Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

czwartek, 16 kwietnia 2015

Borneo,Sarawak, Bako-Nosacze c.d.



National Park Bako, widok na plażę
Przed południem poszłam szlakiem biało-niebieskim i doszłam do Teluk Delima. To taki ładny widoczek na morze Południowo Chińskie, dziką plażę, namorzyny. Bardzo ładny szlak. Po drodze zapytałam guide wracającego z parą turystów, czy dobrze idę?Nie zboczyłam z trasy? Ok, powiedział, ale czy dam radę? Bo tam dalej, gdy skręcę w prawo, będzie trudne strome podejście po śliskich kamieniach, korzeniach i mokrej ziemi.
Wyjście na szlaki turystyczne
Dam radę, uspokoiłam go, idę ostrożnie. Dzięki.Jak upadnę, to się podniosę i pójdę dalej. Wielkie mi rzeczy, pomyślałam sobie pokonując kamienistą ścieżkę. Nie raz w życiu upadałam i zawsze się podnosiłam i brnęłam dalej w to życie. Przeciwności losu, to przecież moja specjalność.
Dalej nie ma już tak łatwo
Całą noc padał silny deszcz i stąd trudne warunki na szlakach. Ale rano, o 8.oo godz. wyjrzało słońce i cały dzień znowu prażyło. W dżungli jednak wszystko schnie wolniej, szczególnie w zacienionym lesie. Dobrze, że poszłam do końca szlaku. Było pięknie. To nawet mało powiedziane, było przepięknie! Na samym końcu spotkałam dwie dziewczyny, które mówiły mi żebym dalej nie szła bo to koniec szlaku. Ale ja nie mogłam przestać się zachwycać i weszłam na mokry pasek. Był odpływ i można było nieco dalej iść w morze.
Teren górzysty. Idzie się raz w górę, raz w dół.
Nie szalałam wiedząc, że w każdej chwili może być przypływ i nie zdążę uciec, a nie umiem pływać, ale zaryzykowałam troszeczkę, bo tam za skałą było tak pięknie. Dziewczyny wróciły, a ja zostałam dłużej, siedząc na skale i wpatrując się w morze.Gdy wracałam, dżungla rozśpiewała się. Ptaki świergotały, tuk-tukały, gwizdały, trelowały, brodate świnie chrumkały ryjąc w ściółce obok ścieżki, a cykady    zmasowaną siłą robiły taki hałas, że aż w uszach dźwięczało.
Ściana lasu przede mną
Po czym nagle się wszystko urywało i zapadała niespodziewana, aż dziwna cisza. Jakby dyrygent batutą orkiestrze kazał nagle przerwać koncert. Po chwili zaczynało się wszystko od początku. Cudownie! Zeszłam już z części tego niebezpiecznego pagórkowatego szlaku z kamieniami i korzeniami i szłam sobie spokojnie drewnianym pomostem, których tu jest bardzo dużo ze względu na podmokły teren, gdy raptem zobaczyłam całą rodzinę makaków. Duży samiec, mniejsza samica i troje malutkich, ślicznych małpiszonków. Zatrzymałam się.
Nieraz trzeba iść po korzeniach tworzących naturalne schody
Duża małpa ruszyła na mnie z obnażonymi zębami i z głośnym jazgotem. Zasłaniając się plecakiem, cofałam się, a gdy wreszcie dały mi spokój, cofnęłam się jeszcze kawałek, żeby ich nie drażnić i przeczekać. Makaki nie miały jednak zamiaru zejść ze szlaku. Siedziały na pomoście, drapały się, iskały, a małe biegały w pobliżu nich. Zostałam niejako uwięziona na pewnym odcinku szlaku w dżungli.Z wrażenia nawet ich nie fotografowałam. Byłam czujna.
Błękitno biały szlak
Jak na złość nikogo nie było, żadnych turystów. Znalazłam mocny kij i znowu ruszyłam w stronę bazy. Makaki ciągle siedziały na pomoście. Trochę się wystraszyłam, że mogą mnie tutaj na dłużej zatrzymać i zrobi się ciemno. Dudniłam kijem w pomost, ale to nie robiło na nich żadnego wrażenia. W końcu przyszedł ratunek. Od kogo? Od brodatych świń!
Spotkania na szlaku
Wyszły z dżungli cztery, jeden za drugim i makaki czmychnęły na drzewa. Wreszcie! Świń się nie bałam, bo to pokojowo nastawione zwierzęta ( w/g chińskiego horoskopu urodziłam się w roku świni, to się z nimi bratam). Wyrzuciłam kij, żeby nie myślały, że to na nich i przeszłam obok. Dalej droga już była bezpieczna. Rodzina makaków zniknęła.
Doszłam do morza
Będąc już blisko bazy, zorientowałam się, że nie mam przy plecaku butelki z wodą mineralną w sznurkowym pokrowcu. Jak uciekałam przed makakami, musiała się odwiązać od szlufki plecaka i gdzieś upaść. Wracać tam teraz nie będę. Wolę taką stratę, niż zostać pogryzioną przez małpę. A mówili, że jest tutaj bezpiecznie! Ja wiem, że małpa broniła małych przed obcym intruzem, a jednak trochę się wystraszyłam.
Każdy szlak doprowadzi nas ostatecznie do morza
Poszłam do recepcji po klucz do dormitorium oraz na obiad do kantyny. Jak zwykle był  do wyboru ryż biały lub ryż brązowy i kurczak w sosie curry z warzywami lub mięso nie wiadomo z czego. Może z małpy? Chodzi się wzdłuż stołu z talerzem i nakłada z podgrzewanych pojemników co się chce z tego, co jest.
Formacje skalne, mangrowce i Morze Południowo Chińskie. Piękne zestawienie.
Cennika nie ma. Z wybranym jedzeniem na talerzu podchodzi się do innego stolika, przy którym siedzi szef z kasą i to on ocenia ile policzyć za to, co sobie na talerz nałożyliśmy. Na oko. Na jego oko raz płacę 8 zł, a raz 10 zł, chociaż wydaje mi się, że wczoraj miałam to samo i w takiej samej ilości,ale dyskusji nie ma, bo na żaden cennik powołać się nie można.
Lasy deszczowe i namorzynowe
Kurczaka w porcji, jak na lekarstwo, prawie same kości. Chyba już wcześniej część mięsa wykrojono, ale buntować się nie można bo coś jeść trzeba. Do obiadu puszka piwa „Cambodia” za 7 RM! Rozbój na równej drodze! Plus 1,5 litra wody za 4 zł.
Mangrowce tworzą bajkowy krajobraz
Gdy tak jadłam na tarasie ten obiad i popijałam piwem, w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że gdzieś niedawno czytałam, iż na Borneo za picie piwa w publicznym miejscu można zostać wychłostanym! Również w publicznym miejscu! O rany! Rozejrzałam się nerwowo na boki, czy ktoś tutejszy mnie nie obserwuje i szybko dopiłam resztę piwa.
Przeszłam po piasku morskim, aby zobaczyć, co jest za tą skałą.
Gdy skończyłam obiad i wychodziłam z kantyny, podeszła do mnie dziewczyna i podała mi moją butelkę z wodą w sznurkowym pokrowcu. Znaleźli z chłopakiem, gdy wracali ze szlaku, a widzieli przedtem, że ja w takim pokrowcu wodę nosiłam, więc przynieśli. Bardzo miły gest. Tak małe i zamknięte tu środowisko, że wszyscy się znają po jednym dniu.
A brodate świnie cały czas wędrują w poszukiwaniu pożywienia
Podziękowałam i powiedziałam, że makaki, całą family na mnie napadły i to wtedy zgubiłam tą butelkę. Teraz śmialiśmy się z tego, ale przedtem do śmiechu mi nie było. Jeszcze było jasno, gdy poszłam wziąć prysznic do łazienki. Wszędzie teraz z laptopem i aparatem foto muszę chodzić. Gdy będę znów miała pokój tylko dla siebie, to przynajmniej do łazienki nie będę musiała wszystkiego z sobą targać. Sprzęt ma wystarczająco wilgoci w pokoju.
Świat zwierząt i ptaków. Ich dom.
Gdy wróciłam, w pokoju był już młody Szwajcar, Christopher. Niebawem też doszedł guide Joe, ale poszedł do łazienki, odświeżył się, przebrał i powiedział, że idzie posiedzieć z kolegami w kantynie. Christopher wrócił z łazienki, zawiesił nad swoim łóżkiem moskitierę, wszystko sobie pięknie wyszykował, pedantycznie poukładał rzeczy pod moskitierą i chciał się położyć, ale łóżko z hukiem się pod nim zawaliło.
Artystyczny obraz autorstwa Natury
Śmiechu było co niemiara i zdziwienie, że w dormitorium coś takiego mogło się stać. Żeby ten Szwajcar był chociaż potężnej budowy, jakiś gruby, ale gdzie tam. Wysoki, szczuplutki chłopak. Dobrze, że jeszcze jedno łóżko było wolne i Chris miał się gdzie przenieść. Od początku musiał się układać ze wszystkimi swoimi rzeczami.
Szczęśliwa, że mogę to wszysto oglądać na własne oczy
Tym razem położył się bardzo delikatnie, wyjął czytnik elektroniczny, taki sam, jak ja mam i zaczął czytać książkę. A ja cały czas piszę ten post na laptopie. Internetu w Bako nie ma, więc w wordzie piszę, a potem gdzieś, gdzie będzie dostęp do internetu, przeniosę  to na blog.
Człowiek z obiektywem, jak lufa armatnia. Byliśmy najwytrwalszymi obserwatorami nosaczy
Martwią mnie zdjęcia z nosaczami, bo coś się z kartą stało i nie mogę ich przenieść do laptopa. Być może karta się zużyła, albo zawilgotniała i nie działa. Mogę stracić 400 zdjęć z wczorajszej wędrówki po National Park Bako. Będę jeszcze próbowała, ale widzę, że panowie senni, wyłączam laptop, żeby móc zgasić światło w pokoju.
Taki brzydki i jednocześnie taki śliczny, poczciwy rudy nosacz.
Noc nie była komfortowa, co można było przewidzieć w takich warunkach. Nie miałam czym się przykryć, rzeczy zostały w walizce w pokoju bagażowym w innym budynku. Gdy się wieczorem kąpałam, wyprałam tiszert. Suszył się na łóżku, zabierając mi trochę miejsca, bo łóżka nie mają nawet poręczy.
On też się nam przygląda
Nakryłam się wilgotnym ręcznikiem, ale nie mogłam zasnąć. Wentylatory głośno szumiały i kręciły się tak na ścianie, że omiatały mnie zimnym powietrzem raz jeden, raz drugi. Korzyść z tego tylko taka, że ręcznik i tiszert szybko wyschły, ale ja marzłam. Spałam na środkowym łóżku między panami, bo gdy Chrisopherowi zarwało się łóżko, przeszedł na to jedyne wolne po mojej drugiej stronie.
Dzięki mu, że wszedł na prawie bezlistne drzewo. Łatwiej go fotografować.
Będąc sama w pokoju, bym z pewnością wyłączyła jeden wentylator, a drugi ściszyła i obróciła w przeciwną stronę, aby chłodził pokój, a nie moje nerki. Ale w dormitorium nie można się rządzić według własnych potrzeb, niestety. Panowie stanowili tu większość.
Nosacz obserwator
Nie wyspałam się. Rano znowu padał deszcz, ale już wiedziałam, że zaraz przejdzie i wyjdzie słońce, bo tak właśnie tutaj jest w dżungli. Do łazienki musiałam iść z plecakiem, w którym jest laptop i dokumenty. Męczące to jest lecz widzę, że każdy tak robi, kto sam podróżuje. Nawet guide poszedł do łazienki z plecakiem, a przecież on wie najlepiej, jak należy się w tutejszych hostelach zachowywać, bo jest tutejszy.
Nosacz Sundajski z gatunku Nasalis. Taki kształt nosa ma tylko samiec.
Wszystkie pozostałe pokoje w domku, w liczbie czterech, zajmowali młodzi Malaje, studenci. Grali na gitarze, śpiewali, gotowali sobie jedzenie. Ci to wożą z sobą bagaże! Nawet kuchenkę gazową własną mieli, dużą, ciężką, nie jakąś tam mini turystyczną. Również dużą plastikową lodówkę na kółkach ciągnęli taką, z jakiej przy straganach sprzedają zimne napoje, mieli też gitarę, aparaty fotograficzne, laptopy, kamery. No i swoje rzeczy osobiste. Może swój samochód na lądzie w Ferry zostawili. Wesołe towarzystwo.
Nosacz żerujący. Samce w zasadzie żyją w stadzie z kilkoma samicami, ale ich tu nie widzę.
Podobno Bako jest popularne wśród Malajów na krótkie wypady weekendowe i kilkudniowe urlopy rodzinne. Takie piknikowe miejsce dla miastowych. To z pewnością są Malaje lub Tajowie, mówię do Chrisa, gdy piliśmy przy małym stoliku poranną kawę na tarasie. Chociaż jedzenie mają chińskie, zauważyłam. Chris po prostu ich zapytał i rzeczywiście byli to malezyjscy studenci. 15 RM za łóżko, swoje picie, jedzenie i jest zabawa.
Już wyżej wejść nie można. Jest na samym czubku drzewa. Widocznie nie ma lęku wysokości.
Chris zostaje jeszcze jedną noc w tym pokoju i wyjeżdża, ale jeszcze nie do Szwajcarii, lecz w dalszą podróż. Ja zebrałam swoje rzeczy, zaniosłam plecak do room bags i oddałam klucz od pokoju. Walizka moja w pokoju bagażowym leżała sobie samotnie.
Będzie schodził. Chyba trochę mu tam na dole przeszkadzamy.
W nocy miałam takie myśli, że mogę jej już nie zastać na półce, bo przecież pokój nie jest chroniony, budynek w nocy pusty, nie ma tam żadnych sypialni, kantyna zamknięta, a pierwsza tura turystów odpływa poranną łodzią o godz.7.oo.  Na szczęście wszystko było w porządku. Wśród turystów nie zaplątał się żaden nieuczciwy człowiek.
Postanowił nas wziąć na wytrzymałość
Po klucz do następnego pokoju muszę przyjść dopiero o 14.oo godz. Tak tutaj to wszystko działa. Zapytałam recepcjonistkę, gdzie się tutaj mogę podłączyć z laptopem, bo popisać trochę chcę, a nie widzę kontaktów ani w kantynie, ani w dużym holu przy recepcji, gdzie są ławki do siedzenia. Nie ma kontaktów, odrzekła pani recepcjonistka. Takie właśnie tu są bardzo skromne warunki bytowania.
Wszystko z tego powodu, że wszedł na usychające drzewo. Korona nie łączy się z sąsiednią i nie ma gdzie przeskoczyć.
Generalnie internet mają, bo widzę przez szklane drzwi na ich biurkach komputery. Ale dla turystów internetu nie ma, cafe internet płatne od godziny też nie ma i teraz okazuje się, że nawet kontaktów nie zainstalowano. Chyba dlatego, żeby turyści prądu nie zużywali za dużo z tymi swoimi laptopami, ładowarkami od aparatów, komórek itd.
Jeszcze tam stoicie ludzie? Stoimy!
W pokojach jest po jednym kontakcie i to w takich miejscach i wysoko, że nie ma gdzie sprzętu położyć lub sznur nie sięga. Przyniosłam z tarasu plastikowe krzesełko i tam się poukładaliśmy ze swoim sprzętem. Mój adapter na ich prąd ma trzy wejścia, więc każdy z nas mógł jedocześnie ładować coś swojego. I tak sobie radzimy jakoś.
To ja sobie tu trochę poleżę i was przetrzymam
Recepcjonistka zaprowadziła mnie do jakiejś sali i powiedziała, że tutaj mogę rozłożyć się z laptopem. To jakaś sala konferencyjna chyba, ale stołów i krzeseł tutaj nie ma. Są plansze przedstawiające historię Borneo. Muzeum jakieś? Sala dydaktyczna?
Chyba jednak to wy przetrzymacie mnie, uparte ludzkie stworzenia!
Plakaty z ptakami, zwierzętami, a kontakty umieszczono nisko przy podłodze po trzy w rzędzie. Tylko na czym usiąść i na czym położyć laptop? Pożyczyłam plastikowe krzesełko z kantyny na laptop, a sama siedzę na podłodze pod ścianą na swoim ręczniku. Ciężka sprawa. A ta klimatyzacja mnie dobije.
Nosacz w końcu zdecydował się przeskoczyć sporą odległość na inne drzewo.
Deszcz przestał padać, słońce wyszło. Dżungla błyszczy czystością, prezentując swoje  piękne, bardzo intensywne kolory. Czas zanurzyć się w niej, żeby podziwiać naturę i pooddychać wyjątkowo świeżym powietrzem. Sprawdzę tylko te zdjęcia i idę.
My patrzyliśmy. Ciągle nie było nam dość.
Odzyskałam z karty zdjęcia, skopiowałam do foldera na laptop i dla pewności również do swojego agenta (dysk zewnętrzny) i poszłam do dżungli, bo dnia szkoda. Wieczorem sprawdzę je i posegreguję. Poszłam trasą czwartą, red-blue, do Ulu Assam. To bliska trasa, ale przecież znowu uwiązana jestem terminem bo o g.14.oo muszę odebrać klucz od swojego nowego pokoju. Recepcjonistka niby jest do16.oo, ale może wyjść wcześniej i ja bez dachu nad głową w tej dżungli zostanę. Kłopotliwe te zmiany rooms.
Gdy nosacz zniknął w gęstwinie drzew, przeniosłam wzrok na morze.
Przy ścieżce zaczepiła mnie dziewczyna i pokazała na pniu drzewa latającego smoka, który tylko na Borneo występuje. Jaki to smok się pytam. To mała jaszczurka, bo przecież nie widać tych jej przerośniętych, kolorowych  pachwin, co smokowi za skrzydła służą. Mimo to fotografowałyśmy ją ostrożnie, żeby nie spłoszyć pięknej jaszczurki.
O co tu nie zahaczyć wzroku, wszystko jest śliczne
I tak co chwilę jakieś nowe stworzenia spotykamy na swojej drodze, które w zasadzie wcale się ludzi nie boją, traktując nas, jak inne gatunki zwierząt występujące w dżungli. Nawet motyle są przyjaźnie do nas nastawione. 
Motyl wyraźnie mnie zaczepia. Spodobały mu się moje kaloszki w kwiatki?
Fruwał taki jeden wokół mnie, potem drugi i nie chciał odlecieć mimo, że aparat klikał. Gdy odeszłam parę kroków dalej, motyl za mną przyleciał i znowu pokaz tańca powietrznego dawał. Miło jest tutaj. Wszystko, co tu żyje jest bardzo ufne w stosunku do człowieka. Szkoda, że człowiek tego nie docenia i wykorzystuje. Ale w Bako żyjątka są chronione.
Wachluje się skrzydłami
Nosacze się dzisiaj nie pokazały, czego bardzo żałuję, bo chciałabym je sfotografować z bliższej odległości i na ziemi. Dotychczas jeszcze nie widziałam nosacza chodzącego po ziemi. Słyszałam, że rano lubią spacerować wzdłuż plaży. Muszę jeszcze przed śniadaniem wejść na plażę i sprawdzić. Chyba, że to był żart.
Parówa w tej dżungli taka, że z ręczniczkiem muszę chodzić i wycierać kark i twarz co chwilę
Na Borneo, wśród turystów nosacze budzą największą sensację  mimo, że wyglądają jak by je natura skrzywdziła. Mają ogromne brzuchy, równie dobrze można by je nazwać brzuchacze. Jednak nosy mają niespotykane u żadnego innego gatunku. Niesamowicie duże, kulfioniaste i zakrzywione. Tragiczny wygląd, tylko współczuć. Samice mają nosy zadarte do góry, ale żadnej samicy nie udało mi się zobaczyć, czego bardzo żałuję.
Turyści na szlaku
Ludzi zawsze pasjonowało to co bardzo ładne lub nadzwyczajnie brzydkie i tak z pewnością jest z zainteresowaniem nosaczami. Przeciętność nie jest interesująca. Nosacze żyją familijnie. Samiec i kilka samic oraz potomstwo. Samica za jednym razem rodzi jednego nosacza. Skaczą po gałęziach drzew wysoko w koronach w poszukiwaniu pożywienia. Nieraz schodzą na ziemię. Potrafią pływać i nurkować w wodzie. Najczęściej można je jednak zobaczyć wysoko na drzewie.
Zrobili mi zdjęcie
Siadają sobie wygodnie na gałęzi i się objadają, po czym przeskakują na następne drzewo, aż będą syci i zadowoleni. Potem leżą sobie na konarze drzewa i przeżuwają pokarm, jak krowa. Stad takie duże brzuchy mają. Noclegownie, podobnie jak orangutany organizują sobie każdej nocy w innym miejscu, wysoko na drzewie. Orangutany to jednak samotnicy, podczas gdy nosacze nocują na drzewie z całą rodziną.
Ten motyl róznież mnie się nie boi
W Narodowym Parku Bako jest przyjemnie również z tego względu, że komary nie tną bez przerwy. Owszem, są, bo to tropiki w końcu, tereny podmokłe, stojąca woda w lesie itp, ale widocznie zamieszkują tutaj mniej złośliwe gatunki moskitów, co bardzo ułatwia życie w tym leśnym otoczeniu i wędrówkę po dżungli. Pod wieczór trzeba się jednak czymś wysmarować przeciwko nim, bo częściej mogą ukąsić.
Siedział jeden małpiszon, a za zakrętem była już cała rodzina i zrobiło się niebezpiecznie.
Przeniosłam się do pokoju w tym samym hostelu. Byłam w room 1, teraz jestem w room 4, przy łazience i to cała zamiana. Wszystkie pokoje w tym domku hostelowym mają po cztery łóżka, dwa wentylatory i lustro. Po co to lustro? Różnica polega na tym, że będę tutaj sama i nikogo mi nie dokwaterują przez następne dwie doby.
Jaszczurka na drzewie
Lubię mieć pokój tylko dla siebie. Mogę swobodnie rozłożyć rzeczy, zająć kontakt na swoje ładowarki i cały czas mieć podłączony do prądu laptop, gdy piszę. Nie muszę gasić światła, gdy inni chcą spać, tylko wtedy, kiedy ja chcę spać. I nie muszę do łazienki chodzić z plecakiem. Ale gdy komuś na tych sprawach nie zależy, to trzeba przyznać, że nocleg w dormitorium jest tani i za 15 zł/noc można w Bako pobyć dłużej.
Jedna z trudniejszych ścieżek turystycznych w dżungli
Kontakt tutaj mam również jeden i na dodatek podłączony jest do niego wentylator. Ale przecież mam swój trójnik, więc podłączam jednocześnie wszystko. Powiedziałam pani w recepcji, że hostel hostelem, ale jednak płacę drożej, niż inni więc coś do przykrycia się powinnam dostać. Spojrzała na mnie, zastanowiła się chwilę i przyniosła mi pled.
Na pewnych odcinkach zbudowano mostki dla ułatwienia, ale nie wszędzie.
Rozłożyłam rzeczy na sąsiednim łóżku, żeby się suszyły, bo wszystko jest bez przerwy wilgotne. Najbardziej boję się o laptop i aparat fotograficzny. Rano chcę zrobić zdjęcie, a tu wszystko rozmazane na monitorze. No, myślę sobie, aparat się zepsuł. Po chwili zorientowałam się, że aparat się po prostu spocił, gdy był w nocy w zamkniętym pokrowcu. Wszystko tu się poci i jest to bardzo dla sprzętu niebezpieczne.Muszę sprzęt wietrzyć.
Widzę znowu nosacza! widzę go!
Kartę bankomatową muszę też co pewien czas wietrzyć, bo również wilgotnieje i nie chce działać. Pewnego razu, gdy płaciłam za zakupy w markecie, karta się zacinała i co pani zrobiła? Wyjęła ją, przetarła czytnik gumką, taką zwykłą szkolną i karta zadziałała. Oni już w tych tropikach wiedzą, co robić w takich sytuacjach, bo żyją z tymi problemami na co dzień.
Na terenie bazy campingowej w Bako
Tej nocy wreszcie porządnie się wyspałam. Rano, jeszcze przed śniadaniem poszłam na plażę. Facet z obiektywem, jak lufa armatnia, już tam był. Oho!, coś jednak tu się będzie działo. Wprawdzie nosacze nie spacerowały sobie po plaży, jak damy na wczasach w Międzyzdrojach, ale jeden był na drzewie, takim na pół wyschniętym.
Sąsiedzi.
Świetnie nosacza było widać, mimo że prawie na czubku drzewa urzędował. Dlaczego on jest sam? Może rodzina go odrzuciła? Może to jakiś wyjątkowy samotnik? A może jakiś drań, porzucił rodzinę i wybrał życie obok ludzkiej bazy, aby się popisywać przed turystami swoją urodą, nosem i sprawnością fizyczną? Tragicznie brzydki, wspaniały nosacz.
Nosacze mają bardzo długie, białe ogony. Dłużśze, niż ich cała sylwetka.
Sesję zdjęciową z nosaczem uznałam dzisiaj za bardzo udaną. Trwała ona dwie godziny. Nawet facet z obiektywem, jak lufa armatnia, spasował. No, chyba że był już tam od świtu. W końcu poszłam do kantyny na spóźnione śniadanie, a potem znowu na szlak. Tym razem skierowałam się w zupełnie odwrotną stronę do gór skalistych i jam. Naprawdę, przyroda potrafi tworzyć sztukę, gdziekolwiek oko zwrócić w tym Bako.
Cykady na pniu drzewa
Skały pionowe, porośnięte na szczycie drzewami, a na skałach kolorowe malowidła, jak murale. Zachwycający widok. Twory skalne w kształtach pozwalających działać wyobraźni. Natura jest najwspanialszym rzeźbiarzem i malarzem, a ludzie – artyści, jedynie jej uczniami są, nieporadnymi naśladowcami.
Tutaj woda z gór spływa do morza
Brodziłam po falach morskich w swoich pięknych ażurowych kaloszkach w kwiatki, co je sobie jeszcze przed wyjazdem do Gwatemali sprawiłam. Zawsze przydają się w deszczach tropiku, ale nigdzie ich tak często nie używałam, jak tutaj, w dżungli.
Idę obejrzeć skalne góry
Pochwałę tych krótkich do kostek kaloszków, z dziurkami na wierzchu, po bokach i wywietrznikami przy piętach, którymi woda wpływa i wypływa swobodnie, a stopa bezpiecznie może stąpać po niebezpiecznym podłożu, zamieszczałam już nie raz na swoim blogu i nadal chwalę ten wynalazek. Po całonocnych deszczach na Borneo, są nieocenione na wyjścia do dżungli. Bo to takie wyjściowe kaloszki.
Są piękne !
W normalnych kaloszach można sobie stopy odparzyć w tropikach. Klapki na dżunglę się absolutnie nie nadają, sandały zostałyby sponiewierane po dwóch dniach wędrówki po mokradłach, korzeniach i kamieniach w dżungli, a ażurowe kaloszki, proszę bardzo, ciągle są jak nowe, chociaż niejedno już przeszły i chronią wspaniale stopy.
Skalna rzeźba, dzieło Natury
Pisząc ten post, cały czas mam włączony nowoorleański jazz z lat 20-tych ubiegłego wieku. Słucham go ze swojego pendrive, bo nie ma tu internetu, więc nie mogę słuchać radia internetowego i mojej ulubionej trójki, gdzie mam na bieżąco wiadomości z kraju i dobrą muzykę. Często też słyszę Mariusza Owczarka, przyjaciela mojego syna z lat dziecinnych. Mariusz pracuje w trójce. Słysząc znajomy głos tu, na końcu świata, robi się przyjemnie.
Czyj to nos? Może pani nosaczowej?
Bez muzyki jakoś dziwnie jest wieczorami, po powrocie ze zwiedzania. Uwielbiam jazz z tamtych lat. W Nowym Orleanie codziennie słuchałam go całymi dniami w parkach, na ulicach, a wieczorami w uroczych knajpkach. Dobrze, że moje dzieci nagrały mi na pendrive tą muzykę. One wiedzą, co lubię. Takie tam wspomnienia. To przez ten jazz!
Skalne murale
Wracając ze szlaku, jeszcze raz poszłam na plażę. A może znowu będzie nosacz? I był! siedział na plaży, na ścianie lasu, trochę w cieniu, więc podeszłam bliżej. Naprawdę! Siedział na piasku! Na ziemi nie czuje się już tak pewnie, jak na czubku drzewa, skąd patrzy na nas z zaciekawieniem i nic sobie z naszej obecności nie robi.
Nosacz siedzi na piasku pod płożącymi się zielonymi gałęziami powalonego drzewa.
Gdy mnie zobaczył, nie uciekał wprawdzie w panice, ale spokojnie odszedł w zarośla. Szłam za nim, ale straciłam go z oczu. Zaczęłam się rozglądać do góry, w korony drzew, czy tam nie czmychnął i co zobaczyłam? Niesamowita sprawa! Tam był wąż! Ale jaki! Siedział na gałęzi zwinięty, jak wąż ogrodowy. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam węża w jego naturalnym środowisku, na wolności, zupełnie dzikiego.
Nosacz nie uciekał, ale też nie usiedział za długo. Gdy się zbliżałam, odszedł spokojnie w las
Byłam pod takim silnym wrażeniem, że podchodziłam coraz bliżej i bliżej, aby go lepiej sfotografować, aż stałam w końcu zupełnie pod nim, fotografując go od dołu i dopiero potem zdałam sobie sprawę, że on mógł przecież w każdej chwili skoczyć na mnie, potraktować jadem, zakręcić się wokół mojej szyi i udusić mnie. Nie popisałam się tu mądrością.
Gdy szukałam nosacza, zobaczyłam nagle węża nad głową
Skoro nawet taki duży orangutan i nosacz uznają go za swojego wroga numer jeden w dżungli, to gdzie ja się z tym aparatem pchałam? Przecież to nie ogród zoologiczny tylko prawdziwa dżungla. Jak szybko zapomniałam o incydencie z makakami!
Podeszłam, żeby go lepiej sfotografować, teraz wiem, że nie powinnam tego robić.
Na szczęście ochłonęłam nieco i wycofałam się spod konarów drzewa, na którym siedział, zanim on podjął decyzję jak zareagować na moją niespodziewaną obecność na jego terenie działania. Nosacz z pewnością go wyczuł i wyniósł się w inne miejsce.
Kolorowe skały na granicy plaży z dżunglą
Wróciłam do domku. Najpierw oczywiście prysznic, następnie pranie, bo gdy opuszczam jakieś miejsce lubię mieć wszystko czyste w walizce. Spakuję się rano, bo rzeczy muszą wyschnąć. Tak za bardzo to ja się tutaj nie rozpakowywałam na te kilka dni, więc szybko się z tym uwinę. Wystarczy, jak zdam klucz o g.11.oo, bo taki jest przepis. Bilet na łódkę kupuje się w sąsiednim budynku, od strony kantyny.
Murale na skale.
Zaraz po śniadaniu kupię bilet, przeniosę bagaże do bagażowego pokoju obok recepcji i pospaceruję jeszcze trochę po dżungli. Wystarczy, gdy popłynę o g.13.oo. Z Ferry Bako Bazar (Market?) mam autobusy do Kuching, co godzinę, aż do g. 17.oo.
Człowiek kupił w kantynie obiad w pojemniku i wraca na swoją bezludną wyspę.
W Kuching zapytam w terminalu autobusowym o autobus do Miri. Jeżeli nie będzie, to pojadę taxi na lotnisko (bo innego środka transportu tam nie ma) i do Miri polecę samolotem. Takie są moje najbliższe plany.
Piękne? To naturalne skały na plaży w NP Bako.
Mam nadzieję, że tam będzie dostęp do internetu, żeby wrzucić ten tekst i zdjęcia z Bako na blog.  Miri, miasto nieciekawe, ale dobra baza wypadowa do Narodowego Parku Mulu i do Sułtanatu Brunei. Dziej się przygodo!
Żegnam National Park Bako w Sarawak na Borneo

1 komentarz:

  1. Piękne zdjęcia - widoki muszą być jeszcze bardziej niesamowite na żywo :) Ja niestety kulturę azjatycką mogę podziwiać tylko stacjonarnie - wybieram się na festiwal Fest Asia (25 i 26 kwietnia w Warszawie), śledzę blogi i czytam książki

    OdpowiedzUsuń