za dobę) jeżeli samodzielnie chcemy zwiedzać wyspy.
W żadnym miejscu nie sposób było ominąć sklepu z pamiątkami
Największą atrakcją na Bohol-Panglao są oczywiście plaże, do których można dojść pieszo lub dojechać maleńkimi tuk-tukami. Z uwagi na nasze nastawienie na całkowite poddanie się lenistwu po trudach podróżowania poznawczego, preferowałyśmy z Gosią plażę należącą do „Bohol Beach Club”, do której jeździłyśmy tuk-tukiem.
Nasz driver Tata Cenas wśród oryginalnych muszli z filipińskich mórz
Wejście na teren Clubu kosztuje 600 peso, z czego 450 peso jest do wykorzystania w konsumpcji, więc konsumowałyśmy. Szczupli, pachnący i dyskretni kelnerzy donosili nam na plażę drinki, coctaile lub piwo, w zależności, co sobie zamówiłyśmy. Sami oferowali się również do fotografowania nas naszymi aparatami.Gratis. Bardzo uprzejmi i uczynni ludzie.
Przysiadłam na chwilę odpoczynku, podziwiając piękne muszle
Chcąc coś zjeść, przechodziłyśmy na taras, do ładnej i dużej  restauracji. Na co dzień przeważnie żywiłyśmy się chińszczyzną w różnych, licznych tu jadłodajniach, bo dla mnie nie ma lepszego jedzenia w Azji, niż rice and chicken. natomiast w Clubie popijałyśmy sobie soki, coctaile i drinki. Czasem jednak coś tam też zjadłyśmy.
Dzieci filipińskie lubią być fotografowane
Kończąc pobyt na plaży, rozliczaliśmy się w restauracji. Gdy nie wykorzystałyśmy całego limitu z należnej nam kwoty, jeszcze coś piłyśmy, a gdy ten limit przekroczyłyśmy, trzeb było dopłacić do rachunku. Praktyczne rozwiązanie.
Dziewczynka przed budką fryzjerki
Ceny coctaili wahały się w granicach od 105 do 240 peso. Pina Colada kosztowała 185 peso, Mango Daiquiri (pyszne) 115 peso, Mojito i Margarita po 215 peso, Blue Hawaiian, które wyglądało tak pięknie, że aż szkoda było niszczyć tak kolorową kompozycję, 185 peso. Rum z Colą oraz Gin Tonick były po 105 peso. Dla jasności podam, że 100 peso ma wartość 8 zł.
Kościół Katolicki na Siquijor. Śliczny, gdyby nie te kable.
Będąc już przy cenach podam, że tuk-tuk kosztował 100 peso, jeżdżąc zawsze we dwie, płaciłyśmy po 50 peso (4 zł) na łebka, danie w restauracji pn. Santed King Prawn, które zamówiła sobie Gosia kosztowało 520 peso, Chicken Stuffed Crabmeat, które zamówiłam sobie ja, 400 peso. Piłyśmy mnóstwo soków ze świeżo wyciskanych owoców.
Na koniec wszyscy zjedliśmy lody halo-halo, polecany specjał filipiński
Najczęściej spożywanym przez nas napojem był sok z mango za 100 peso. Mango na Filipinach smakowało jakoś inaczej, zupełnie wyjątkowo, więc piłyśmy go bez umiaru. Dodatkowo jadłyśmy świeże owoce mango, jakby nam jeszcze było mało. W takiej samej cenie były świeże soki z Pineaplle i banana. Shake milk z tych owoców kosztowały 140 peso. Cena Hot caffe lub tea to koszt 45 peso, a mrożona kawa 80 peso.
To deser lodowy z owoców, żelek, kruszonego lodu i jeszcze paru niezidentyfikowanych składników. To rodzimy wynalazek Filipińczyków.
Piwo w butelce „San Miguel Pale Pilsen” 80 peso, a puszka czerwonego piwa „Red Horse Beer” 90 peso. Coca-cola 50 peso, puszka soku pomarańczowego 65 peso. Wszystkie ceny, jakie podaję, są to ceny z plaży. W mieście, na straganach i w marketach ceny są niższe, ale my nie mogłyśmy przecież odessać się od plaży.
Chodziłyśmy też nad namorzynami. U tej pani wniosłyśmy opłatę i wpisałyśmy się do zeszytu.
Leżaki z materacami, białe plastikowe krzesełka i stoliki były na terenie Bohol Beach Club za darmo, puszyste białe ręczniki wypożyczało się pod zastaw 500 peso, które przy wyjściu się odbierało. Plaża czyściutka, wiecznie sprzątana, grabiona, woda w morzu krystalicznie czysta, mieniąca się seledynowym błękitem. Gratisowo cały czas błękitne niebo nad nami.
Mostki już wysłużone i chwiejne, deski telepią pod nami. Trzeba uważać.
Z czasem, gdy już zbytnio spiekłyśmy się na słońcu (chociaż ja słońca unikałam i chowałam się w cieniu palm, nie uniknęłam ostrej opalenizny, zupełnie nie rozumiem, dlaczego), postanowiłyśmy wybrać się na Piotrowe wycieczki.
Chłopcy skakali do wody, bo to już zapewne sport narodowy i numer popisowy
Zdradzę, że Piotr ma śliczną narzeczoną Filipinkę o romantycznym imieniu Caren, która towarzyszyła nam na wycieczkach, jeśli nie wypadł jej akurat „dzień domowy” wg stworzonego przez tą sympatyczną parę własnego grafiku praw i obowiązków. Za kilka tygodni Piotr z Caren polecą do Polski, aby wziąć tam ślub. Ciekawe, czy Caren spodoba się nasz kraj. Zapytam ją o to mailem, po ich powrocie z Polski na Panglao.
Pani dźwiga towar do swojego sklepiku na wodzie. Będzie go potem sprzedawała turystom
Bohol swoim kształtem przypomina mi żółwia. Jego głową jest Panglao Island, a ogonem, Laping Island. Wycieczki proponowane przez Piotra są atrakcyjne, zwiedza się w jednym dniu kilka atrakcji, a każda z nich daje naprawdę wiele przyjemności. Byłyśmy na dwóch. 
Przyjemne i spokojne miejsce
Pierwsza miała w programie wyprawę łodzią na snorkeling, dopłynięcie do miejsca, gdzie często można spotkać delfiny i żółwie. Delfiny tylko śmignęły i już nie wróćiły. Ogromne żółwie oglądaliśmy z łodzi. Piękne. Wizyta na pięknej, jak z bajki świętej wysepce Virgin Island zrobiła na mnie duże wrażenie. Zwiedzaliśmy też jaskinię.
W resorcie u Brusa na Siquijor można sobie wynająć taki domek na drzewie. 
W życiu nie pływałam z  maską i rurką w morzu. Prawdę mówiąc, to ja ogóle nie pływałam! A teraz? Proszę bardzo, dlaczego nie? Kiedyś trzeba zacząć. Wprawdzie bałam się odpłynąć od łódki i co chwilę kurczowo chwytałam się burty, ale jednak oddychałam rurką i patrzyłam z ciekawością w głąb morza. Było tam jasno i kolorowo. Wszystko żyło, iskrzyło się kolorami, zadziwiało kształtami. Piękny podwodny świat otworzył się dla mnie na maleńkim Panglao.
Cały posadzony jest na konarach drzewa, tylko schodki ma z boku.
Popłynęliśmy dalej, lecz gdy w pewnym momencie Piotr powiedział, że możemy wysiąść z łódki i przejść pieszo groblą po morzu do miniaturowej wysepki, oczom nie wierzyłam. Pieszo groblą po morzu? Niesłychane, ale prawdziwe. Poszłyśmy do niej.
Świeże rybki smażone w plenerze,lecz nie dla nas. Dla uczestników wycieczki zorganizowanej.
To jest najprawdziwsza miniaturowa wyspa, starannie zagospodarowana. Święta wyspa, jak ją nazwałam, ponieważ  znajdują się na niej liczne scenki i statuy świętych tonące w zieleni i różowych kwiatach. Niesamowite miejsce. Chodziłam po tej wyspie i ciągle nie miałam dosyć oglądania i fotografowania. Skąd tu takie miejsce?  To tutaj  jest Raj?
Tym statkiem popłyniemy do Cebu
Na koniec wycieczki popłynęliśmy do jaskini. Po jaskiniach oglądanych na Borneo, trudno jest zachwycić się innymi jaskiniami, ale owszem. Skoro Bohol posiada również jaskinie, trzeba ją zobaczyć. Mam teraz okazję zaprezentować zdjęcia Krzysztofa Świercza, (o którym pisałam w postach z Borneo), które zrobił w jaskini na Borneo wylatującym nietoperzom.
Borneo. Wylatujące na żer nietopeze. Fot.Krzysztof Świercz
Przypomnę, że gdy na Borneo byłam na wspólnej wycieczce do jaskiń, aby obserwować wylot nietoperzy na żer, spadł deszcz i nietoperze nie wyleciały. Następnego dnia Krzysztof z Anią byli na zupełnie innej wycieczce, ale wracając skręcili ponownie do tej jaskini i mieli farta. Nietoperze wyleciały.
Szybujące nietoperze. Fot.Krzysztof Świercz
Myślałam, że z żałości popłaczę się, że nie było mnie tam w takim ważnym momencie. Po powrocie do Warszawy Krzysztof przysłał mi życzenia imieninowe, a w prezencie załączył kilka przepięknych zdjęć z wylotu nietoperzy i pozwolił je zamieścić na moim blogu. Wspaniały prezent! Jeszcze raz dziękuję Ci ślicznie, Krzysztofie. Prawda, że śliczne? Wspomnienia już są piękne, chociaż świeże jeszcze, ale wracamy na Bohol, na Filipiny.
Borneo. Wylatujące z jaskini nietoperze. Fot. Krzysztof Świercz
Druga wycieczka obejmowała rezerwat przyrodniczy, a w nim miniaturowe zwierzątka z długimi ogonami i ogromnymi, okrągłymi oczami. Wyglądały, jakby były w za dużych na siebie okularach. Następnie jazda kolejką linową nad dżunglą, spacer wiszącymi bambusowymi mostami, czekoladowe wzgórza zadziwiające swoim kształtem oraz rejs statkiem połączony z obiadem i występami artystycznymi filipińskich zespołów regionalnych.
Lot nietoperzy. Borneo. Fot. Krzysztof Świercz
Niezapomniane przeżycia. Tarsiery, (tak nazywają się te mini małpki), były rzeczywiście miniaturowe i trudno je było wypatrzeć na drzewach. Wolontariusze pracujący w rezerwacie pomagali nam i wskazywali bambusowym patykiem miejsca, gdzie przycupnęły tarsiery. Przytulone do gałęzi tkwiły tam w bezruchu.Tarsiery występują tylko na filipińskich  wyspach Bohol i Mindanao oraz w niektórych miejscach na Borneo i Sumatrze. Unikatowe małpki.
Nietoperze na Borneo. Niesamowity widok, chociaż zniknął mi kolor. Fot.Krzysztof Świercz
Występy artystyczne Filipińczyków zachwyciły nas, jak wszystko w tym kraju. Niesamowicie przyjemni i radośni ludzie. Weseli, roztańczeni, rozśpiewani. Czasami nawet Gosia pytała, czy słyszę, jak oni coś robiąc, czy po prostu idąc ulicą, śpiewają? Śpiewają, bo im widocznie radośnie na duszy. W tak malowniczym kraju, to chyba człowiek rodzi się już szczęśliwy.
Płyniemy do Cebu
W pewnej chwili dałam się nawet wyciągnąć przed szereg, żeby zatańczyć z nimi, ale szło mi średnio. Trzeba mieć dryg do takich tańców. Ale zabawa była świetna. Nie dałam się jednak  namówić na zjazd liną w dół nad dżunglą. Skorzystałam z kolejki, którą jazda również była szaleńcza, ale mogłam trzymać się poprzecznej poręczy i nie patrzeć w dół lecz przed siebie.Jedną ręką robiłam jeszcze zdjęcia w powietrzu. Akrobatyka.
Jest wygodniej, niż na promie. Można być na górnym otwartym pokładzie.
Dałam radę. Jadąc kolejką widziało się więcej, ponieważ ci na linie śmigali szybko w dół i wątpię, czy mieli czas przyglądać się mijanym polom, drzewom i rzece. Potem pojechaliśmy oglądać Chocolate Hils, Czekoladowe Wzgórza, które leżą niemal w samym środku wyspy.
Wreszcie mamy wiaterek
Wzgórza wyglądają, jak mufinki obsypane sproszkowaną czekoladą. Mają zadziwiający, równy,  kopulasty kształt, aż trudno uwierzyć, że tych kopułek nie usypał człowiek. Przyroda często zadziwia swoją pomysłowością. 
Czekoladowe wzgórza . Jest ich ok.1700, wyglądają, jak czekoladowe mufinki
Kopulaste wzgórza porośnięte są jedynie trawą. W pewnych okresach są zielone, a w okresie suszy, gdy trawa brązowieje, przybierają czekoladowy kolor.To była wspaniała wycieczka. Polecam ją każdemu kto odwiedzi Panglao i posiadłość Piotra Chylińskiego.
Praktycznie przez cały rejs nie schodziłyśmy z górnego pokładu.
Piotr jest bardzo przyjaźnie nastawiony do turystów, wszystko cierpliwie tłumaczy i pokazuje. Zawsze ma dla nich czas. Zatrzymuje się po drodze w miejscach, które nas interesują lub gdy chcemy zrobić jakieś zakupy do swojego domku. 
Ciekawy architektonicznie kościół w pobliżu terminalu Ferry
Skręci też w razie potrzeby do bankomatu i pomoże w obsłudze, gdy taka pomoc będzie  potrzebna. Na Panglao nie ma bankomatów, ale na Bohol  już są.Wartością samą w sobie jest to, że mieszkając w Sun Side Resort, możemy w każdej kwestii dogadać się po polsku.
Wnętrze nowoczesnego kościoła
Bardzo miła i kontaktowa jest również jego przyszła żona, Caren, nie wspominając już nawet, że jest to piękna młoda kobieta, trudno od niej oderwać wzrok. I dodam szeptem, że szaleńczo w Piotrze zakochana, co widać gołym okiem po gestach i wzroku, jakim na niego patrzy. Wspaniała para! Życzę im wszelkiej pomyślności we wspólnym życiu na Panglao!
Takie autobusy jeżdżą po ulicach Cebu
W ramach wycieczki odwiedziliśmy również miejsce, gdzie chodziło się wiszącymi mostami z bambusa, wysoko w górze, nad dżunglą. Dla mnie to nie było już takie straszne przeżycie po chodzeniu wiszącymi mostami na Borneo. Mosty na Bohol są szersze, solidniejsze i czułam się na nich zupełnie bezpiecznie.
Jakiś urzędowy budynek, ale już widzimy, że mają tu również halo-halo.
W Panglao byłyśmy od 19 do 27 maja, osiem dni. Wynajęcie domku kosztowało 1.700 peso dziennie, dzieląc to na dwie osoby, wypadło po 850 peso na osobę x 8 dni = 3.400 peso, tj 272 zł/os. Można żyć. Dla singla wychodzi drożej, ale to już taki los podróżujących singli. Nadszedł w końcu czas wyjazdu, skoro miałyśmy jeszcze w planie Palavan i Singapur.
Pomnik upamiętniający odkrycie Filipin przez Europejczyków
Piotr powiedział, że planując Palavan zrobiłyśmy dobrze, bo to piękna wyspa i warto tam pojechać. W ostatniej jednak chwili plany się zmieniły. Gosia zaczęła mieć wątpliwości, które mi tu trudno określić. Wątpliwości Gosi zdarzały się często. Była rozdarta, chyba dlatego, że chciała dużo zobaczyć i przeżyć w zbyt krótkim czasie.
To ogromna budowla, przedstawiająca cały statek Magellana i jego załogę
Chyba  Gosi chodziło o to, że Palavan oddalony jest bardziej od Manili, (chociaż ja nie jestem tego taka pewna), że czasu jest niewiele, więc nie zdążymy tej wyspy porządnie zwiedzić, ponieważ 3 czerwca chciała być już w Singapurze, a  na 6 czerwca miała bilet powrotny z Singapuru do Polski.
Odkrycie archipelagu filipińskich wysp nie wyszło Magellanowi na zdrowie.Nawet gorzej, stracił tam życie. Zabili go tubylcy na wyspie Mactan.
Poza tym lot z Palavanu na Singapur może wynieść nas drożej, więc może lepiej popłynąć na Siquijor? Gosia czytała blog polskich chłopaków, którzy tam mieszkają i strasznie się napaliła na tą wysepkę. Nie było rady. Popłynęliśmy na Siquijor.
Hiszpanie do podbijanych krajów przywozili z sobą chrześcijaństwo
Mnie ostatecznie było wszystko jedno, chociaż psychicznie bardzo byłam nastawiona na Palavan, ale ja jestem cały czas w podróży i wiem, że do Filipin jeszcze wrócę, więc mogę sobie pojechać potem na Palavan sama. Popłynęłyśmy więc promem na małą filipińską wysepkę Siquijor.
Bardzo stary, z czasów kolonialnych kościł San Juan Bautista (1875r) w Cebu
Dla mnie był to wyjazd nietrafiony. Wprawdzie domek był w porządku, blisko plaży, ale na tej plaży można było tylko leżeć i wywracać oczami wpatrując się w niebo. Woda w morzu nie nadawała się do kąpieli. Ja na słońcu nie leżę, więc na tej plaży nie miałam nic do roboty.
Wnętrze tego maleńkiego kościoła
Lubię pławić się w morzu, ale gdy tutaj weszłam do wody, mulaste dno mąciło wodę, nogi grzęzły w mulastym podłożu i lepiej było szybko z tej wody wyjść, aby muł nie wciągnął na dno. Nikt na tej plaży się nie kąpał. Większość resortów miała baseny, nasz też, więc chętnie zostawałam na terenie resortu i pracowałam w laptopie nad zdjęciami. Jest ich tak dużo, że zaniedbanie segregowania ich na bieżąco, grozi chaosem.
Filipinki
Postanowiłyśmy wcześniej zakończyć pobyt na wyspie Siquijor i zatrzymać się na dwa dni w Cebu. Bilet powrotny do Singapuru miałyśmy na 3 czerwca z Manili. Nie wiadomo po jakie licho, bo z Cebu mnóstwo samolotów lata bezpośrednio do Singapuru i taniej. Ale tego faktu już zmienić nie mogłyśmy, więc z Cebu musiałyśmy polecieć do Manili, aby przesiąść się na samolot do Singapuru. Ot, przypadki chodzą po ludziach.
Stary, oryginalny dom pierwszych chińskich osadników w Cebu przy Mabini Street
Wydatki, wydatki, wydatki. Wiele z nich niepotrzebne. Mój stały problem to sprawa bagażu. Lecąc na Filipiny musiałam sporo dopłacić do bagażu, a z jednej linii lotniczej nawet zrezygnowałam, mówiąc trudno, ale ja tym lotem nie polecę, tyle za bagaż nie zapłacę. Cena opłaty bagażu była tu bowiem wyższa niż biletu mojego lotniczego.
Tablica pamiątkowa
Gosia z kolei miała bagaż lekki, nawet nie płaciła za bagaż do 20 kg, tylko do 15 kg, bo jej walizka ważyła 10 kg 60 dkg. Moja prawie 26 kg! Moim usprawiedliwieniem jest to, że ja podróżuję bardzo długo i muszę mieć przy sobie wszystkie niezbędne rzeczy i sprzęt.
Patio
Z Gosią natomiast ustaliłyśmy wcześniej, żeby nie dźwigała już ze sobą z Polski laptopa, ciężkiego aparatu fotograficznego, tych wszystkich kabli, przełączników na zmianę prądu, czajnika elektrycznego, noża, nożyczek itp., bo może korzystać tu z mojego sprzętu.
Portrety rodzinne
Gosia miała z sobą jedynie dwie komórki i mały, kieszonkowy aparat fotograficzny oraz pendrive, aby z moich kart oraz ze swojej komórki przegrywać dla siebie zdjęcia za pomocą laptopa. Oprócz walizek miałyśmy przecież jeszcze po jednym plecaku każda, a ja dodatkowo torbę z aparatem fotograficznym, której już w plecak nie zmieściłam.
Wyjście na patio z kuchni
Na szczęście plecaków, jako bagażu podręcznego nam nie ważyli, bo bym znowu miała kłopot, ponieważ mój ważył prawie 9 kg, a taki bagaż może mieć jedynie do 7 kg. Gosi przekraczał odrobinę ponad 5 kg! Na początku ważył nawet 4 kg. Taki bagaż jest ok.
Bawialnia
Po tej historii z ceną za bagaż wyższą, niż kosztował bilet lotniczy, z powodu czego zrezygnowałyśmy z tamtego lotu,  postanowiłam części bagażu się pozbyć i wysłać paczkę do Polski. Zrobiłam to na Filipinach i zaraz mi ulżyło w walizce, na plecach i na duszy.
Opiekun domu
Z paczką pojechałyśmy na pocztę tuk-tukiem. Urzędnicy pocztowi byli nadzwyczajnie mili i pomocni. W krajach azjatyckich jest tak, że nie wolno przynieść zapakowanej paczki. Najpierw urzędnik musi sprawdzić, co się w niej znajduje, potem dopiero, w jego obecności można paczkę zapakować, oblepić taśmą i zaadresować.
jadalnia
We wszystkich tych czynnościach urzędnicy pomagają z pełnym poświęceniem, również przy wypełnianiu formularzy. Teraz już spokojnie sobie podróżuję z bagażem głównym do 20 kg i z niewielkim plecakiem, chociaż nadal uważam, że ten bagaż jest wciąż za ciężki. Być może jeszcze trochę rzeczy odeślę do domu, gdy znowu znajdę się w jakimś tańszym kraju.
Stoliczek, przy którym gospodarze pili kawkę po obiedzie. Po stuleciach siędzę przy nim ja.
Odesłałam 7 kg, za paczkę zapłaciłam 3.080 peso, czyli ok 240 zł i mam święty spokój. Wiem, że w innych krajach bym zapłaciła dużo drożej, dlatego wysłałam ją z Filipin. Mam nadzieję, że  paczka dojdzie. Pan powiedział, że zwykła paczka idzie do Polski dwa miesiące, a lotnicza, trzy tygodnie. Wysłałam lotniczą, bo różnica w cenie była niewielka.
stare, trzeszczące schody wiodące do górnych pomieszczeń
O Cebu nie wiedziałyśmy zbyt wiele poza tym, że miasto pełni rolę punku tranzytowego dla podróżujących środkami transportu powietrznego i wodnego. Żeby polecieć do Manili samolotem i tak trzeba najpierw dopłynąć promem do Cebu.
Bardzo stara rzeźbiona szafa
Pomyślałam, że nic się nie stanie jak spędzimy tam dwa dni, bo u Brusa nic ciekawego nie ma, poza piaskiem na plaży i nieczynnego do kąpieli morza, więc to będzie tylko takie przeczekiwanie, na co szkoda czasu. Z początku myślałam, że Gosia chce tych polskich chłopaków odwiedzić co pisali bloga o tej wyspie, ale nic o tym nie wspominała, to ja też nie.
W tej rodzinie większość stanowiły kobiety.
Nasz hotel na Siquijor nazywałam „u Brusa” bo nazywał on się „The Bruce” co kojarzyło mi się z nazwiskiem przyjaciela mojego syna. Całkiem przyjemne miejsce, gdyby nie problem z tym morzem nie do kąpieli. Gosia poparła pomysł z Cebu i popłynęliśmy.
pomieszczeń jest dużo, również pamiątek rodzinnych, fotografii i obrazów
Nie zbierałyśmy wcześniej informacji o tym mieście, bo nie było go w naszych planach podróżniczych. Teraz dopiero wiem, że to bardzo stare miasto, powstałe na bazie pierwszej europejskiej osady, w którym władze kolonialne umieściły swoje urzędy administracyjne.
Ten chłopak ciągle coś robi, nosi, biega, ale przywołany, przystaje i rozmawia ze zwiedzającymi
Samo miasto jest brzydkie. Leży po środku wyspy o tej samej nazwie. Wyspa o bardzo wydłużonym kształcie wpasowała się równo między wyspy Bohol i Negros, wyciągając się jeszcze dalej, między Leyte z jednej i Bantayan z drugiej strony. Na wyspie Bantayan również mieszkają Polacy i piszą bloga. Wyraźnie widać, że Filipiny czarują Polaków.
Jakby za chwilę miała tu przyjść rodzina na obiad
W Cebu z łatwością znalazłyśmy hotel. Nie poszłyśmy zwiedzać miasta, bo było już za późno. Byłyśmy wykończone wielogodzinną podróżą promem i ciągłym rykiem jego silników. Podróż promem jest sama w sobie atrakcyjna, ale gdy trwa wiele godzin, traci urok, ponieważ z reguły nie dba się na promach o wygodę pasażerów.
Patio
Nie ma na zewnątrz ławeczek, aby podziwiać mijaną okolicę. Nie ma żadnej kawiarenki, nawet zwykłego bufetu, gdzie można by kupić kawę i jakąś przekąskę, czy ciastko, albo wypić jakiś sok lub piwo.  W zamkniętym pomieszczeniu z brudnymi szybami jest nudno.
Wpisałam się do pamiątkowego zeszytu
Następnego dnia, z samego rana, zaraz po kawie, postanowiłyśmy wyruszyć na zwiedzanie Cebu. W końcu każde miasto jest jakieś, nie ma co kręcić nosem, brzydkie, nie brzydkie, tylko trzeba go obejrzeć, jak się już w nim jest.  
Warto było przyjechać do Cebu, aby zobaczyć ten stareńki dom i poczuć atmosferę tamtych czasów
W czasie spaceru po mieście humory nam się poprawiły, ponieważ Cebu zaskoczyło nas szczegółami. Takie brzydkie miasto ma coś tak pięknego? Dziwiłyśmy się. O rany! Takie coś w Cebu? nie do wiary!
A to cóż takiego? trzeba podejść bliżej i zobaczyć.
Zadziwieniom nie było końca. Ostatecznie obie przyznałyśmy, że dobrze się stało, iż przypłynęłyśmy do Cebu na te dwa dni, żeby zobaczyć takie niespodziewane atrakcje.
Metropolitan Cathedral w Cebu
Duże wrażenie zrobił na mnie pomnik Magellana. To ogromna rzecz, przedstawiająca pierwszego odkrywcę Filipin, jego statek, jego marynarzy. Niesamowite dzieło sztuki.
Wnętrze katedry
A potem natknęliśmy się na ten dom. Prawdziwy, bardzo stary drewniany dom pierwszych chińskich osadników, oryginalnie urządzony, z wieloma pamiątkami, starymi fotografiami, zrobił na mnie wrażenie piorunujące. 
Fort San Pedro w Cebu też wart jest zwiedzenia
Nie mogłam przestać go oglądać i fotografować. Niesamowita sprawa. Warto było przyjechać do Cebu, chociażby tylko dla tego domu. A tu jeszcze fort, katedra, bazylijka dziecięca. Mają też dobrze zaopatrzony sklep z pamiątkami. Nie jakieś badziewie, ale same  przydatne rzeczy. Kupiłyśmy kilka. Między innymi lekkie, płócienne plecaczki.
Basilica Santo Nino, to perełka wśród zabytków Cebu, pierwszej osady cudzoziemców na Filipinach
W starym chińskim domu jest chłopak, potomek rodziny, który opiekuje się tym domem muzeum. Nie sprzedawał biletów, ale pobierał niewielką opłatę. Każdy chętnie płacił, bo warto pomóc chłopakowi, który ma przecież z tym obiektem sporo roboty i wydatków.
Są tu podcienia, kamienne ławki do odpoczynku przy patio
On ciągle był w ruchu, coś przenosił, zamiatał, ustawiał lub odpowiadał na pytania turystów. Trzeba było go poszukać, żeby wręczyć opłatę. Taki trochę roztargniony był, ale bardzo przyjemny chłopak. Dom robił wrażenie na każdym turyście.
To jest  budynek Zarządu Portu Morskiego w Cebu.Oryginalny.
Cebu zwiedzałyśmy wytrwale przez cały dzień, do wieczora, potem wyspałyśmy się porządnie, spakowałyśmy i wyruszyliśmy na lotnisko, na samolot do Singapuru. Ostatni wspólny przystanek w podróży. Tam z Gosią się rozstaniemy. Ona wróci do kraju, ja ruszę w swoją  dalszą wędrówkę.
Polubiłam Cebu za jego detale
Żegnamy Cebu, które zaskoczyło nas przyjemnie i wyruszamy do Singapuru.
Ale ja na Filipiy wrócę! i tak właśnie będę spędzała czas, fundując sobie zasłużony wypoczynek po trudach życia w Polsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz