Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

piątek, 3 kwietnia 2015

Borneo Malezyjskie

Poczekalnia na lotnisku Phnom Penh, Kambodża
Od chwili kupienia biletu do Kuala Lumpur, moje plany trochę się zmieniły. W połowie maja ma do mnie dołączyć Gosia z Polski, moja młodsza koleżanka z czasów Sri Lanki. Gosia nie była jeszcze w Malezji i chce zwiedzić m.in. Kuala Lumpur.
W oczekiwaniu na swój lot
W takiej sytuacji, żeby się nie powtarzać, postanowiłam najpierw polecieć na Borneo, a do Kuala Lumpur wrócić tuż przed przylotem Gosi, odebrać ją z lotniska  i wspólnie z nią zwiedzić stolicę Malezji oraz inne ciekawe miejsca. Potem przeniesiemy się prawdopodobnie na Filipiny, więc Borneo by mi wypadło z trasy, a tego nie chcę.
Żegnam Kambodżę
Kambodżę opuściłam z ulgą, chociaż jestem zadowolona, że ją odwiedziłam. Zwiedziłam kompleks Angkor i poznałam historię Tuol Sleng. To tragiczny kraj. Najbardziej malowniczymi obiektami i miejscem wytchnienia od wszechobecnego kurzu i hałasu były tam klasztory buddyjskie.
Wylatujemy z chmurnej jaskini
Klasztorne chorągiewki rozwieszone na sznurkach nad dziedzińcami klasztorów już z daleka przyciągały wzrok i zachęcały do wizyty. Trzeba wiedzieć, że każdy kolor w buddyjskich chorągiewkach ma swoje znaczenie. Nie jest to jakaś przypadkowa pstrokatość w upodobaniu wyznawców. Kolorów jest pięć.
Nieznany, przerażający świat przestworzy. Ale jaki piękny!
Kolor żółty to symbol mądrości, zielony, aktywności, czerwony, mocy, niebieski symbolizuje  energię, a biały to symbol pokoju. Młynki modlitewne, jak sama nazwa wskazuje, służą do modlitwy, a nie do zabawy i robienia hałasu. 
Czyż nie pięknie wyglądają?
Na młynkach wypisane są mantry, czyli modlitwy i buddyści obracając nimi, modlą się, podobnie, jak katolicy przesuwając koraliki różańca.
Ziemia! Ziemia! Ziemię widzę!
Wszystko w wykonaniu buddystów jest takie malownicze, spokojne, kolorowe, niekiedy nawet zjawiskowe. Na przykład, gdy bosi mnisi w rdzawych szatach chodzą rankiem z pięknymi cynowymi misami lub ogromnymi pomarańczowymi torbami z płótna na datki. Bardzo widowiskowa czynność, a dla nich po prostu codzienny obowiązek.
Sarawak, Witamy w Kuching!
Mają komórki, korzystają z samochodów, skuterów, rowerów, słuchają radia, oglądają telewizję, a jednak nadal każdego ranka wyruszają boso w obchód po mieście. Stają w milczeniu naprzeciw drzwi w oczekiwaniu na datek. Jeżeli dłuższą chwilę nikt nie wychodzi, aby dać im jałmużnę, idą dalej i znowu stają przodem do otwartych drzwi lub okna. I czekają.
Małpy Długonose witają turystów na Borneo !
Większość właścicieli sklepów, pharmacy, restauracji, wkłada im coś tam do tych pojemników. Niektórzy prywatni ludzie czekają już na nich przed domem z jakimś zawiniątkiem. Niektórzy dają pieniądze. Ale są tacy, którzy nie dają nic i mnich buddyjski pokornie odchodzi, tak cichutko, jak się pojawił.
Rzeka Sarawak. Taką łódką płynie się na drugi brzeg za 1 RM/zł.
Starałam się nieraz wcześniej wstać i wyjść z hotelu, żeby zobaczyć ten moment, gdy mnisi wychodzą z klasztoru w obchód. To jest najładniejszy moment. Piękny widok! Na ulicach jest jeszcze spokojnie, w miarę cicho. Nie wszyscy jeszczę wsiedli na swoje skutery, z których zejdą późnym wieczorem.
Kuching, Borneo
Powietrze świeże i rześkie po nocy. Kwiaty na krzewach i drzewach lśnią kolorami odzyskanymi w nocnym, chłodnym powietrzu. I ci mnisi w kolorze pomarańczy. Suną w milczeniu sznurem (właśnie suną, a nie idą), jeden za drugim, nigdy gromadą. Cichutko, bezszelestnie. Wiją się, jak rdzawa wstęga między krzewami, drzewami.
W parku
Pomarańczowa smuga tworzona z ich zwiewnych szat, mieni się odcieniami od blasku rzucanego przez pierwsze promienie słoneczne błąkające się na zakrętach ulic. Potem rozchodzą się w różne strony i kwestują pojedynczo. To było piękne w Kambodży. Na Borneo wiodącą religią jest islam, ale taki bardziej tolerancyjny chyba, bo nie wszystkie kobiety i dziewczęta chodzą w chustach na głowach i długich habitach.
Konstrukcja rowerowa. Ciekawy pomnik.
Ale jeszcze trochę o samej podróży.W Phnom Penh pojechałam tuk-tukiem na lotnisko za 6 $. Z miasta nie jeździ tam żaden autobus. Można tylko wziąć taksówkę za 15 $ lub tuk-tuka, przeważnie za 7 $. Mój driver zaraz na wstępie powiedział, że zawiezie mnie za 6 $, więc się już nie targowałam. Na lotnisko jest mniej - więcej 7 km.
Kuching. Mieszkam w pobliżu kolorowego budynku.
Lotnisko niewielkie, ale funkcjonalne, czyste i ze sprawną obsługą. Nie trzeba szukać Office Imigration, żeby się odmeldować. Wszystko załatwiane jest automatycznie przy odprawie. Urzędnicy uprzejmi. Przy bramce nie trzeba zdejmować butów i paska.
Wodne taksówki trzymają się dobrze, bo brak tutaj mostów.
Nie trzeba też było potwierdzać biletu przed wylotem, który był kupiony z wyprzedzeniem czasu. Bilet kupiony? To przyjeżdżamy w oznaczonym na bilecie dniu i lecimy. Dla mnie to ułatwienie w obcych krajach.
Riverfront
Z myślą „niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgodzić trzeba” wsiadłam do samolotu pechowej w ostatnim czasie linii „Air Asia” z nadzieją, że tym razem będzie wszystko w porządku. I było.
B&B Inn, tu mieszkam i ta Filipinka, Rika idąca pod parasolem, też.
W Air Asia nie ma darmowych posiłków, ani napojów, podobnie, jak w innych  tanich liniach lotniczych. Wszystko trzeba kupić u stewardessy, a ceny, wiadomo, dużo wyższe. Nie lubię jedzenia z mikrofalówki, więc nie martwi mnie brak lunchu.
Ćwiczenia chińskiej sztuki walki
Co do cen, to zasada jest taka, że na wyspach są one wyższe, niż na lądzie, a w powietrzu wyższe, niż na wyspach. Trzeba o tym pamiętać i najeść się porządnie przed wylotem, a wodę mineralną kupić sobie w strefie odlotów, po odprawie.
Nowoczesne budownictwo w Kuching
Do Kuala Lumpur dolecieliśmy o zmroku. Zaraz też przeszłam do Departure i kupiłam bilet na najbliższy lot do Kuching na Borneo. Znowu trafiłam na Air Asia! Czuję, że to będzie moja ulubiona linia, bo najtańsza.
Jeden z kocich pomników.
W Kuala Lumpur lotnisko ogromne! Większe, niż we Frankfurcie! Trzeba się sporo nachodzić, najeździć ruchomymi chodnikami i schodami, żeby gdzieś dojść. Strasznie dużo tych gate, kilometrami się idzie. Wiadomo, że tanie linie lotnicze dostają miejsca na samym końcu płyty lotniska. Dobrze, że są trolley na bagaż.
Przy kantorze wymiany walut w Kuching, polską flagę przypisali Indonezji. Może dla żartu?
W Kuching również jest duże, nowoczesne lotnisko, ale do centrum (10 km) można dojechać również autobusem. Ja skorzystałam tym razem z taksówki, bo byłam zmęczona, nie miałam rezerwacji w żadnym hotelu, więc nie wiedziałam za bardzo, gdzie tym autobusem jechać, w którą część miasta. No i te bagaże!
Drugi z kocich pomników. Ich design nie powala raczej na kolana.
Ciągle się dziwię (chociaż już powinnam przywyknąć), dlaczego w azjatyckich krajach lotniska budowane są tak daleko od miast? No, dlaczego? Żeby te kraje miały chociaż dobre połączenia lotnisk z centrami miast - autobusem, metrem, kolejką czy też sky train, wówczas bym to zrozumiała, ale nie mają.
Brama do Chińskiej dzielnicy. Tutaj też wita nas kot.
Podobnie, jak dziwi mnie, że wejście do hoteli zaczyna się od wąskich, stromych schodów. Dlaczego? Jeszcze nie wiem, czy zatrzymam się w tym hotelu, a już muszę wtargać bagaże po wielu schodach na szczyt, żeby zamienić zdanie z kimś w recepcji i na powrót wytoczyć się z tymi bagażami na dół,  na ulicę.
Chińska ulica w Kuching
Bilet na taksówkę z lotniska do miasta jest w Kuching (podobnie jak w innych miastach Malezji) w stałej urzędowej cenie i kupuje się go w specjalnej kasie za 26 RM, czyli 26 zł bo obecnie ringgit (RM) ma się do złotego jak 1:1. Kierowca dowiózł mnie tam, gdzie znajduje się skupisko tanich hotelików.
W zaułkach starówki
Najpierw usiadłam na plastikowym krzesełku przy stoliku ulicznej knajpki, żeby coś zjeść. Niestety, skończyły się piwka do posiłków. Borneo to jest muzułmańska Malezja i piwka się tutaj w publicznych miejscach nie pija. Beer? Powtórzył za mną kelner. Ha, ha, ha, zwrócił się rozbawiony do właścicielki: woman wants beer, ha, ha,ha, po czym znowu do mnie: tutaj piwa nie mamy. Koniec tematu. To proszę o wodę. Jestem bardzo ugodową osobą.
City Hall w Kuching
Płacąc, zapytałam o tani, czysty hotel, hostel lub guesthose w pobliżu. Kelner znowu zawołał właścicielkę, już bez ha, ha. Kobieta wyszła ze mną na ulicę i wskazała kierunek do „B & B Inn” i tutaj się właśnie zatrzymałam.
A gdyby jakieś miasto w Polsce taki Ratusz sobie wybudowało? Naród by się cieszył, prawda?
Skromny pokój, ale wysoki, z dużym oknem, wentylatorem i dostępem do internetu. Mam stolik, plastikowe krzesełko i długi podwójny drążek na wieszaki z ubraniami.  35 RM doba. Łazienka w korytarzu. Pokój z łazienką własną kosztuje 55 RM i więcej.
Pokój jest w porządku
Zbyt duża różnica, wzięłam bez. Ostatecznie do wszystkiego można się przyzwyczaić. Również do nocnych spacerów po korytarzu i publicznego paradowania w ręczniku. Na szczęście łazienka jest zaledwie trzy kroki od pokoju. Ręczniki trzeba mieć swoje.
Przeszklonle ściany biur w City Hall z widokiem na patio
Zapłaciłam za 6 nocy z góry, z myślą, że może w tym czasie znajdę inny hotel, z własną łazienką. Następnego dnia chodząc po mieście wstępowałam tu i tam, do różnych hosteli i guesthausów, ale wszędzie ceny zaczynały się od 50 RM. 
Naturalny Park na tyłach City Hall. Widzicie te rybki?
Trudno dociec co decyduje o cenie, ponieważ w kilku tych droższych w ogóle nie było dostępu do internetu. Nie tylko w pokoju, ale i w całym budynku, a łazienka często również mieściła się w korytarzu. Zdarzało się, że za tą cenę proponowano pokój-celę, bez okna! Z pokorą wróciłam do „B&B Inn” i będę próbowała tutaj przedłużyć pobyt. Jak sama nazwa świadczy (B&B) jest tu spanie i śniadanie, ale na to drugie bym nie liczyła.
Rozpadał się deszcz, ale nadal jest gorąco Widok z mojego pokoju.
W kuchni, na śniadanie w cenie przewidziano jedynie chleb tostowy i jakąś brązową maź w pojemniku, ale naprawdę nie wiem, co to jest. Oglądałam, wąchałam i nic. Ani to masło, ani miód, ani smalec. Szykuję sobie śniadania z własnych produktów. Jest natomiast kawa, herbata, cukier i śmietanka w proszku, do używania przez cały czas. Są garnki, patelnie, talerze i lodówka. Można żyć.
Ja jestem zadowolona.
W skład wyspy Borneo wchodzą trzy państwa: Malezja (Sawarak i Sabah), Indonezja (Kalimantan) i Sułtanat Brunei. Największa część Borneo znajduje się w posiadaniu Indonezji.
W tym parku znajduje się skansen. Jest tu ślicznie i cicho nadzwyczaj.
Najmniejsza – Sułtanatu Brunei, które jest tak małe i wciśnięte między malezyjskie stany Sawarak i Sabah, że trzeba uważać, aby go na mapie nie przeoczyć. W jeden dzień można zwiedzić cały kraj! Pojadę tam, gdy dotrę do Miri.
Lunch na świeżym powietrzu. Turyści czy pracownicy City Hall?
Po przylocie do Kuching natychmiast poczułam się, jak w innym świecie. Na ulicach czysto, nie walają się żadne śmieci, są chodniki i chodzą po nich ludzie, którzy wiedzą do czego służą im nogi.
Wszędzie koty, jak na kocie miasto przystało
Samochody i motocykle nie płyną ciągłą falą i nie trąbią, abym usunęła się z drogi, nikt co chwilę nie woła: tuk-tuk madam? I nie prosi o dolara. Każdy śmieć czy pustą puszkę ludzie noszą do kosza na śmieci. Zupełnie jest tutaj inaczej.
Chińskie Muzeum
Potem dowiedziałam się, że Borneo ma ambicję stać się najczyściejszą wyspą w regionie i ma zamiar ten plan zrealizować do 2017r. W mieście wiszą plakaty z programem, jakie prace są wykonywane w ramach tego programu od 2014r i co jeszcze zostanie zrobione, aby ten wyjątkowy, jak na Azję tytuł, uzyskać.
Czyste i bezpieczne piękne miasto Kuching w 2017r, głosi plakat.
W weekendy na reprezentacyjnym bulwarze Sungai Sarawak, zwanym Riverfront organizowane są kiermasze regionalne połączone z propagowaniem ekologii, dbania o wody, lasy, siedliska ludzi, zwierząt i ptaków, o wyjątkowe przyrodnicze miejsca, w jakie wyspa obfituje, jak  również o czystość w miastach Borneo.
Riverfront w Kuching
Kuching (czyt. Kuczin} znaczy po prostu kot. Jest to więc kocie miasto, w którym koty chadzają kiedy chcą, gdzie chcą, ponieważ ich niezależna kocia natura kieruje się własną kocią logiką w wyborze ścieżek spacerowych i miejsc do polegiwania.
Radosna młodzież pozdrawia mnie i pozwala zrobić sobie zdjęcie
Koty są lubiane i szanowane przez mieszkańców. Przyjęto je za symbol miasta i pobudowano im pomniki, których trudno już zliczyć. Co rusz je spotykam w różnych miejscach, przechadzając się po mieście.
Są tu też maleńkie prywatne łódki, urządzone jak salon. Można w nich mieszkać.
W Kuching są banki i bankomaty, a w sklepach sprawnie działające terminale płatnicze kartą. Chociaż nie wszędzie można płacić kartą. W moim hotelu trzeba mieć cash, jak również w małych rodzinnych sklepikach. Poza dużymi miastami może na wyspie być z tym kłopot, lepiej zaopatrzyć się w gotówkę na zapas.
Niektórzy proszą, aby zrobić sobie ze mną zdjęcie. Niesłychane !
Zaraz po przylocie, jeszcze na lotnisku, musiałam pobrać pewną kwotę ringgitów z bankomatu, bo mają tutaj własną walutę i nie posługują się amerykańskimi dolarami. Mają też bilon, czego w Kambodży nie było, ale akurat to mi się tam podobało bo nie trzeba było dźwigać ciężkich pieniążków.
Wycieczkowy River Cruise
Wybrałam bank, który przy ATM miał również małe biuro z urzędnikami. Poprosiłam o pomoc w obsłudze bankomatu, ale nie tylko dlatego wybieram taki  bank. Głównie chodzi o bezpieczeństwo mojej karty.
Na takiej wycieczce obowiązkowo będą występy regionalnego programu rozrywkowego
Chodzi o to, żeby bankomat nie połknął mi karty bez świadka urzędniczego i możliwości natychmiastowego rozwiązania problemu. Mamy już mnóstwo nowoczesnych wynalazków, ale w pewnych sytuacjach żadna maszyna nie zastąpi kontaktu z  żywym człowiekiem.
Program czystości i bezpieczeństwa miasta na kiermaszu
Panowie w banku byli nadzwyczaj uprzejmi i bez kłopotu wybrałam ringgity. W mieście ten czerwony bank ma swoje siedziby i kilka oddziałów, więc będę się już tego banku trzymała. Canadian Bank tu nie ma. To był w Kambodży dobry bank.
Kambodża mogłaby wziąć przykład. Chociaż..... nie mieliby gdzie ustawić tych koszy na ulicy
Zaraz pierwszego dnia stwierdziłam, że ludzie w Kuching są nadzwyczaj uprzejmi i bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów. Tutaj naprawdę można powiedzieć, że mieszkańcy są ciągle uśmiechnięci i chętni do pomocy.
Na Riverfront można posiedzieć, pospacerować, zjeść posiłek i przyglądać się rzece
Nawet gdy o to nie proszę. Wystarczy, że widzą, jak rozglądam się za czymś, spoglądam w mapkę, natychmiast ktoś podchodzi i pyta, czy może mi pomóc. Ludzie są tu super!
Mieszkańcy lubią przebywać na Riverfront. Turyści także.
Przechodząc obok, pozdrawiają mnie z uśmiechem, Hello? Lub, How are you? Odpowiadam im tym samym i również się uśmiecham, bo trudno mieć poważną minę, gdy obca osoba zagaduje, patrzy  ci w oczy i uśmiecha się przyjaźnie.
Po drugiej stronie rzeki też toczy się życie, ale jeszcze tam nie byłam.
Zachowują się tak nie tylko starsi, ale również młodzież i to nie tylko ta śmielsza, bo chodząca w grupie, ale też chłopcy i dziewczęta idący solo ulicą. Bardzo to miłe. Czuję się, jak wśród swoich, wśród znajomych. Czuję się bezpiecznie.
Napiłby się człowiek piwa, ale nie ma. Jest woda, sprite i coca-cola.
Młodzież generalnie jest tutaj wesoła. Mają komórki, ale nie tak nagminnie, jak w Kambodży. Korzystają z nich, gdy trzeba, ale częściej trzymają je w kieszeni, czy w torebkach. Rozmawiają z sobą bezpośrednio, bez ich pośrednictwa.
Młoda brygada budowlana
Siedzą na ławkach, murkach, rozmawiają, wygłupiają się i śmieją, popijając soki i coca-colę, bo piwa i innych napojów wyskokowych młodzież w Malezji nie pije. Przynajmniej w publicznych miejscach. Jak jest w domach, to nie wiem. No, tak wesołej młodzieży, to ja w Kambodży nie widziałam w żadnym miejscu. A szkoda.
Rodzina
Tam młodzież nie schodziła ze swoich skuterów, to jak mieli spacerować grupą, siedzieć w parku lub nad rzeką na ławce i opowiadać sobie zabawne historyjki ? skoro tam nawet chodników dla ludzi nie było, ani parków? A nad rzeką sterty śmierdzących śmieci uniemożliwiały pobyt dłuższy, niż pięć minut?
Nocą cały bulwar jest oświetlony
Bardzo mi się w Kuching podoba właśnie z tego względu, że ludzie autentycznie tu ze sobą przebywają, ze sobą rozmawiają, dostrzegają zarazem innych ludzi, są mili i dobrze wychowani, mają poczucie humoru i są weseli. Pozytywnie działają na innych.
Chłopaki pracują, znoszą co trzeba, bo wieczorem będzie tu koncert
Nie chodzą tu w maskach higienicznych, bo powietrze wolne jest od kurzu i spalin, chociaż pojazdów też dużo na ulicach. Więcej samochodów, niż motorów i skuterów. Kierowcy bardzo uprzejmi dla pieszych, aż w szoku byłam pierwszego dnia, bo zdążyłam się już od takiego traktowania odzwyczaić.
Wjazd do chińskiej dzielnicy
Jest w Kuching Chinatown, bo trudno, żeby w jakimś miejscu na świecie nie było Chińczyków. Tam nie jest już tak czysto, bo to od mentalności ludzkiej zależy. Wyraźnie jednak widać, że bardziej się starają, niż gdzie indziej.
Tajemniczo i kolorowo
Brak zamiłowania do czystości wynagradza nam ich ładny, charakterystyczny styl architektoniczny domów i świątyń, czerwono złote lampiony i te piękne kolory ostrej, zgniłej zieleni w połączeniu z soczystą czerwienią i złotem. Gdzie mogą, stawiają kwiaty.W takim klimacie donice z żywymi kwiatami stoją bez przerwy przed domami.
Gdzie są Chińczycy, tam zawsze jest jedzenie.
Jednym słowem odrębny niepowtarzalny rodzaj chińskiej zabudowy, wplatającej się w wąskie uliczki małych, starych i niesamowicie kolorowych domów, urzeka mnie w tej dzielnicy. Kultywują swoją religię i wszędzie stawiają swoim bóstwom  ołtarzyki, aby chronili ich domostwa i ich samych, od wszystkiego złego.
Wąsko, ciasno i ślicznie. Czysto.
Kuching to kosmopolityczne miasto, w którym w zgodzie żyją wyznawcy różnych religii. Większość jest muzułmanami, ale mieszkają tu również chrześcijanie, protestanci, katolicy, buddyści, taoiści, wyznawcy hinduizmu, a także funkcjonują różne religie plemienne, zakorzenione w ludziach od wielu, wielu lat.  
Witam się z kotem, symbolem miasta Kuching, Sarawak, Borneo.
 Jutro popłynę łódką , żeby obejrzeć Kuching od strony rzeki Sarawak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz