Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 28 kwietnia 2015

Borneo-Mulu National Park



Z Miri do Mulu wylecieliśmy w niedzielę 19 kwietnia 2015r o godz.9.20 rano, małym samolotem malezyjskich linii lotniczych Maswings. O 9.50 byliśmy już na miejscu. W samolocie tłumów nie było. Jakieś 8-9 osób, ale to dobry znak, że w Mulu spokojnie.
Jesteśmy w Mulu. Takim samolotem przylatują turyści do National Park Mulu na Borneo.
W Mulu lotnisko małe, bo i mała miejscowość, chociaż ruch turystyczny jest tu o każdej porze roku. Bilet powrotny mieliśmy na środę, 22 kwietnia. Mieliśmy na zwiedzanie National Park  Mulu, trzy i pół dnia. Wykupiliśmy tu trzy noclegi.
W hali lotniska Mulu. Jest tu jedna hala dla wylatujących i przylatujących pasażerów.
Z samolotu poszliśmy pieszo po płycie lotniska do hali, gdzie przywieźli nasze bagaże. Przed budynkiem lotniska stali już właściciele Homestay,s przy swoich terenowych samochodach, gotowi przejąć turystów i zawieźć ich do siebie na kwaterę.
Dla wszystkich parków narodowych w Borneo zastosowano identyczne tablice informacyjne i logo
Z lotniska można dojechać do bramy Parku Narodowego samochodem Land Cruiser za 5 RM lub dojść do niego pieszo. To tylko1,5 km, poszliśmy więc pieszo. Kto ma ciężkie bagaże lepiej niech zapłaci te 5 zł i jedzie samochodem, bo upał tam jest przeraźliwy i pot zalewa oczy. Każde 100 m z bagażem na plecach, to męka.
Taki land cruiser czeka na każdy samolot z turystami, żeby zawieźć ich za 5 RM na teren Parku.
Moja walizka została w Miri. Zabrałam z sobą tylko dokumenty, laptop, aparat fotograficzny, 2 tiszerty, bieliznę na zmianę i coś do spania oraz przybory toaletowe, jak również ażurowe kaloszki, a i tak zrobił się z tego pełen plecak i drugi podręczny. Ale mogłam swobodnie iść pieszo. W moim przypadku, to wprawa i nawyk.
Po drodze próbujemy się zakwaterować. Miejsca noclegowe są zajęte lub warunki nie do przyjęcia.
Land cruiser dowozi turystów tylko do wiszącego mostu. Na terenie National Park nie jeździ się samochodami, chociaż motory przejeżdżają przez huśtający się wiszący mostek. Zawsze czekają, aż zejdą z niego ludzie i jadą. Dla nas to atrakcja. Nieczęsto widuje się motocyklistów tak sprawnie pokonujących trzęsący się linowy most.
Okazuje się, że nawet czyjaś jazda skuterem może stać się atrakcją dla turysty.
Zaraz na początku Parku znajdują się drewniane bungalowy z pokojami na wynajem dla turystów oraz długie longhousy, ale dla nas była to za droga opcja. Domki ładnie wyglądają pośród dzikiej zieleni. Ceny nie do przyjęcia.
Ze wsi do National Park zawsze trzeba przejść po tym wiszącym nad rzeką moście.
Ceny noclegu w Parku kształtują się od 240 do 325 RM za noc od osoby w bungalowie lub longhousie, do 50 RM od osoby w dormitorium na 20 osób w jednej sali. Postanowiliśmy znaleźć coś we wsi przy drodze do lotniska. Zameldowaliśmy się w biurze Parku, wzięliśmy mapki tutejszych atrakcji, po czym zawróciliśmy do wsi.
Budynek administracyjny National Park Mulu
We wsi też nie jest tanio, mimo bardzo skromnych warunków, ale to cecha miejsc położonych w trudno dostępnej dżungli, gdzie nie ma innego wyboru.Chciał nie chciał, każdy turysta musi przyjąć  proponowane warunki, gdyż nie ma innej alternatywy. 
Tu załawia się formalności, meldunek, opłaty za wejście do Parku, za pójście w trasę, itp
Konkurencja cenowa jest tylko między osobami wynajmującymi. Kto zażąda mniej, będzie miał więcej turystów, a jak miejsca się wyczerpią, następny transport wysiadających z samolotu turystów, weźmie co zostało. Po każdej cenie.
Gospodarz Homestay przyjął nas w biurze ze swoim ślubnym portretem na ścianie i poczęstował zimną wodą oraz małymi banankami
Ostatecznie zatrzymaliśmy się w prywatnej rodzinnej noclegowni pod nazwą "D,Cave Homestay", która jeszcze znajduje się w budowie. Homestay stoi w połowie drogi między lotniskiem, a wejściem na teren Parku. Gospodarz bardzo miły i uczynny.
Szyld narazie jeszcze na płachcie, ale z czasem będzie lepiej.
Warunki wyjątkowo skromne. Łazienka i wc bardzo prymitywne, ich nazwa na wyrost. Znajdują się w podwórku i trzeba w nocy wychodzić poza budynek noclegowy. Kto bardzo wrażliwy, na takie warunki się nie zgodzi, tylko poczeka na koniec budowy :).
Widok D,Cave od strony drogi
Nam tam było dobrze. Żona gospodarza aktywna społecznie. Często bywała na próbach miejscowego chóru we wsi, więc gospodarz sam przyjmował turystów, ale gdy o coś pytali, prosił, żeby później, jak wróci żona. Trochę taki uzależniony.
Przejście z głównej sypialni do łazienek. Elegancko, pod daszkiem w razie deszczu.
Woda z prysznica? z rurki nad głową! leciała wprawdzie tylko w ostatnim, pustym jeszcze  boxie, a klozet spłukiwało się wodą z kubełka, ale było ok! Chociaż w takich warunkach pokój i niklowana łazienka w "Bright Inn" w Miri  wydały się być nierealnym snem.
W jednym boxie jednocześnie muszla klozetowa i prysznic.Boxy nie mają dachu. Bliskość natury realna. Zęby i ręce można myć we wspólnej umywalce przed kabinami.
Na szczęście gospodarze, przy tych prowizorycznych łazienkach-blaszczkach palą światło przez całą noc. Po ścianach i sufitach łazienki bez przerwy tłuką się nocą jakieś zwierzątka, owady, a zdezorientowane pancerzaki spadają z hukiem na posadzkę. Człowiek nigdy w takim kiblu nie jest sam.
Ludzie się tu szybko integrują, szczególnie, gdy natkną się na coś niebezpiecznego pod progiem wspólnej sypialni. Trzeba zawsze pamiętać, aby wytrzepać buty przed włożeniem.
Ale za to w "D,Cave Homestay" panuje bardzo luźna, swojska i miła atmosfera domowa i towarzyska. Gdy budowa dobiegnie końca, przepowiadam temu hotelikowi duże wzięcie i sukces finansowy. Wszyscy już się tutaj dobrze czują, do Parku jest blisko, a z podwórka rozciąga się przepiękny  widok na góry.
Wychodzisz do kibla, a ponad łazienką zaskakuje cię taki widok! Zapominasz o potrzebie i pędem wracasz po aparat. Partia lasu skąpana w zachodzącym słońcu przybrała złoty kolor.
Sporo turystów tu przychodziło prosto z lotniska i wszyscy byli zadowoleni. Najpierw wchodzi się do dużej sali, gdzie stoi 10 łóżek, ale nie piętrowych, jak w hostelach, lecz luźno rozstawionych po całym pokoju. Stąd było wejście do trzech sąsiednich pokoi private, dwu lub trzy osobowych (mogła być dostawka).
Zajęłam jedno z dwóch wolnych łóżek stojących w parze. (pomarańczowy plecak).Nie wiem, kto się położy obok mnie. Tak to bywa w hostelowych warunkach.
Pierwszą noc spaliśmy w ogólnym dormitorium (15 RM za łóżko), bo private były zajęte. Potem przenieśliśmy się do osobnego pokoju. Trochę drożej, ale wygodniej o tyle, że swobodnie można było zamknąć w pokoju laptop, sprzęt, dokumenty itp. I nie chodzić z nimi do łazienki. 
Do żadnych pomieszczeń nie wolno wchodzić w butach. One zresztą ciągle się suszą.
Śpiąc w dormitorium, oddałam laptop gospodarzowi na przechowanie w jego prywatnej części domu. Tym sposobem miałam swoje bagaże już w czterech miejscach. Walizkę w Miri, laptop u gospodarza kwatery w Mulu, plecak przy łóżku w dormitorium i mały plecaczek zawsze, ale to zawsze na swoich plecach. 
Droga, którą chodziliśmy do National Park i z powrotem do Homestay
Private room kosztuje 35 RM. Dostępu do internetu nie było w homestay ani w obszernym pomieszczeniu dla turystów przy recepcji Parku Narodowego. 
Nasz sympatyczny Przewodnik, zawsze zadowolony i uśmiechnięty. My przy nim, to sztywniacy.
W ogóle w Mulu nie otwierało się laptopa. Słaby też był zasięg telefonów komórkowych. O tych wynalazkach w Mulu trzeba raczej zapomnieć i schować je na dno plecaka. W Mulu żyje się w zgodzie z naturą. Ona jest tak bogata, rozśpiewana i interesująca, że wcale nie brakuje nam internetu, telewizji, radia ani komórek.
Co chwilę spotykamy mieszkańców dżungli
Jest też dodatkowa przyjemność obcowania z innymi turystami w homestay i w czasie zwiedzania w grupach. Bez komórek i internetu ludzie wreszcie się zauważają i rozmawiają ze sobą. Samodzielnie po parku ani po jaskiniach chodzić nie wolno. Tylko z Przewodnikiem, za co oczywiście trzeba odpowiednio zapłacić.
Niektórych byśmy przegapili, żeby nie nasz Przewodnik.
Wycieczka do jaskiń Deer/Land Cave,30 RM, Conopy skaywalk tour,40 RM, Cave of de Winds/Clearwater Cave,65 RM, Night walk (2 godz),20 RM. To te tańsze atrakcje.
To nie liść! to też żyje sobie w dżungli.
Były też takie: Lagang Cave, zwiedzanie parku długą łodzią przez 2-4 godz.,160 RM , Drunken Forest Cave (4-5 godz),180 RM, Sarawak Chamber(10-12 godz),280 RM itd. Drogie imprezy dla wybranych przez los, którzy zwiedzają, nie licząc się z kosztami.
Tego lepiej nie dotykać. Patrzeć, zanim położy się rękę na drewnianej poręczy.
Wykupiliśmy zwiedzanie jaskiń oraz conopy skaywalk, czyli spacer po zawieszonych wysoko sznurkowych mostach, ponad koronami drzew w dżungli.Ogromne przeżycie. 
Ruszamy w dżunglę. Sporo nas poszło na spacer po wiszących mostach.
Najgorzej jest na początku, aby wejść na górę i zdobyć się na postawienie stopy na dwóch wąskich ruszających się deskach, zabezpieczonych jedynie sznurkową siatką. 
Najlepiej stawiać stopy ukośnie, aby objęły obie deski. Uwaga! Idę.
Wszystko się trzęsie i kołysze. 40 m w dół do ziemi. Oczy wielkie ze strachu i trzęsące się łydki. Lecz się idzie bo nie ma odwrotu. Decyzję podejmuje się na dole.
Na jednym mostku może znajdować się jednocześnie tylko dwoje ludzi.
Na wiszącym mostku nie może jednocześnie znajdować się więcej, niż dwoje ludzi. Przede mną szła Ania i ja zawsze czekałam, aby doszła do końca mostku. 
Czekam, aż Ania dojdzie do zakrętu. Minę  mam trochę rzadką, uśmiech niepewny, ale zabawa jest.
Chwytałam się poręczy i po prostu szłam przed siebie.  Starałam się nie patrzeć na dół idąc. Przystawałam i wtedy spoglądałam w dół i rozglądałam się wokół siebie, bo widoki piękne. Nawet fotografowałam co nieco.
W dole ludziki malutkie, jak robaczki, ja na wysokości bytowania nosacza.
Potem znowu trzymając się nierównej, śliskiej poręczy patrzyłam, gdzie stawiam stopy i szłam mówiąc sobie: muszę przejść, bo gdy zawrócę, to i tak przecież muszę przejść po tym mostku, tylko w odwrotną stronę. Na jedno wychodzi. 
Przede mną kroczyła dzielnie Ania. Czekałam i rozglądałam się wokół.
Lepiej więc iść do przodu, nie ma innego wyjścia. I szłam, mimo lęku wysokości.Tych wąskich linowych, kołyszących się mostków było dużo. Jedne się kończyły małym drewnianym pomostem przy drzewie, gdzie łapałam oddech i zaczynały się następne. 
Proszę, jaka wyluzowana jestem. Najpewniej czułam się na stabilnych platformach przy drzewach.
Wspaniała przygoda i przepiękny widok z góry na wszystko takie małe w dole. Często w dole płynie rzeka, wtedy trochę kręci się w głowie, gdy się w nią wpatrzeć.
Nieraz w dole było widać rzekę.
Tymi samymi powietrznymi mostami nie wraca się, bo z tyłu idą już następni ludzie, a na tych wąziukich mostkach dwoje ludzi się nie minie. Nie ma takiej możliwości. Poza tym trzeba zachować odległość między osobami, żeby nie rozkołysać mostów.
Schodzimy z conopy walk na ziemię. Było wspaniale!
Trasa wiedzie na okrągło i schodzi się  w pobliżu miejsca, gdzie się weszło. Zawsze o tym marzyłam, aby przejść takim wiszącym mostem z lian i sznurów ponad koronami  drzew i wreszcie tego dokonałam. Było super!
Spacer w koronach drzew badzo mi się podobał
Zwiedzanie jaskiń okazało się trudniejsze, niż początkowo myślałam, ale dałam radę. Po zwiedzeniu drugiej jaskini byłam tak wykończona fizycznie, że myślałam, iż już nie dojdę do bazy noclegowej o własnych siłach.
Jaskinia Langs Cave wita nas
Ale o czyich siłach miałabym dojść, jak nie o własnych? Miałam zostać sama na noc w dżungli? w jaskini? Musiałam się jakoś mobilizować i iść dalej. Trudność w jaskiniach polegała na tym, że często szło się wąskimi oślizgłymi schodkami w górę i w górę, bez końca. 
Wejście do jaskini
Te schody mnie zabiją, myślałam i pokonywałam z trudem następną partię stromych schodów, żeby zobaczyć, iż zaczynają się następne, idące ostro w górę, że końca nie widać. Tragedia! Można tak dojść do nieba!
W jaskini
Często szło się w ciemności z latarką na czole. Często woda kapała ze skał na twarz i aparat fotograficzny. Zakrywałam go wówczas tiszertem i szłam dalej. W pierwszej jaskini, jaką zwiedzaliśmy nie miałam latarki. Zapomniałam ją przełożyć z plecaka do podręcznego plecaczka, z którym się nie rozstawałam. 
Obawiałam się, że zdjęcia w ciemnościach nie wyjdą, ale coś widać. Nie jest najgorzej.
Krzysztof i Ania użyczyli mi swojej poświaty. Szłam w tej jaskini między nimi, korzystając ze światła ich czołówek. Było całkiem znośnie. Na pewnych odcinkach trasa oświetlona jest nikłym światłem, co bardzo mi pomagało w pokonywaniu drogi.
Formacje skalne w jaskini zadziwiają czasami formą
Potem okazało się, że moja czołówka nie świeci. Dociśnięta innymi rzeczami w plecaku paliła się tam widocznie, aż do wyczerpania baterii. Kiedyś zauważyłam, że ma zbyt czuły guzik i zapala się dotknięta niechcąco czymś innym. 
Stoimy na platformie i podziwiamy te cuda natury
Ostatnio długo tego nie sprawdzałam, więc się wypaliła. Na szczęście mieli w sklepie parkowym baterie. Kupiłam  i Krzysztof mi je wymienił. W następnej jaskini miałam już swoje światło na czole.
Pięknie, jak w komnatach królewskich.
Szłam w ażurowych kaloszkach, które sprawdziły się w tym wilgotnym środowisku, ale chwilami nawet one ślizgały się na mokrych skałach, jak inne buty. Trzeba bardzo ostrożnie stawiać stopy i iść przy sznurze wytyczającym szlak.
Zaczynają się schody. Moja udręka w jaskiniach.
Guano nietoperzy zbijane przez całe wieki w ogromne klepisko było solidnym podkładem do chodzenia i buty się na nim mniej ślizgały.
Niesamowicie piękna góra skalna. To z niej wylatują nietoperze.
Tego dnia nietoperze nie wyleciały na łowy. Zazwyczaj wylatują między godziną  16.oo a 18.oo. Czekaliśmy dosyć długo, aż wreszcie zrezygnowaliśmy, bo zaczął padać deszcz. 
Siedzimy z Anią w amfiteatrze zbudowanym dla widzów i czekamy na wylot nietoperzy
Powrót przez dżunglę w ulewnym tropikalnym deszczu był swojego rodzaju wyzwaniem i przygodą zarazem. Szybko na szlaku złapała nas ciemność absolutna.
Niestety. Nie zawsze ma się farta. Lunął deszcz. Nietoperze nie wylecą na żer tego wieczoru.
Dobrze, że miałam w plecaku pelerynę przeciwdeszczową. Wprawdzie i tak nie zostało na mnie suchej nitki, ale peleryna chroniła plecak, który jest z materiału nieodpornego na deszcz i torbę z aparatem fotograficznym. 
W jaskini
Kaloszki się sprawdziły. Sandały w takiej ulewie bardzo by ucierpiały i szybko się zużyły, a zapasowych nie mam. Żadnych butów w Azji nie mogę sobie dokupić, bo nie produkują tutaj takich dużych numerów (41). Nieraz można spotkać nr 40, ale odpowiada on naszemu nr 38! trzeba więc dbać o buty, które przywiozło się z kraju.
Wchodzimy do jaskini Deer Cave
Szliśmy wszyscy rzędem, jeden za drugim, szybko i w milczeniu. Tylko światełka czołówek komunikowały dżungli, że idą tutaj ludzie.  Deszcz lał nieprzerwaną strugą. 
Jaskiniowiec w jaskini Deer
Do bazy było 3,5 km.  Nie byliśmy sami na szlaku. Szli za nami ludzie, którzy również nie doczekali się wylotu nietoperzy. Co chwilę nas jacyś mijali. Pędzili, jakby ich lampart gonił, chociaż nic już nikomu nie pomoże. Wszyscy ociekają wodą.
Te schody wiodą nas chyba pod sam szczyt góry od wewnątrz?
Następnego dnia Krzysztof z Anią poszli na wycieczkę do dżungli z przewodnikiem, który miał im o tym wszystkim opowiadać. Miała to być taka poglądową lekcja na łonie przyrody, o Mulu. O historii, o jaskiniach, badaniach itp. Ciekawe wyjście.
Chwilami można się poczuć, jak na innej planecie, chociaż statku Apollo nie widać w pobliżu.
Nie zapisałam się na tą wycieczkę, bo nie znam języka. To bardzo ciekawa rzecz dla tych, co znają język angielski i rozumieją, co opowiada guide.  Bez znajomości języka można podróżować i dogadywać się w różnych prostych sprawach. Wiele jednak się traci z takich właśnie okazji, prelekcji, odczytów itp. Ludzie! uczcie się języków!
Po lewej stronie góra z guano nietoperzy, narosła przez wieki.
Na następny, ostatni już dzień naszego pobytu w Mulu, zaplanowaliśmy, że sami pod wieczór pójdziemy jeszcze raz w to miejsce, gdzie wylatują nietoperze. Znamy trasę, nie jest za daleko, w kilka osób spokojnie damy radę bez Przewodnika.
Góra w górze w poświacie słonecznej wpadającej przez otwór w skale.
Gdy Ania z Krzysztofem wrócili z tej poglądowej lekcji w dżungli, powiedzieli, że w drodze powrotnej skręcili grupą w miejsce, skąd wylatują nietoperze i obejrzeli ten niesamowity spektakl. Oczywistym stało się, że już tam nie pójdą i ja tego nie zobaczę.
Jaskinie to ogromny dom nietoperzy. Niektórzy mówią, że jest ich tutaj 5 mln
Tym sposobem ta atrakcja mnie ominęła, ponieważ idzie się tam wieczorem, a wraca w zupełnych ciemnościach. Sama tam iść nie mogę. Może zapytam i z innymi pójdę? Ale Krzysztof powiedział, że wszyscy już byli właśnie dzisiaj. Ok. Nie ma sprawy.
Jaskiniowe okno na zewnętrzny świat
Obiecał przysłać mi mailem ze dwa zdjęcia z wylotu nietoperzy, żebym mogła pokazać na blogu swoim czytelnikom, jak to wygląda. Jak przyśle, to pokażę, jak o zmroku  ponad dwa, a może i pięć milionów nietoperzy wylatuje jednocześnie ze skalnego otworu jaskini i kluczem podąża na posiłek. 
Wyjście z jaskini
Dzięki temu nie gryzą nas w Mulu komary, bo zostają zjedzone przez  nietoperze. Taka ilość głodnych nietoperzy pięknie czyści dżunglę z moskitów. Jestem tym nocnym zwierzątkom bardzo wdzięczna, że zjadają moich wrogów.
Przed jaskinią grupka turystów
National Park Mulu jest trudno dostępny dla turystów, więc jeszcze niezadeptany. Sporo turystów przyjeżdża tu z myślą o Pinnacles. Atrakcyjnym lecz trudnym i drogim miejscu, na które trzeba przeznaczyć minimum dwa dni. Ale to jedyne takie miejsce na świecie, więc pasjonaci płacą i zwiedzają. Nasz znajomy Australijczyk tam pojechał.
Pinnacles na plakacie w biurze National Park Mule
Pinnacles, to piękne, białe strzeliste formacje skalne. Bardzo wysokie, ostro zakończone szpikulce, osiągające nawet 45 m wysokości wystają ponad korony drzew w zupełnie dzikiej dżungli. 
Mapa dostępnych do zwiedzania jaskiń.
Płynie się tam łodzią 8 km do bazy noclegowej znajdującej się na dnie formacji, a potem niektórzy wspinają się na te skały (po sznurkowych drabinkach), aby podziwiać dżunglę z góry, podczas gdy  inni zadawalają się się ich fascynującym widokiem z dołu.
Sala dla turystów w Centrum Informacji w Mulu
Ta przyjemność kosztuje ponad 1000 RM od osoby. Ile ponad tysiąc, zależy czy idzie się na dwa, trzy, czy też cztery dni. Trochę, ale niewiele taniej kosztuje, gdy samemu dotrze się do Mulu. Trzeba pamiętać, aby zabrać z sobą odpowiednią ilość jedzenia i picia. W dżungli trzeba być samowystarczalnym w każdej dziedzinie. Brak sklepów.
Droga powrotna z jaskiń.
Przykład jednej z ofert Tours and Travel: Wycieczka 4 dniowa. Przelot na i z  Mulu samolotem, zwiedzanie jaskiń Deer i Long Cave (1), łodzią do Clearwater i Wind Cave, wieczorem piknik (2), Pinnacles plus lunch (3).
Po powrocie zobaczyłam, że przestawiono mi łóżko pod ścianę. Myślą tu o wszystkim. Jest ok!
Rano spacer po Long Lutut, powrót łodzią do Mule i na lotnisko (4). Koszt od osoby: z Kuching – 1.760 RM, z Miri – 1.185 RM, z Kota Kinabalu – 1.755 RM/zł.
Rano znowu wyszło słońce, rzeczy suszyły się po wczorajszej ulewie
Inna opcja tych samych atrakcji (5 dni): Miri – Mulu – Limbang – Miri = 1.775 RM/zł;  Kota Kinabalu – Mulu – Lombang = 1.875 RM/zł; Kuching – Mulu – Limbang – Miri = 1.850 RM/zł. 
A góra za kiblami osnuta była mgłą. Czyż nie jest pięknie?
Chodzenie po dżungli, wsłuchwanie się w jej odgłosy i spotkania z jej mieszkańcami na szlakach są bardzo interesujące. Dżungla żyje nieprzerwanie 24 godziny na dobę przez wiele stuleci. W dżungli nie można wsłuchać się w ciszę, bo dżungla jest głośna.
Bezlistna gałązka krzaku, jakich wiele? ależ skąd, to kamuflaż!
Jest nieskrępowana, żywiołowa, a jednocześnie uporządkowana, jak społeczeństwo ludzi. Może nawet lepiej. Wszystko tu odbywa się dokładnie tak i dokładnie wtedy, kiedy ma się odbyć, chociaż jej mieszkańcy nie używają zegarków. Poszczególne ptaki witają ranek zawsze o tej samej porze. 

Patyczak, owad żyjący w dżungli, całkiem zwinnie się poruszający, mimo tak anemicznej budowy.
Cykady, jak na komendę zaczynają grać swoją muzykę i jak na komendę ją kończą. Miliony nietoperzy zawsze zwartą grupą i zawsze o tej samej porze wylatują z jaskiń na żer, lub odkładają w razie deszczu akcję mimo, że nie komunikują się w tej sprawie przez komórkowe telefony. 
No, cieszę się. Mogę nawet powiedzieć, że radość życia mnie rozpiera, a co?
Dżungla na Borneo jest dobrze zorganizowanym organizmem przystosowanym do panujących tu od wieków warunków bytowania roślin, zwierząt, ptaków i owadów. Gdyby nie biznes olejowy i wycinanie dżungli, wyspa Borneo mogłaby stać się jedynym miejscem na ziemi pozostawionym we władaniu przyrody.
Lubię ten odcinek drogi prowadzący z Parku do mojego Homestay
Jednak najbardziej turystów pociągają w Mulu jaskinie. Znajduje się tutaj 18 jaskiń udostępnionych dla zwiedzających. Każda jaskinia jest inna i zróżnicowana pod względem stopnia trudności. Pierwszą, jaką zwiedzaliśmy, przeszłam bez trudności, chociaż też do łatwych nie należała.
Idziemy do Painting Cave. To jaskinia, gdzie odkryto malowidła sprzed 40 tys.lat
Dopiero po powrocie Krzysztof powiedział, że był zaskoczony moją kondycją w przemierzaniu szlaku i trzymaniu tempa. Byłam z siebie dumna. Nie będę ukrywała, że druga jaskinia dała mi się jednak we znaki tymi niekończącymi się schodami w górę. 
Już widzimy jaskinię
Jednak nie spowalniałam grupy i nadążałam, chociaż bolały mnie plecy, mięśnie nóg i myślałam, że to już moja ostatnia droga w życiu na tej ziemi, a raczej pod ziemią. Nic dziwnego, że niektórzy pytali samych siebie w myślach, na co ta kobieta się porywa?
Daję radę !
Jaskinie zwiedzane przez nas nie były jeszcze tymi najtrudniejszymi, do zwiedzania  których trzeba mieć odpowiedni sprzęt i przygotowanie oraz nadzwyczajną kondycję.
Uwaga! jadowity wąż na skale. To również mieszkańcy jaskiń.
Takie jaskinie zwiedzają specjaliści i zawodowi speleologowie. Ale po obejrzeniu tych kilku jaskiń w Mulu, do których nas poprowadzono, mam ogólne wyobrażenie o jaskiniach, ich tajemniczości i pięknie oraz stopniu trudności.
Schody, schody, schody.....
Jaskinia Jelenia w Mulu jest największą podziemną jaskinią świata. W office National Park można też wykupić wycieczki do Paku Waterfall (6 km, 3 godz), The Garden of Eden i Valley walk, Kenyalong Loop (2,5 km).
Czasami też się schodzi w dół w jaskini
The fast lane in lagang Cave (3 godz), Clerwater and Cave of the Wind, The tree Top Tower (ptaki), Batu Bungan Longhouse (30 minut spacerkiem od lotniska). Naprawdę, oferta dla zwiedzających Mulu jest tutaj bardzo urozmaicona. Zarówno dla bogatych, jak i dla biedniejszych. Bogaci mają tu również luksusowy hotel i pole golfowe.
Rzeka w jaskini
My byliśmy w jaskini Deer Cave, Long Cave, Clearwater Cave, Painting Cave. Do jednej płynęliśmy łódką. Przeszliśmy The Mulu Conopy Skywalk nad koronami drzew w dżungli. Nie poszliśmy na nocny spacer The Night Walk. Odwiedziliśmy wioskę.
Malowidła na skalnej ścianie zagrodzone drutem kolczastym.
Zwiedzanie tych dwóch jaskiń było nadzwyczaj wyczerpujące, a nie mogliśmy zostać dłużej w Mulu. Musieliśmy realizować sporządzony wcześniej plan, ponieważ według niego kupuje się na określoną ilość dni bilety wstępu do National Park, jak również  powrotne bilety lotnicze. Miejsce w hotelach można zawsze sobie przedłużyć.
Sfotografowane malowidła jaskiniowe sprzed 40 mln lat wystawiono do oglądania z bliska.
National Park Mulu to 544 km kwadratowych lasów deszczowych i górskich pod którymi znajduje się podziemna sieć jaskiń i cieków wodnych. Można zostać o wiele  dłużej w Mulu, a z pewnością nie zabraknie atrakcyjnych miejsc do zwiedzania. 
Odpoczynek w jaskini
Penetrowanie jaskiń Mulu przez człowieka rozpoczęto dopiero w 1970r i dotychczas  zbadano 295 km jaskiń. Sporo jest tu jeszcze do odkrycia. Lecz Park oddano w prywatne ręce (jak Angkor w Kambodży), więc ważny teraz jest biznes a nie odkrycia.
Wprowadziliśmy się do room private, obok dużej sali.
Żyją w Mulu różne gatunki zwierząt, ptaków i motyli. Znalazłam i sfotografowałam patyczaki, których nigdy dotychczas nie oglądałam w ich naturalnym środowisku. Nadzwyczaj ciekawe owady. Młode bywają zielone. Ten, którego fotografowałam, musiał być już stary, bo to taki wyschnięty patyczek :).
Tego popołudnia za kiblami poświta słoneczna wyglądała, jak zorza kolorowa.
Oglądałam piękne motyle od których się roi w dżungli. Kolorowe ptaki nie dające się sfotografować, zwinne zielone  jaszczurki  i inne atrakcyjne zwierzątka dżungli.
Płyniemy do wioski długich domów i do ostatniej jaskini
Motyle w zmasowanej ilości urządzają tam wspaniałe tańce. Dżungla żyje dzień i noc. Ptaki, cykady wydają  niesamowite odgłosy. Trwa tam niekończący się muzyczny koncert dżungli. Widok ogromnych drzew sprawia niesamowite wrażenie. I te góry!
Pani dmuchając w odpowiednim rytmie nosem w tą fujarkę, wygrywa melodyjkę.
Tylko tradycyjnej wioski długich domów już nie ma. Pobudowali długie domy murowane. Gdzie niegdzie można się jeszcze na taki stary dom natknąć. Krzysztof z pasją fotografował motyle. Dzięki swojej cierpliwości wykonał naprawdę piękne zdjęcia kolorowych, ogromnych motyli. Pasjonowały go te motyle bardzo.
Czym Chińczyk taki zdziwiony?
Wszystko w tropikalnej dżungli jest ogromne. Drzewa o takich strzałach, że człowiek stojący obok wydaje się bardzo malutkim stworzeniem. Kwiaty ogromne, motyle ogromne. Klimat sprzyja tutaj wyjątkowo roślinności i  wszelkim jej mieszkańcom.
Ano tym, jak nasz młody Australijczyk celnie dmucha do tarczy
Tropikalne gwałtowne deszcze oczyszczają regularnie dżunglę i powietrze oraz sprzyjają wzrostowi roślin i drzew. Wszystko jest tu bardzo wybujałe. Dżungla bogata jest w kwiaty i owoce. To urozmaicona spiżarnia dla zwierząt, ptaków i owadów.
Stare kobiety się już nie uśmiechają, a szkoda. Są piękne z tymi dziurawymi, długimi uszami.
A jednak taki malutki człowiek potrafi zniszczyć ogromną dżunglę w bardzo krótkim czasie. Wystarczy jedno pokolenie. Zadziwiające. I to w sytuacji, gdy jest on jedynym stworzeniem na tej planecie, któremu dano rozum! 
Sporo turystów przypływa łodziami do wioski.
Dobrze, że pewna część ludzi z niego korzysta. Dzięki temu tworzone są liczne Parki Narodowe, w których nie wolno człowiekowi nic tknąć, ani przekształcać ich w biznesowe przedsięwzięcia. Powini na Borneo tworzyć więcej chronionych Parków.
Ogromna jaskinia. Zupełnie inna od poprzednich.
Wszystko, co się tylko da przejmują prywatni przedsiębiorcy i to oni potem dyktują warunki, niestety. Wiadomo, że każdy biznesmen chce jak najwięcej wyciągać zysku z przejętych terenów i obiektów. Drenuje się więc portfele turystów z całego świata.
Ciągle pniemy się do góry, nawet na zewnątrz jaskini.
Właściciele ustalają bardzo wysokie ceny za wstęp do Parku. Płaci się za każdy dzień, w którym chcemy wejść na teren National Park Mule. Zadziwiające jest, z jaką łatwością i beztroską przekazuje się prywatnemu biznesowi coś, czego samemu się nie stworzyło oraz to, nad czym latami pracowali inni ludzie.
Jaskinia krokodyli. Zwisające formacje skalne wyglądają, jak pyski krokodyli.
Największą i najtrudniejszą robotę wykonali w Mulu brytyjscy speleologowie. Latami penetrowali i badali te jaskinie. Sporządzali opisy, mapy, przecierali szlaki. Pracowali w Mulu do 2000r. Park sprywatyzowano w 2002r i zaraz też ustalone zostały ceny.
Turyści w jaskini
Ceny za wszystko i ceny na wysokim, zaporowym poziomie. Właściciele opracowali również regulamin, który zabrania zwiedzania jaskiń na własną rękę. Każdy zwiedzający musi opłacić przewodnika, który oprowadzi grupę lub jego samego po jaskiniach. Przewodnicy zatrudnieni są za określoną pensję. Gross zysku bierze boss.
Koniec wędrówki po jaskiniach.
Widzicie tą czerwoną opaskę na przegubie mojej ręki? tam mam wypisane daty na jakie dni wykupiłam wstęp do National Park Mulu. Nie zdejmuje się ich od chwili wejścia do Parku do chwili opuszczenia Mulu. Trzeba się w nich kąpać i w nich spać.
Ktoś tu jednak z dawnych mieszkańców czuwa nad dżunglą i jaskiniami
Wracamy do Miri. Chwilę odpoczywamy i jedziemy w odwiedziny do Sułtana Brunei.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz