Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Borneo-Miri. Baza wypadowa.



Pożegnanie Bako
Kupiłam bilet na łódź, aby wrócić na ląd do Kuching, skąd miałam zamiar pojechać autobusem do Miri. Chciałam jechać w południe, ale zaczął padać deszcz i nie można już było iść na żaden szlak w dżunglę. Wróciłąm i poprosiłam o zmianę godziny na bilecie na wcześniejszą. Za 15 min. miałam się stawić na przystani.
Na Ferry w Bako
Z Kuching do Miri to daleka podróż, trwająca 15 godzin. Wiedziałam, że noc spędzę w autobusie. Bilet do Miri kosztuje 80 RM/zł. Przed samym wyjazdem z Bako poznałam tego człowieka, który ma obiektyw, jak lufa armatnia. To Krzysztof z Polski, podróżujący po Azji ze swoją żoną Anną.
Jeśli turyści zostawią coś na stole, tarasie, makaki wszystko rozwloką
W Polsce mieszkają w Warszawie. Takie to właśnie zbiegi okoliczności zdarzają się w podróży. Bardzo mili ludzie, nie ukrywający swojej narodowości w obawie, aby jakiś inny Polak czy Polka się do nich nie przyczepili, czy broń Boże, nie poprosili o jakąś pomoc. Tacy bowiem Polacy również zdarzają się w podróży.
Mój drugi pokój w Bako, w którym byłam sama (4 osobowy, 15 RM za łóżko i tylko łóżko tu jest)
Wprawdzie potem, gdy już razem podróżowaliśmy napomknął w rozmowie o czymś zupełnie innym, że nie jest translate, ale ja to zapamiętałam i nie prosiłam o tłumaczenie zbyt często. Tylko gdy było to coś istotnego. 
Żegnały mnie małpy na dachu....
Sami z własnej woli nie tłumaczyli mi rozmów, gdy byliśmy w towarzystwie innych turystów tak, jak robił to Remik w Singapurze czy Simon Broll w Nowym Orleanie, ale generalnie byli bardzo mili i pomocni.
......i wąsate świnie obok tarasu
Pomogli przy ustalaniu trasy, wyborze środków lokomocji, przy kupowaniu biletów, przy bankomacie, w rozmowie w recepcji hotelowej itp. Krzysztof wszędzie bezbłędnie trafiał i ja nie musiałam już o tym myśleć, a z kolei miałam z kim posiedzieć przy piwku i nagadać się w swoim języku
Tym autobusem jechałam z Kuching do Miri (15 godz), przez Sarikei, Sibu, Bintulu
Bardzo się cieszę, że ich poznałam. Dużo razem zwiedzaliśmy. To było duże urozmaicenie w podróży i pociecha w kłopotach. Ale o kłopotach, potem. Krzysztof z Anią wyjeżdżali z Bako tego samego dnia, również kierując się do Miri, ale jechali innym autobusem i zatrzymali się po drodze w Sibu. Później przyjechali do Miri.
Miri, Sarawak-Borneo.
Ja natomiast jechałam bezpośrednio do Miri, przez Sibu które oglądałam z okna autobusu.W Miri miałam zamiar zabawić kilka dni, żeby odpocząć, skorzystać z internetu i nadrobić zaległości w blogu i e-mailach, a potem planowałam jechać do National Park Mulu i do Sułtanatu Brunei. Nasze plany były zbieżne.
Miri, stąd wylatuje się do National Park Mulu i jedzie do Sułtanatu Brunei.
Wymieniliśmy swoje adresy mailowe i umówiliśmy się na spotkanie w Miri, aby  omówić dalszą podróż do Mulu i Brunei. Dalej Krzysztof z Anią chcieli pojechać do Kota Kinabalu w stanie Sabah, a stamtąd do Singapuru. Dopiero stamtąd pojadą do Kuala Lumpur, skąd mają bilety na powrót do Polski.
Ja z Anią w Centrum Informacji Turystycznej w Miri
Zdecydowałam się jechać również do Kota Kinabalu, chociaż wcześniej tego miasta nie miałam w planach. Słyszałam, że Kota Kinabalu to baza dla turystów mających w planie zdobywanie szczytu Mount Kinabalu, a ja nie zamierzałam wchodzić na tą górę.
Domek Rękodzielnictwa Regionalnego w Miri. Mostki imitują szlaki w dżungli, a mural, jaskini.
Do przylotu Gosi z Warszawy do Kuala Lumpur mam sporo czasu, więc mogłam na taką korektę planu śmiało się zdecydować i zobaczyć stolicę stanu Sabah zanim pożegnam się na dobre z wyspą Borneo i polecę do kontynentalnej Malezji.
Miri w porze zachodzącego słońca
Wyjechałam z Kuching o 17.oo i byłam w Miri następnego dnia o 8.15. Nieraz jest się wcześniej, my mieliśmy opóźnienie, chociaż nie wiem dlaczego, bo autobus rwał w nocy, jak torpeda  po pustej szosie. Próbowałam spać. Jak człowiek śpi, to się nie boi.
Budynek "Sarawak Oil Palms" w Miri. Biznes dla którego niszczy się dżunglę na Borneo.
Autobus był piętrowy i jechałam wysoko, chociaż później okazało się, że bilet miałam na parter, ale się pomyliłam i od razu weszłam na górę. Siedzenia były wyjątkowo wygodne, więc trochę się przespałam.
Mój pokój w "Bright Inn" w Miri. Pierwszy taki luksusowy pokój w dotychczasowej podróży.
W Miri znalazłam bardzo przyjemny i wyjątkowo czysty hotelik "Bright Inn", ale nocleg kosztował 70 RM/zł. Wzięłam tylko trzy noce. Odkąd podróżuję, nie miałam jeszcze takich luksusów, jak tutaj. Czystość europejska, na podłodze panele, łazienka.
Mój hotel po lewej, po prawej,w drugim bydynku "Dillenia"gdzie zatrzymali się Krzysztof i Ania.
Internet, TV, czajnik elektryczny, filiżanki, kawa, herbata, mydełka, szampon, płyn pod prysznic, cuda niewida! pełen wypas! Pławiłam się w tym luksusie całe trzy dni!

Meczet w Miri
Krzysztof i Ania dojechali do Miri wcześniej, niż myślałam. Zatrzymali się w hoteliku również bardzo przyjemnym, parę kroków od mojego. Wcześniej napisałam do nich maila, gdzie się zatrzymałam. Przyszli więc do mnie i razem poszliśmy na kolację, aby omówić, w jaki sposób dostaniemy się do Mulu.
Ania z Krzysztofem przyszli po mnie. Bardzo im się mój pokoik podobał.
Najpierw jednak zwiedziliśmy ciekawostki w Miri. Pojechaliśmy miejskim autobusem na Farmę Krokodyli. Na mój gust, to taki mały ogród zoologiczny to był. Niedźwiadki, konie, małpy, żówie, ptaki. Chociaż rzeczywiście najwięcej było tam krokodyli.
Wejście na Farmę Krokodyli, Miri.
Krzysztof ustalił, że do Mulu można dostać się jedynie drogą powietrzną, samolotem i innej możliwości nie ma. Krzysztof kupował bilety na samolot, potem bilety wstępu, opłaty, zakwaterowanie i na bieżąco się rozliczaliśmy.
Krokodyle leniwie wylegują się w słońcu i w wodzie.
Całkiem sprawnie nam szło to wspólne podróżowanie. Stwierdziłam, że miło jest przez pewien czas zwiedzać obcy kraj z innymi podróżnikami, szczególnie gdy mówią tym samym językiem, co ja. Nie musiałam myśleć sama o wszystkim, wyluzowałam trochę i zrelaksowałam swój umysł, zbierając siły na dalszą samotną podróż.
Taki okaz krokodyli. Ruszył się wreszcie, chociaż wygląda na najedzonego.
Żeby gdziekolwiek jechać dalej, zawsze trzeba wrócić do Miri. W związku z tym zarezerwowałam na po powrocie z Mulu nocleg w hotelu „Dillenia”, w którym zatrzymała się Ania i Krzysztof, również na Jelan Merpatii. 
Milutki, wygłupiający się misiaczek.
Był tańszy, niż mój „Bright Inn” i bardzo mi się tam podobało. Miał też free internet w pokoju. Hotel „Dillenia” (55 RM jedynka, 80 RM dwójka) jest taki bardziej domowy, z rodzinną atmosferą, przytulniejszy. Gospodyni Dilleni jest przemiłą osobą i chociaż z tego względu warto tam się zakwaterować.
Czasami bywa mniej milutki, gdy rzuca się na murek, aby sięgnąć gapiów.
Zostawiłam w tym hotelu walizkę na przechowanie, zabierając z sobą do Mulu jedynie plecak. To był bardzo dobry, mój autorki pomysł, żeby zarezerwować tu nocleg na powrotną drogę i nie wlec z sobą walizki w tę i z powrotem.
To my, na farmie krokodyli.
Gdy wróciliśmy z Parku Narodowego w Mulu, walizka była już wstawiona do pokoju, chociaż nie do mojego, tylko do Ani i Krzysztofa, bo bardziej ich kojarzono, jako klientów tego hotelu. Ale dano nam pokoje obok siebie. Przytulnie tam jest.
Piękny Casuari, trudny do fotografowania, ruchliwy, chociaż uwięziony w klatce.
Hotel „Dillenia” jest lepszy również pod tym względem, że gospodyni jest świetną organizatorką wypraw i dojazdów w różne miejsca i wiele innych spraw załatwia dla swoich klientów, według ich potrzeb. Bardzo pomocna osoba.
Jeżozwierz
Joseph, kierowca taksówki był po prostu na każde wezwanie i za niewygórowaną kwotę woził nas na lotnisko i odbierał nawet wtedy, gdy samolot miał duże opóźnienie.
Ptaki na łańcuchu. Aż żal patrzyć. Powinny być w dżungli!
Czekał na nas cierpliwie. Gospodyni tylko dzwoniła do niego i mówiła, Josephie, zawieziesz moich klientów na Airport lub na Ferry i Joseph zjawiał się na odpowiednią godzinę i nas wiózł. Biznes łączony, a dla nas wygoda.
Krysztof trzyma kurczaka, którego rzuci krokdylom na pożarcie.
Na Farmie można rzucić krokodylom kurczaka, oczywiście, jak się go najpierw kupi u obsługi za 10 RM. Można wtedy mieć zabawę przyglądając się jak krokodyle ożywiają się natychmiast, podpływają i rzucają się na kurczaka, gdy ten jeszcze jest w locie.
Kurczak szybuje w powietrzu, a krokodyle już w akcji.
Krzysztof nie mógł odmówić sobie tej przyjemności. Rzucał dwa razy i świetnie się przy tym bawił obserwując zachowanie krokodyli. Pobyt na farmie był przyjemny, gdyż znajduje się ona w ładnym przyrodniczo otoczeniu. Przebywają tu egzotyczne dla nas zwierzęta i ptaki. Chociaż krowy tutaj również są. Jak to na farmie.
Ale jaja! sami sobie przeczytajcie, czyje.
Jednak wstrząsnęły mną te piękne, kolorowe ptaki uwiązane na łańcuchu. Tak nie powinno być. Ptaki nawykłe do wolności, przestrzeni, towarzystwa innych ptaków.
Piękne, smutne ptaki w Miri na Borneo.
Przyzwyczajone do otoczenia drzew, a nie ludzi. Do muzyki dżungli w wykonaniu jej różnych mieszkańców, a nie ludzkiego jazgotania, raptem znalazły się w niewoli, w kajdanach. Za co? Żeby człowiek mógł je oglądać? To powinno być zakazane i karane.
Taniec z niedźwiedziem
Jednak głównym celem naszego przyjazdu do Miri jest National Park Mulu.Większość turystów twierdzi, że National Park Mulu, to droga przyjemność i mją rację. Przekonałam się o tym już na wstępie, kupując bilet lotniczy. Leci się pół godziny, a za bilet zapłaciłam 295,50 RM/zł!  Niesłychane! lecimy linią Malaysia Airlines.
W Ferry

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz