Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

poniedziałek, 4 maja 2015

Malezja-zwiedzamy Kuala Lumpur

Bukit Bintang, Kuala Lumpur.
Myślę, że w złym czasie przyleciałam do Kuala Lumpur. Po pierwsze, jest sobota, a wiedziałam że należy unikać przemieszczania się w weekendy, bo wszystkie tanie hotele mają full klientów. Po drugie, jest tutaj full klientów do kwadratu, bo akurat przypada święto, na które ludzie gromadnie zjeżdżają. Ale o tym dowiedziałam się mając już bilet lotniczy.
Stacja kolejki KLIA. Tablica z info, że za palenie papierosów w niedozwolonym miejscu grozi kara 10.000 RM lub 2 lata więzienia. To działa!
Bilet chciałam kupić przed lub po weekendzie, bo o tym pamiętałam, ale nie było biletów na interesujące mnie dni. Tylko jeden lot był, ale za 780 RM! Nie wiem dlaczego ta sama linia na tej samej trasie ma tak zróżnicowane ceny biletów w zależności od dnia i godziny  lotu. Samoloty to tutaj bardzo popularny środek lokomocji.
Air Asia lata z częstotliwością większą, niż autobusy miejskie w Warszawie.
Ludzie latają nimi w te i wewte całymi rodzinami, z małymi dziećmi i niemowlakami, z ogromną ilością bagaży, kartonami, torbami itp. Ostatecznie za wylot w dniu 2 maja zapłaciłam 204 RM.(138 + dodatki i podatki). Ten samolot również miał komplet pasażerów. O pechowości linii Air Asia nikt tutaj nie myśli. Najbardziej popularna linia.
Z hotelu mam blisko do stacji skytrain
Zdałam pokój w hotelu, pożegnałam się z gospodarzem i poszłam dokładnie kilkanaście kroków na przystanek autobusu lotniskowego, którym za 5 RM pojechałam na lotnisko. Tam odprawiłam się sama przy automacie (z niewielką pomocą pracownika linii Air Asia), nadałam bagaż główny i byłam wolna na 2 godziny.
Wejście na skytrain
Na lotnisku w Kota Kinabalu jest zupełnie bezstresowo. Na bramce nie każą zdejmować butów, paska, zegarka, ani wyciągać z bagażu komputera. Można przejść ze swoimi kanapkami, ciastkami, wodą mineralną czy innym napojem. Puszcza się wszystko na taśmę i żadnych zastrzeżeń nie ma.
Złoty samochód w Kuala Lumpur. Takiego nawet w Ameryce nie widziałam
Oprócz plecaka miałam jeszcze torbę z aparatem fotograficznym, torbę z butami i reklamówkę z jedzeniem. No problem, chociaż niby można mieć tylko jedną sztukę bagażu podręcznego. Pełen luz i zero zdenerwowania.
W Kuala Lumpur ciągle coś budują. To trochę utrudnia zwiedzanie.
W tanich liniach nie dają już posiłków, ani napojów. Trzeba wszystko samemu kupić. Przy każdym siedzeniu jest menu i zamówienie składa się się u stewardessy. Wszystko oczywiście drogie, bo to nie ląd, nawet nie wyspa, tylko przestrzeń powietrzna, więc cena odpowiednio wyższa. Za kawę espresso zapłaciłam 7 RM, jedzenie miałam swoje.
Bukit Bintang. Hotele co kilka kroków, ale drogie.Ceny europejskie w Azji.
Kanapka w samolocie kosztuje 12 RM, rice and chicken lub coś w tym rodzaju, 18 RM i to wszystko z lodówki i mikrofalówki jest podawane. Nie jem takich rzeczy od czasu, gdy się kiedyś zatrułam w Lufthansie. Świeże kanapki i drożdżówki można kupić w Bakery lub jednym z dwóch sklepów samoobsługowych na lotnisku za normalną cenę. Wodę mineralną też.
Po wyjściu z hotelu mam natychmiast różne sklepy, jedzenie uliczne i stragany z owocami.
Przed samym wyjazdem z Borneo dostałam maila od Krzysztofa, że są już w Polsce, a jak byli w Kuala Lumpur, to zatrzymali się w hotelu „Grid 9” dwie stacje zieloną linią kolejki  za KL Sentral. Płacili 80 RM za noc, hotel czysty, przyjemny i położony przy samej stacji kolejki.
Jalan Alor. Chińskie święto.
Po przylocie tam właśnie skierowałam pierwsze kroki. Na lotnisku Kuala Lumpur są tablice informacyjne, jak należy dojść do kolejki. Ona ma fioletowe logo i to jest KLIA Expres Aiport Transfer, która z lotniska jedzie bez zatrzymywania się prosto na Sentral Station. Niestety jest zaskakująco droga, bilet kosztuje 35 RM. Dopiero na Sentral Station należy się przesiadać na odpowiednie zwykłe linie zaznaczone kolorami, lub na autobusy albo taksówki.
Mieszkam przy tym rozwidleniu trzech ulic
Jeżeli ktoś nie może wydać 35 RM, to jeździ też z lotniska tańsza linia pociągu KTM (zielone wagony). Ja zapłaciłam, bo robiło się już ciemno, czekała mnie jeszcze przesiadka, a nie wiedziałam, czy dostanę tam nocleg, czy nie będę musiała dalej szukać.
Nad marketem jest mój hotelik.. Tam mieszkam i ranek zaczynam od kawy na balkonie.
No i te moje bagaże. Nie mogę z nimi za wiele się przesiadać, szukać innych połączeń, chodzić po ulicach, szukać przystanków autobusów, taszczyć bagaże co rusz po schodach, po przewieszkach, których tu jest mnogość. Muszę jak najszybciej znaleźć się w hotelu, chociażby na jedną noc. Jak hotel kiepski, natychmiast szukam innego, ale nie obciążona bagażami i rezerwuję od następnego dnia.
Widok z balkonu
Ten Train Experss jedzie pół godziny z lotniska do Centrum. Na KL Sentral musiałam przejść na zieloną linię zwykłej kolejki za 1,50 Rm i wysiąść na drugiej stacji. Bilet na KLIA Expres jest w formie karty (jak bankomatowa), którą przy wejściu na peron wkłada się do automatu otwierającego bramkę i tam ona już zostaje.
Wejście zaczyna się od stromych schodów. Moje utrapienie w Azji.
Bilet na zwykłą linię jest w formie kolorowego żetonu (kolor w zależności od trasy), który się przykłada przy bramce do czytnika, żeby się otworzyła. Żeton zabieramy z sobą, ale nie wyrzucamy, bo trzeba go włożyć potem do maszyny przy wyjściu, żeby nas wypuściła z peronu do miasta.
Widok z balkonu
Jeśli jechaliśmy dalej, niż zapłaciliśmy, to bramka nas nie wypuści i jest problem, bo wszędzie stoją pracownicy, security, policjanci i obserwują co się dzieje. Dla mnie to akurat dobrze, że tyle pilnujących jest, bo mam się kogo zapytać o linię, o ulicę, o dojście tam lub gdzie indziej, gdzie kupić bilet itd. Chętnie udzielają informacji.
Napisali, że wszystko po 5-6 RM, ale to zmyłka. Wszystko było po 10-12 RM.
Na stacji Maharajalela wysiadłam i znowu miałam problem, bo wszędzie schody, winda nie działała już chyba od dawna, bo zabita deskami. Ten hotel polecany przez Krzysztofa rzeczywiście przy samej stacji kolejki jest, już z przewieszki go w dole zobaczyłam. Niestety, nie było miejsc. Full people, powiedział pan i kazał spróbować w hotelu obok, ale tam był pokój za 120 RM! Nie dla psa kiełbasa. Dla mnie za drogo.
Kuala Lumpur, miasto w którym są chodniki i ludzie z nich korzystają
Zrobiło się już zupełnie ciemno. Postanowiłam jechać taksówką na Jalan Bukit Bintang, pamiętałam z dawnych podróży, że tam znajduje się najwięcej tanich hoteli i guesthousów. Przy chodniku stałą jedna zielona taksówka, ale driver nie podobał mi się. Nie budził zaufania.
Gdzie tylko jest kawałek miejsca, zaraz sadzą drzewka, budują mostki, sieją trawę i jest skwerek
To Hindus był, jakiś taki szemrany i koniecznie chciał mnie zawieźć na ten Bukit Bintang, ale za 20 RM. Mowy nie ma. Potem spuścił cenę do 15 RM, ale ja nie chciałam z nim po prostu nigdzie jechać. Chcę normalną taksówkę z taksometrem. W końcu udało mi się uwolnić od natarczywego Hindusa i po chwili zatrzymałam czerwoną taxi. Zawiózł mnie na Bukit i zapłaciłam 8,50 RM, wg taksometru.
Przed słynnym Centrum Handlowym "Pavilon"
Sprawdził się mój czarny scenariusz. We wszystkich tańszych hotelach full ludzi. W jednym z takich, gdzie już miejsc nie było, pracujący tam chłopak powiedział, że zaprowadzi mnie do sąsiedniego, bo tam będę mogła przenocować, a jutro zwolni się u niego pokój, to się przeniosę. Ci hotelarze do których trafiłam, to muzułmanie.
Ciekawy architektonicznie budynek "Sephora"
Ten chłopak wniósł mi walizkę na górę (azjatyckie wejścia do hoteli zaczynają się zawsze od stromych wąskich i długich schodów) do podłego hoteliku o nazwie „My home” chwilę czekaliśmy na gospodarza, który akurat modlił się, bo muzułmanie co godzinę chyba muszą się modlić. W końcu przyszedł i pokazał mi pokój za 80 RM.
Prace ulicznych artystów
Za taki pokój nie powinno się więcej płacić, niż 35 RM, jak na realia azjatyckie. Ale to nie zawyżona cena na czas weekendu i święta. Taka jest wydrukowana na logo i na ulotkach info o hotelu. Tragedia. Zbiłam cenę do 70 RM, więcej się nie dało, bo w pokoju jest telewizor, internet i klimatyzacja oraz własna łazienka. Zdawało by się, luksus. A syf typowy dla …………a, już nie powiem, ale jest to irytujące.
Wejście do dzielnicy arabskiej
W telewizorze tylko stacja muzułmańska, z klimatyzacji po pół godzinie zaczęła lecieć woda wprost na moją poduszkę, bo nad samym łóżkiem to urządzenie się znajduje i musiałam klimę wyłączyć. W łazience syf, więc się zastanawiam, czy w ogóle się tutaj wykąpać. Kibel spłukuje się wodą nabieraną rondelkiem z wiadra, a internet nie chce się otworzyć na podany  password. Na dodatek pokój nie ma okna!
Arabska herbatka w arabskim parku
Tragedia! I za to zapłaciłam 70 RM! Za co oni te ceny ustalają? Muszę jednak do rana wytrzymać. O 11.oo przed południem ma po mnie przyjść ten chłopak z sąsiedniego hotelu, gdzie ma się zwolnić pokój jednoosobowy za 60 RM, ale jeśli tam też będzie tak syfiasto, to nie wezmę. Będę szukać czegoś innego. Jutro niedziela i zapowiadane święto, dopiero pojutrze mogą być miejsca w hotelach.
Czarno białe fotografie znanych ludzi
Po niedzieli muszę szukać czegoś lepszego, na dwie osoby (bo Gosia przylatuje), czystego i tańszego. Gdyby ten muzułmanin nie musiał co godzinę biegać do meczetu na modły, to może czasami by te pokoje sprzątnął, zanim wynajmie je turystom i może by naprawił te wszystkie zepsute urządzenia. Nic tu po prostu nie działa. Idę spać, to szybciej czas minie do wyprowadzki z tego hotelu.
Oryginalna reklama kafejki
Wstałam rano, umyłam się pod umywalką, spakowałam wszystkie rzeczy i poszłam do miasta szukać lepszego hotelu. W azjatyckich hotelach różnica jest taka. Chcesz tanio, masz brudno i obskurnie. Chcesz mieć czysto, płacisz więcej. Czystość tutaj jest w cenie. Wyższy standard hotelu to po prostu taki, gdzie porządnie sprzątają pokoje i łazienki, ot, co. Takie odkrycie zrobiłam.
A ja ciągle szukam odpowiedniego hotelu na przyjazd Gosi
Znalazłam więc przyjemne czyste hoteliki, guesthousy, homestaysy, ale u nich cena pokoju zaczyna się od 120 RM za dobę, często 160 RM, 240 RM. Musiałam spuścić z tonu. W końcu znalazłam ”Sixty@Changkat Hotel”. Najpierw zaproponowano mi pokój za 60 Rm, bez okna. No, nie. Nie mogę bez okna, duszę się, nigdy nie wiem czy jest noc, czy dzień. Naprawdę nie ma czegoś z oknem?
W stylu francuskim
Pan zaprowadził mnie piętro wyżej. Te ich piętro, to jak nasze półtora, znowu będzie dźwiganie bagaży, a w tych hotelach nie ma chętnych do pomocy, ale pokój był w porządku. Spodobało mi się. Jest przestronny, czysty, ma okno i łazienkę, w której wszystko działa. Klimatyzacja nie wieje mi wprost na twarz, jest za załomem, chłodzi ogólnie pokój, a nie wyziębia mnie, jest ok!
Hoteli tu mnóstwo, ale trudno o coś odpowiedniego
Jest nawet telewizor na ścianie, ale od razu zaznaczono, że nie działa i ok, i tak nie rozumiałabym co tam mówią, a poza tym nie przepadam za telewizją i czasu na nią nie mam. Jest internet w pokoju, działający i są kontakty. Zapłaciłam za trzy noce, ale skoro wszystko działa, przedłużę tu pobyt, aż do przyjazdu Gosi, bo nic w tej cenie lepszego nie znajdę.
Z Bukit Bintang widać Menarę. Można tam pieszo dojść
Może nawet wezmę tutaj dwójkę w dniu jej przyjazdu, która kosztuje 90 RM, to po 45 na osobę wyjdzie. To jest w samym centrum, przy zbiegu trzech ulic do Bukit Bintang. I taką też nazwę ma stacja skytrain w pobliżu hotelu. Bardzo dobry punkt w mieście.
Sklepy wszystkich znanych w Europie marek tutaj są
Z korytarza mam wyjście na balkon, gdzie jest stolik i foteliki i można tam z kawą sobie usiąść, odpocząć i popatrzeć na życie ulicy. Niby to wszystko drobiazgi, ale w podróżniczym życiu bardzo istotne. Plusem jest również to, że nikt mi tu na ręce nie patrzy. Dostałam klucz z kartą magnetyczną do otwierania poszczególnych drzwi i żyję po swojemu.
Pasjonują mnie te skytrain. Szybkie, ciche i nie stojące w korkach
W poprzednich hotelikach i w Kota Kinabalu, pokój mieścił się przy recepcji, łazienka wspólna na zewnątrz i nawet gdy do kibla szłam, odprowadzał mnie wzrok recepcjonistki lub właściciela, jak śniadanie niosłam sobie do pokoju lub kawę, czułam się nieswojo pod ciągłą obserwacją. Tutaj recepcja znajduje się piętro niżej. Do niej również trzeba sobie drzwi z korytarza otworzyć kartą. Czuję się tutaj swobodniejsza.
Twin Tower też stąd widać. Wszędzie place budowuy w KL
Minusem jest to, że w pokoju mam jakieś drugie dodatkowe drzwi. Otworzyłam je i tam jakaś inna klatka schodowa jest. To mi się nie podoba pod względem bezpieczeństwa, bo te wszystkie drzwi na wciśnięcie guzika się tylko zamykają, według mnie to marne zabezpieczenie. Zastawiłam te drzwi od wewnątrz swoją walizką i plecakiem, ale to tylko dla własnego lepszego samopoczucia. Jutro sprawdzę, dokąd właściwie te drzwi prowadzą.
Chciałabym, żeby w Warszawie takie kolejki były, tam gdzie nie ma metra
Dzisiaj zrobiłam rozeznanie okolicy, kupiłam zapas wody mineralnej na kawę i herbatę, którą sobie w pokoju przyrządzam. Śniadań tu nie mają i w żadnym hotelu nie mieli z tych co oglądałam. Woda mineralna jest droga nawet w Markecie, chociaż nie tak droga, jak była w Bako czy Mulu.
Na stację wjeżdża się ruchomymi schodami, a schodzi pieszo.
Za półtora litrową butelkę trzeba zapłacić 2,60 RM. Kupiłam 6-ciolitrowy baniak wody za 10,40 RM. Dokładnie tyle, ile bym zapłaciła za 4 butelki. Nie stosują tu niższych cen za większe opakowanie.
Ponad wszystkim góruje Pavilon Tower
Trudno mi się przyzwyczaić do tych wysokich cen w Malezji, bądź, co bądź kraju azjatyckiego, gdzie zawsze ceny były niższe, niż w Polsce. Tu są wyższe. Puszka piwa 9 RM z groszami, kubek kawy w Seven-Elewen ponad 4 RM. Zadziwiające ceny. Myślę, że Gosia z przyspieszeniem zwiedzi Malezję i polecimy na Filipiny.
Praktycznie wszędzie można dojść spacerkiem. Jutro pójdę na Jalan Petaling.

Wieczorem rozpętała się burza i leje ogromny deszcz. Jutro będzie ładnie i czysto. Ale teraz pioruny walą z ogromnym impetem. Mam nadzieję, że nie wyłączą prądu z tego powodu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz