Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

środa, 15 kwietnia 2015

Borneo - Nosacze w Bako

Moje bagaże płyną ze mną. Do National Park Bako można się dostać tylko łodzią.
Rano wypiłam jeszcze kawę w pokoju, po czym dopakowałam plecak ,zeszłam na dół i poprosiłam w recepcji, aby men wezwał dla mnie taxi. Z tym właśnie na Borneo jest problem, że brak jest miejskiego transportu, nie ma tuk-tuków i gdziekolwiek chce się dojechać, trzeba wezwać taksówkę. Jakieś autobusy miejskie widziałam w mieście i przystanki, ale barak rozkładów jazdy. Bagaże ciężkie, więc wzięłam taxi za 12 RM.
Przewoźnik kazał nam założyć kamizelki. Wypływamy na Morze Południowo-Chińskie.
Właściciel hotelu powiedział, że na terminal autobusów i na lotnisko trzeba brać taxi, bo niczym innym nie dojadę. Wierzę mu tak na pół gwizdka, bo wiem, że gdyby rozkłady jazdy tych rozklekotanych autobusów wisiały na przystankach, z pewnością jakiś kurs bym sobie dopasowała ale, niech tam. Taxi zjawiła się szybko.
Mijamy prywatne łódki
Poprzedniego dnia ustaliłam, że do Bako  mam autobus również  o godzinie 10.oo, a nie tylko o 7.oo rano, jak podano mi w informacji. Na terminalu byłam już przed 9.oo. Z tymi bagażami nie mogłam się nigdzie ruszyć, więc nie poszłam na śniadanie (minus samotnego podróżowania). W „Bakery” nie mogłam się zaopatrzyć w pieczywo, jak pierwotnie zakładałam, ponieważ z niewiadomej przyczyny sklep-bar był zamknięty.
lasy namorzynowe w czasie przypływu
Tak więc jadę do Bako, gdzie nie ma sklepów, dosłownie bez żadnego zapasu. Trochę kawy rozpuszczalnej mam jedynie i butelkę wody mineralnej. Mam świadomość, że w Bako wszystko jest bardzo drogie w jedynej kantynie na terenie Parku Narodowego, ale nic już na to nie poradzę. Brak konkurencji pozwala tam windować ceny.
Dużo skał kryje się w dżungli i jam głębokich
Ustawiłam się od razu w miejscu, skąd wiem, że odjeżdżają czerwone autobusy do Bako. Zielone tam nie jeżdżą. Po kilku minutach podjechał taki właśnie autobus z tabliczką Bako. Proszę bardzo, o 9.oo też jedzie, nie muszę czekać do 10.oo. Bilet kosztuje 3,50 RM/zł. Kierowca pozwolił mi wcześniej wsiąść i pomógł wnieść bagaże.
Cały teren Stanu Sarawak jest górzysty
W autobusie była klimatyzacja, więc lepiej się czekało, niż na rozpalonej słońcem ulicy. Przed autobusem stał wózek, z którego kobieta sprzedawała gofry. Wysiadłam z autobusu i kupiłam trzy sztuki. Tak zaopatrzona w suchy prowiant pojechałam do Bako.
Mostkami przy Ferry idzie się na szlak niebiesko-biały. Ładny szlak.
Jechaliśmy prawie godzinę, po drodze kierowca skręcał w różne takie wąskie drogi, zostawiał pasażerów, wykręcał, wracał do szosy i znowu jechaliśmy i tak kilka razy. To kogoś zostawiał, to zabierał z małej wioski położonej na uboczu. Często z towarem na sprzedaż. To bardzo korzystne rozwiązanie dla mieszkańców małych, zagubionych wśród palmowych plantacji wiosek. Ja miałam wysiąść w Bako-Market, przy Ferry.
Jedni przypływają, inni odpływają. Przewoźnicy się cieszą. Koszt 20 RM od osoby.
Ani tam marketu, ani ferry. Po prostu mała drewniana przystań łódek. Jest tam kasa, gdzie kupuje się bilet na łódkę Bako Boat Association za 20 RM w jedną stronę oraz bilet wstępu do Sarawak National Park Bako również za 20 RM, jeżeli jesteśmy Non Malaysian. A jesteśmy, czego nie da się ukryć po wyglądzie i mowie, a raczej braku umiejętności porozumiewania się w języku bahasa malesia. Malezyjczycy płacą 5 RM.
Gorzej jest, gdy jest odpływ. Wtedy trzeba czekać.
Łódką wypłynęliśmy na Morze Południowo-Chińskie, kapitan dopilnował, abyśmy założyli pomarańczowe kamizelki ratunkowe, które nie wiem czy by nam pomogły, gdyby się łódka wywróciła, bo nic się w nich nie dopinało, zatrzaski były poszczerbione lub pourywane. Ostatecznie  zawiązałam się na troki i to miało mnie w razie co ratować.
Bako National Park wita nas od strony plaży
Chwilami kołysało, szczególnie gdy mijały nas inne łódki pasażerskie lub rybackie, ale generalnie było ok i do pomostu przybiliśmy wcześniej, niż myślałam. Jechaliśmy może z 20 min. To już? Zdziwiłam się. Nigdzie nie widziałam zabudowań, ani żadnych pojazdów, które ewentualnie dowożą pasażerów do oddalonej bazy informacyjno - noclegowej. Dowiedziałam się, że nic takiego tu nie ma, jesteśmy w dżungli i trzeba wszędzie dojść samemu pieszo. Do bazy jest ok.800 m! O rany! A ja z tymi tobołami!
Główny budynek. Wejście do recepcji, a po lewej stronie, do kantyny.
No to pięknie! Zachowałam się jak miejska paniusia. Ja leśnik, jak bym nigdy po lesie nie stąpała. Istny cyrk! Jednak byłam przekonana z dotychczasowego doświadczenia w zwiedzaniu różnych takich i podobnych miejsc, że oferowany transport dostarczał nas do celu i bagaże jechały z nami lub dowożono je elektrycznym wózkiem bagażowym. O czym mi się tutaj w dżungli zamarzyło!
Kantyna otoczna tarasem, na którym również są stoliki.
Spokorniałam w sekundzie. Pan łódkowy z własnej uprzejmości wniósł mi po drabince na górny pomost walizkę i ruszyłam w drogę. Zarzuciłam na siebie plecak i torbę z aparatem fotograficznym. Ciągnąc walizkę, a w drugim ręku trzymając butelkę z wodą, dogoniłam turystów idących przodem, żeby na dodatek nie skręcić w jakąś złą ścieżkę w tej dżungli, bo na samym wstępie zabłądzę, jak ofiara losu.
Mój pierwszy domek. Pokój nr.2 z łazienką.
Dotelepałam się do głównego budynku i zaczęła się dyskusja z panią w recepcji, jak głuchy z niemową. Wszystko to z tego powodu, że nie było noclegu w jednym miejscu, tylko po każdej nocy trzeba zmieniać domek i pokój, przy również zmienionych cenach.
Tak wygląda wewnątrz. Jest też aneks kuchenny.
O mało już nie padłam ze zmęczenia pod kontuar recepcyjny, pot lał się ciurkiem, twarz płonęła spieczona na łódce słońcem, na której nie miałam możliwości żeby poszukać w plecaku kremu do opalania i płóciennego kapelusza. A potem już szłam uginając się pod ciężarem bagaży, jak książkowy „idiota w podróży”, który rozśmieszał mnie do łez.
Świnia brodata
Zapytałam przy okazji, czy mogłabym zarezerwować jakiś pokój na następne dwie noce. Wprawdzie w Kuching, gdy rezerwowałam te dwa noclegi, powiedziano, że absolutnie nie, bo jest many, many people w Bako i żadnego wolnego miejsca w najbliższym miesiącu nie będzie, ale ja wiem swoje.
Łażą te świnie wszędzie, nie zwracając uwagi na turystów.
Jak się jest na miejscu, często można prędzej załatwić to, czego nie można na odległość internetowo czy telefonicznie. Skoro taką niełatwą drogę odbyłam i tyle przeciwności losu pokonałam, to bym chciała trochę dłużej w tym pięknym miejscu zostać. Tym bardziej, że lubię slow zwiedzanie i nie chcę jedynie zaliczać pobytu.
Małpiszon już siedzi na moim tarasie. Czeka i myśli, co by mi tu zwinąć.
Że miejsce jest śliczne, widziałam już po drodze, ciągnąc te cholerne bagaże, mimo, że pot zalewał mi oczy. Gdy doszłam do głównego budynku, gdzie znajduje się recepcja i kantyna, zobaczyłam pierwszego nosacza na drzewie i morze z plażą.
Zza uchylonych drzwi patrzę, czy ona jeszcze jest. Z kolei małpa patrzy zza słupa, czy ja wychodzę.
Niestety, nie mogłam zrobić małpie zdjęcia będąc w takim stanie wycieńczenia i mając jeszcze wszystko zapakowane. W recepcji okazało się, że mogę przedłużyć pobyt w National Park Bako i dostanę pokój, którego nie będę już musiała zmieniać na każdą noc. No, proszę! Cena była jeszcze inna, ale niższa, niż ten pierwszy pokój private, a wyższa, niż dormitorium hostelowe, gdzie nocleg kosztuje 15 RM.
Domki stoją przy ścieżkach turystycznych, w pewnym rozproszeniu
Klucze od pokoju dostaje się zawsze od godz.14.oo, a gdy się kończy pobyt, trzeba je zdać do godz.11.oo rano. Miałam więc sporo czasu. Zaraz za recepcją jest taki pokój z półkami, gdzie na ten czas, zanim otrzyma się klucz, lub po zdaniu pokoju, jeśli wracamy, gdy ma się jeszcze czas na łódkę, można zostawić swoje bagaże.
Makak
Niestety ten pokój jest niestrzeżony. To znaczy, nie dostaje się kwitka, na który potem bagaż jest wydawany (jak w przechowalniach bagażu lub w supermarketach), lecz po prostu kładzie się tam na półkach swoje walizki, plecaki i wychodzi.
Dżungla rodzi wszystko co potrzebne jest do życia zwierzętom, owadom i ptakom.
Co pewien czas ktoś wchodzi aby zostawić bagaż lub zabrać bagaż i nikt nie wie, czy zabiera swój, czy przy okazji również inny. Pytam więc przytomnie panią, jak w takiej sytuacji być pewnym bezpieczeństwa swoich rzeczy? Nie można być pewnym. Trzeba ze sobą zabrać cenne rzeczy, dokumenty i pieniądze, powiedziała pani. A laptop? Nie zostawiać, powiedziała pani recepcjonistka.
Nosacze najbardziej pasjonują turystów, chociaż jaszczurki również.
Przez całą wędrówkę po dżungli mam dźwigać plecak z laptopem? Załamałam się. Na szczęście panie zaproponowały, żebym zostawiła plecak z laptopem u nich w biurze pod biurkiem, a tylko walizkę w pokoju bagażowym, bo widzą, że mam ją zamkniętą na kłódkę. Tak też zrobiłam i wyszłam z budynku, ale zatrzymałam się, bo turyści pokazywali mi, że tam w konarach drzew jest nosacz!
Coś jednak w kadr uchwyciłam. Jest nosacz!
Wyjęłam aparat i staliśmy tak w oczekiwaniu, żeby nosacz zszedł trochę niżej i lepiej nam się zaprezentował, bo z takiej odległości, to my zdjęcia nie zrobimy. Jeden z turystów cały czas klikał, ale on miał obiektyw taki, jak lufa armatnia! I tylko on miał zdjęcia, dla nas ujęcie nosacza w obiektyw, było niewykonalne.
Siedzi sobie nosaczysko i spokojnie je śniadanko
Nie zdążyłam jeszcze skręcić w stronę dżungli, gdzie zamierzałam pójść najkrótszą trasą nr.3 (szlak biały), żeby na 14.oo. wrócić i się zakwaterować, gdy podeszło do mnie dwóch Polaków, pytając, czy to ja jestem Zofia z Polski?
Wspaniała przyroda dżungli.
Tak, miło widzieć krajanów, a oni mówią, że ta dziewczyna w recepcji powiedziała, żeby mnie zawrócili, bo ona nie jest pewna czy zrozumiałam wszystko jak należy i skoro są anglojęzyczni Polacy, to sprawdzimy to. Ok! wróciliśmy.
Baza turystyczna NP Bako mieści się nad samym morzem
Okazało się, że wszystko dobrze zrozumiałam. Dzisiaj sama w pokoju z łazienką, jutro w dormitorium mix, czyli z mężczyznami, łazienka na zewnątrz, pojutrze i popojutrze w domku hostelowym, ale sama w pokoju. Łazienka na zewnątrz.  Do g. 11.oo każdego dnia zdawać klucze, bagaże zostawiać w room bags, między 14.oo a 16.oo przychodzić po nowe klucze i tyle.
Nasze uliczki między domkami, dalej prowadzą na szlak
Pierwszy pokój 50 zł, dormitorium 15 zł, w następnym domku pokój za 40 zł doba. Zapłaciłam już 65 zł za pierwsze dwie noce, kwit mam. Za następne mam zapłacić przy odbiorze kluczy, czyli pojutrze. Ok? wszystko w porządku. Generalnie cztery noclegi w Narodowym Parku Bako, kosztują mnie 145 zł. Średnio wychodzi 36 zł doba.
Z tarasu kantyny, gdzie jem obiad widzę, że przypłynęli nowi turyści.
Chłopaki przyznali, że z tymi noclegami nieźle mi zakręcili i rzeczywiście trudno się w tym połapać. To młodzi ludzie, Krzysztof i Mateusz. Oni tylko jedną noc śpią w Bako i spieszą dalej, bo niebawem do Polski muszą wracać. Obawiają się, że mogą nie zobaczyć nosaczy.
Już myślałam, że to latający smok, ale niestety, nie dojrzałam kolorowych błonek, które pozwalają jaszczurce latać
Potem jeszcze spotkaliśmy się na białym szlaku. Nosaczy nie było. Ja też ich nie zobaczyłam. Były tylko brodate świnie i makaki. Ale dżungla piękna! Powietrze świeże, aż pachnie! Mam nadzieję, że Bako zadziała na moje płuca, jak odtrutka po kambodżańskim kurzu i smogu.
Krajobraz w NP Bako
Cena noclegów jest w porządku, ale cena żywności, to wykorzystywanie sytuacji, że brak tu jakiejkolwiek konkurencji i czy nam się podoba, czy nie, tylko na tą kantynę jesteśmy zdani. Butelka wody mineralnej kosztuje 4 RM (na lądzie od 1,35 do 2,60), puszka piwa „Tiger” 8 zł ( na lądzie 4 zł, w cafe 4,50). Nie warto nawet wymieniać, śmiało można przyjąć, że wszystko po prostu jest tu droższe o 100% niż na lądzie.
  W niektórych miejscach są ławeczki. Można posiedzieć, podziwiać i wsłuchać się w dżunglę
Nie ma rady, jakoś przeżyję te kilka dni. Białym szlakiem nie poszłam do końca, bo znalazłam się tam w pewnym momencie zupełnie sama. Na początku spotkałam kilku turystów, ale oni właśnie wracali. Zawsze staram się mieć w zasięgu wzroku innych ludzi, a tu raptem nikogo nie było. Szlak robił się coraz węższy, kamienisty i ciemny.
Nie ma tu gwaru ulicznego, knajp, karaoke itp. Jest kompletna cisza. Tylko odgłosy dżungli
Makaki skakały mi nad głową, brodate świnie ryły w ściółce raz po jednej, raz po drugiej stronie ścieżki. W koronach drzew nie było nosaczy. Wracam, nie będę zaraz pierwszego dnia się zapędzała za daleko, bo padam ze zmęczenia i upału. Nie wiem też, czy bezpiecznie nosić przy sobie wszystkie dokumenty i pieniądze, ale sejfu tu nie mają, ani też szafek w pokojach, które byśmy sobie na własne kłódki zamykali.
Gdy jest przypływ, wszystko wokół stoi w wodzie i mostek jest niezbędny.
Gdy wróciłam dochodziła już 15.oo. Wzięłam z recepcji klucz, z room bags bagaże i poszłam zakwaterować się w domku. Najpierw prysznic, bo się po prostu zagotowałam w tym upale. Następnie pranie.
Szlak czerwony
Wszystkie rzeczy z siebie trzeba codziennie prać, bo są całe mokre od potu. Bez przerwy chodzi się w mokrych ciuchach, taki gorąc i wilgotność powietrza. Po powrocie z dżungli jest tylko jedno marzenie: zimny prysznic!
Idę w dżunglę za tymi ludźmi. Oni wzięli z sobą Przewodnika.
Między domkami wiszą sznury do bielizny. Można pranie powiesić, ale tylko na czas, jak się samemu siedzi na werandzie i ma się na nie oko. Zostawić pranie i pójść sobie, to duże ryzyko, ponieważ mogą je zabrać makaki.
Kraby wyłażą z ziemi po deszczu
Lepiej też nie kłaść gdzieś na boku aparatu fotograficznego, małego plecaczka, czy innych rzeczy, gdy siada się gdzieś po drodze dla odpoczynku, ponieważ makaki niczym nie pogardzą i co tylko się da, to zgarną. Dziewczynie zabrali kanapkę z ręki.
Palmy kolczaste. Bardzo ostre i mocne kolce, jak ze stali.
Warunki zakwaterowania w National Park Bako są bardzo skromne, dla zaprawionych w bojach wędrowców. Turyści zorganizowani, przyzwyczajeni do hoteli, mieliby tu pewien kłopot w przystosowaniu się i zaakceptowaniu takiego stanu rzeczy.
Nie wszyscy odpływają z przystani. Można sobie prywatnie zamówić łódkę przed bazę
Nawet ja, szybko przystosowująca się do każdej sytuacji, mam pewien problem z dormitorium i to nie tylko ten, że nie podzielono dormitoriów na damskie i męskie, ale również nie dają tu ręczników, ani niczego do przykrycia się. Nie ma tego w cenie 15 zł. Ręczniki, ok, ale żeby nawet jakiegoś prześcieradła do przykrycia się nie było?
Namorzyny w czasie odpływu
Muszę spać w spodniach i górze od piżamy. Do poprzedniego pokoju dali przydział grubego ręcznika frotte, rolkę papieru toaletowego, a na łóżku był cienki pled z frotte do przykrycia się. Przy zdawaniu klucza musiałam również zdać ręcznik. Z rozpędu oddałam pozostały w rolce papier toaletowy, ale pani powiedziała, że mogę go sobie zatrzymać. I bardzo dobrze, bo do dormitorium papieru toaletowego już nie dali.
Idę na szlak niebieski
Z zewnątrz domki prezentują się bardzo ładnie i przyjemnie przed nimi posiedzieć z sąsiadami przy piwku. Domki drewniane, ciemno brązowe, tarasy z balustradką, schodkami, a na tarasie stoliki i fotele. Wszystko z naturalnego drewna. Jest miejsce na małe ognisko przed tarasem, żeby przy okazji dym zniechęcał komary. W środku są jedynie łóżka, lustro na ścianie oraz wentylatory. Po co to lustro?
Z każdego szlaku wychodzi się na morze
Nie ma nawet jakiegoś drążka, gwoździa czy haka, aby ubranie powiesić. O szafkach indywidualnych dla każdego łóżka, można tu jedynie pomarzyć. Trzeba spać z małym plecaczkiem pod głową, jak się jest w dormitorium. Myślę, że jedną noc wytrzymam.
Dormitorium. Spałam w pierwszym pokoju z panami i w ostatnim sama. Na końcu jest łazienka
Łazienka jest na zewnątrz, w ostatnim z pomieszczeń domku. W pomieszczeniu przed łazienką stoi lodówka i stół, gdyby ktoś sam chciał sobie jedzenie przyrządzać. Dormitorium ma cztery pomieszczenia i na końcu tą łazienkę właśnie. Do każdego z pomieszczeń wchodzi się z tarasu  oddzielnie.
W Bako są również domki dydaktyczne na różne szkolenia i konferencje
W pokoju dormitorium są cztery łóżka. Na jednym śpi młody Szwajcar, drugie jest wolne, na trzecim śpię ja i na czwartym, obok mnie śpi guide malezyjski w średnim wieku o imieniu Joe. Sympatyczni panowie. Jest tu tylko jeden kontakt i to w takim położeniu, że nie ma na czym położyć ładującego się sprzętu. Położyłam aparat foto i laptop na łóżku Szwajcara, bo tylko tam sięgał sznur Nie miał nic przeciwko temu.
Nosacz w Bako
Dzisiaj wreszcie spotkałam nosacze! Niesamowite przeżycie. Ten facet, co ma na swoim aparacie obiektyw, jak lufa armatnia, pierwszy zobaczył nosacza i zaczął go fotografować seryjnie. Widząc to z daleka, od razu wiedziałam, że musiał coś interesującego zobaczyć i podeszłam do niego. Nosacz, pokazał mi ręką. Ok, dzięki. Wspaniały!
Wreszcie udało się chwycić jego ogromny, haczykowaty nos
Fotografowałam go na różne sposoby, bo nosacz się przemieszczał. Wyżej, niżej, siadał, sięgał po liście, owoce, przeskakiwał na następne drzewo, a my tak za nim szliśmy i klik, klik, klik. Oderwać oczu od niego nie mogłam. Fantastyczna małpa!
Wygląda, jakby się uśmiechał. A może się martwi, bo tak podpiera głowę?  
Ale nadeszła gromada Chińczyków. Oni zawsze gromadą chodzą. Piskliwe Chinki wystraszyły nosacza i zniknął nam z pola widzenia. Szkoda, ale kilka zdjęć mu zrobiłam i cieszę się z nich bardzo. 
Następnego dnia.............................ale to już w następnym poście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz