Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

czwartek, 30 kwietnia 2015

Borneo-Kota Kinabalu

Ot i całe Kota Kinabalu, stolica stanu Sabah na Borneo

W Kota Kinabalu zatrzymaliśmy się w niewielkim hoteliku „Kinabalu Backpackers Lodge” (45 RM/zł jedynka). Następnego dnia Ania z Krzysztofem wylatują do Singapuru. Ja zostaję w tym hotelu trzy noce, ponieważ na następne dni pokój ten został już wcześniej przez kogoś zarezerwowany i muszę go opuścić. 
Miasto z jednej strony otoczone jest morzem, a z drugiej zalesioną górą.
Zaraz po wyjeździe Ani i Krzysztofa zacznę szukać innego hotelu i zarezerwuję sobie pokój od 27 kwietnia do chwili wylotu z Borneo.W zależności od tego, na kiedy uda mi się kupić bilet lotniczy do Kuala Lumpur.
W KK nie ma wiele do zwiedzania przez turystów
Przeglądając karty historii Borneo dowiemy się, że  wyspa bogata w ropę naftową, znalazła się kiedyś w kręgu zainteresowania  Japończyków i z tego powodu, w czasie II wojny światowej zagarnęli oni wyspę. 
Otwarte drzwi mojego pokoju. Wchodzę prosto z kuchni. Boczne drzwi, to łazienki.
Zakończyło się tym samym panowanie kolonialistów Angielskich na Sarawak i Sabah oraz w Bunei, jak również  Holenderskich, na części Borneo należącym obecnie do Indonezji, za to zaczęłą się niewyobrażalna tragedia wojenna tubylczej ludności.
Z kuchni jest wyjście na balkon, gdzie można przysiąść na kawę.
Plemiona Dajaków szkolone przez Australijczyków podjęły walkę partyzancką z Japończykami. Mieli jednak słabe uzbrojenie. Walczyli głównie włóczniami i dmuchawkami zwanymi sumpitan, z zatrutymi strzałami. 
Strefa jedzenia znajduje się na każdym kroku, jak to zwykle w Azji bywa. Wszędzie wszyscy jedzą.
W poprzednim poście pokazałam, jak nasz znajomy z hotelu Australijczyk strzela taką dmuchawą do tarczy. Na Borneo walczyli z japońskimi agresorami również Ibanowie i Chińczycy wcześniej  tu osiedleni. Przewaga Japończyków była jednak oczywista.
Waterfront jest jeszcze w budowie, ale zapowiada się imponująco.
Wojna przetoczyła się przez Kuching, Sibu, Kota Kinabalu i wiele wysp i wysepek należących do Borneo. Japończycy byli bezwzględni dla tubylców i wobec schwytanych jeńców wojennych stosowali wyrafinowane tortury. Jak Niemcy w Europie.
Condominia w Kota Kinabalu przytłczają swoim ogromem
W Kuching istniał japoński obóz wojenny, gdzie przetrzymywano i tracono jeńców wojennych i ludność tubylczą. Najstraszliwsze męki przeżywali jeńcy na Sandakan, który wówczas był stolicą Sabah. 
Transport wodny jest bardziej popularny, niż autobusowy
Japończycy pędzili ludzi przez dżunglę ponad 200 km, boso (nie było jeszcze klapek), bez jedzenia i picia.
Niektórzy przypływają na targ rybny i owocowo-warzywny swoimi łódkami.
Trudno objąć wyobraźnią mękę tubylców i innych jeńców wojennych, głównie Australijczyków zaangażowanych w wyzwolenie Borneo. Gęsta dżungla, tropikalny upał i ogromna wilgotność powietrza.
Ruch odbywa się w/g klucza. Łódki stoją w kolejce i podpływają co chwilę po odpłynięciu poprzedniej.Ruch trwa bez przerwy. Co chwilę schodzą do łódek ludzie z zakupami.
W dżungli masa dokuczliwych owadów, moskitów, pijawek, węży i innych niebezpiecznych dla człowieka zwierząt, gadów i różnego innego robactwa. 
Kutry rybackie codziennie dostarczają mnóstwo świeżych ryb wprost na targowisko przy rampie.
Straszliwy głód i pragnienie, ból pokaleczonych stóp i okaleczonego ciała. Niewyobrażalne ludzkie cierpienie.
Gdy ruch przy łódkach maleje, przewoźnicy odpoczywają grając w szachy.
Z grup kilkuset jeńców do celu docierało kilkunastu, nieraz kilku. Pozostali zostawali na szlaku. Tych, którzy tracili siły i upadali na ziemię, Japończycy dobijali strzałem w głowę. 
Kutry rybackie w porcie
Niektórzy woleli już takie wyjście, bo tym samym kończyła się wreszcie  ich tortura, cierpienie nie do zniesienia dla człowieka.
Homary, langusty i inne skorupiaki zaskakują swoimi rozmiarami. Ten ważył 1 kilogram.
Szlaki śmierci ciągnące się przez dżunglę nie są jakoś specjalnie wyeksponowane, zaznaczone, upamiętnione, ani udostępnione do zwiedzania. Pozostały tylko w pamięci ludzkiej i w historii Borneo. 
Ryby przejęte od rybaków w tym samym ciągu handlowym są smażone, grilowane i spożywane.
W miastach ustawiono pomniki i tablice upamiętniające szczególne przypadki. To wszystko.
Nie pamiętam kiedy jadłam takie świeże i pysznie przyrządzone ryby. I takie tanie:)
Ludzie tu jakoś nie rozpadają się strasznie nad przeszłością. Idą do przodu, żeby nadgonić zaległości w rozwoju względem innych azjatyckich krajów, jak Chiny, Tajlandia, Singapur czy Indie.
Kto nie lubi ryb może zjeść  tutaj grilowane kurczaki. Ale kto by nie lubił takich ryb!
Słynna góra Kinabalu stoi 90 km od miasta Kota Kinabalu i znajduje się na terenie National Park Kinabalu. Dwie godziny jazdy autobusem. Do Kota Kinabalu głównie przyjeżdżają ludzie chcący wejść na tą górę.
Tuż obok odbywa się sprzedaż surowych ryb i owoców morza
Generalnie określają miasto, jako nieciekawe turystycznie, ale jako wygodną bazę do wyprawy na Mount Kinabalu. Jestem innego zdania i w Kota Kinabalu bardzo mi się podoba, chociaż na razie niewiele zobaczyłam, bo uzupełniam blog. 
Niektóre, to niezłe okazy
Tyle, co podczas spacerów z Krzysztofem i Anią przed ich wyjazdem do Singapuru. Miasto nie powala na kolana, ale jest tutaj kilka interesujących szczegółów. 
Piękna dziewczyna. Bardziej by się na wybieg lub do filmu nadawała. Ale sprzedaje ryby na targu w KK. Za to z jaką gracją.
Port dla kutrów rybackich, które codziennie przywożą świeże ryby wprost na targ usytuowany tuż przy przystani. Nie pachnie tu szczególnie, ale okazy ryb są tak niesamowite, że oczu od nich oderwać nie można.
Całe, sprawione, pokrojone, jakie kto sobie życzy.
Miasto jest wygodną bazą dla turystów przyjeżdżających, aby wspinać się na największą górę w Azji, Mount Kinibalu. Są tutaj droższe i tańsze hotele, do wyboru, dużo kafejek i restauracji. Pyszne ryby i owoce i bardzo przyjemni ludzie.
Po prostu, niesamowity festiwal ryb morskich.
Na szczyt góry Kinabalu wchodzą tylko nieliczni. Najbardziej zdeterminowani, wytrzymali fizycznie i psychicznie oraz mający pieniądze. Taką wycieczkę trzeba zamówić kilka miesięcy wcześniej, jeszcze przed wylotem z kraju i zarezerwować sobie bilet oraz zezwolenie na wejście na szczyt.
Od widoku ryb oderwał nas zachód słońca. Oglądamy go stojąc przy murku na targowisku.
To ciężka trasa po schodach z korzeni drzew i kamieni. Na wysokości 3.272 m n.p.m. znajduje się półka skalna, a na niej schronisko Laban Rata. W Laban Rata się odpoczywa, żeby następnego dnia, a właściwie jeszcze w środku nocy podjąć wyzwanie pokonania drugiej części wspinaczki. Trzeba mieć ze sobą latarkę czołówkę.
Słońce wpadło do wody, zapalono lampy i pod namiotami zaczyna się wielkie zbiorowe obżarstwo.
Cała trasa ma 8,7 km długości. Z Laban Rata prowadzi szlak jeszcze trudniejszy, skalisty, z coraz skromniejszą roślinnością, z rozrzedzonym na tej wysokości powietrzem. 
Obok, pięknie prezentują się kolorowe warzywa i owoce.
Przez cały szlak można oglądać zmieniającą się roślinność, od bogatej roślinności tropikalnej na dole, poprzez wyżej rosnące lasy deszczowe, aż po las typowo górski i skały porośnięte mchami, aż wreszcie nagie skały szczytu. 
Można kupić taaakie muszle!
W Narodowym Parku Kinabalu można zobaczyć dziko rosnące drzewa mango, duriany, rambutany, figowce, jackfruity, setki odmian storczyków, piękne, ogromne dzbaneczniki mieszczące w sobie ponad 3 litry wody. 
Dziewczyny co rusz do nas podbiegają, żeby zrobić im zdjęcie, a gdy robimy, uciekają.
Również raflezje, paprocie o niespotykanej ilości gatunków, drzewa bambusowe oraz występujące jedynie na Borneo drzewo tarap, Artocarpus odoratissimus, znajdujące się pod ochroną.
Mnóstwo dojrzałych, soczystych arbuzów, ananasów i mango.
Obok tabliczek z zakazami „No smoking” można też spotkać takie: „No tarap”, „No durian”. W National Park znajdują się również gorące źródła „Poring Hot Springs” Poring znaczy bambus.
Pani z suszonymi rybkami ma miej klientów.
Od Laban Rata, to wiedzie już droga przez mękę, z trudniejszymi ścieżkami, skałami, gdzie można trzymać się jedynie oślizgłych od deszczu i mgieł, lin. Dla bezpieczeństwa i żeby nie zboczyć nocą ze szlaku. 
Mango, to moje ulubione owoce w Malezji i na Borneo.
Przez całą trasę dokucza niesamowity upał lub zalewa oczy ściana deszczu, w nocy z kolei, robi się lodowate zimno, temperatura spada do 2 stopni C, w dzień dokucza palący upał.
Poszliśmy do hotelu po Anię i wróciliśmy, dołączając do ucztujących.
Wejście na górę nie jest trudne dla taterników, alpinistów i w ogóle ludzi wprawionych w chodzeniu po górach. Ale turyści uważają, że każdy może iść na Kinabalu, jak po drewnianym deptaku na szlaku Narodowego Parku Bako. Więc idą.
Restauracja Buga rozdaje free książeczki z przepisami na ciekawe potrawy. U nich ceny już wyższe, niż na targu, więc tu nie jemy. Przepisy są ok. Można potem samemu przyrządzać potrawy.
Tych ludzi nie pogania przecież pejczem żaden wróg. Idą tam z własnej woli, dla własnej przyjemności, jeszcze drogo płacąc za tą przyjemność, bo każdy musi mieć przewodnika, co w razie czego będzie go ratował.
W tej restauracji wybierzemy sobie sami rybę. Pan ją wyłowi z akwarium i nam przyrządzi. Ceny ryb są wywieszone na szybkach.
Płaci się za wstęp do Parku Narodowego, za samą możliwość wejścia na górę, za tragarzy, za jedzenie po zwielokrotnionych cenach (butelka wody mineralnej osiąga tam czasami wartość 12-14 zł). Mimo to chętnych jest wielu. Więc wchodzą całą gromadą, aż nieraz tworzą się na szlaku korki.
Kota Kinabalu, Sabah Borneo
Niektórzy żałują, że wpadli na ten pomysł. Jedni mdleją, inni zalewają się krwią z nosa, niektórych ściągają z góry helikoptery, innych znoszą na dół tragarze. Wszystko za odpowiednią opłatą. Często są to Chińczycy, którzy stadem pchają się wszędzie, gdzie tylko wepchać się można, bez żadnego przygotowania i pomyślunku, a potem zdziwienie i biadolenie.
Waterfront, promenada na ukończeniu i można już  po niej chodzić
Za to tych, co na szczycie - czeka nagroda. Wschód słońca i widok na dżunglę i leżące w dole trzy morza jest podobno nie do opisania piękny. Podobno, bo ja tam się nie wybrałam ze względu na stopień trudności i cenę.
Kota Kinabalu
Zejście z góry jest niemniej trudne, jak wejście. Ciekawostką jest, że ta góra ciągle rośnie. Przeciętnie o 5 mm rocznie, dlatego jej wysokość jest obecnie większa, niż była dawniej. Na terenie Narodowego Parku można zarezerwować nocleg, podobnie jak to było w innych chronionych parkach Borneo.
W nowej dzielnicy Kota Kinabalu
Park Narodowy Kinabalu obejmuje 750 kilometrów kwadratowych powierzchni dziewiczej dżungli wraz z Mount Kinabalu. Są tam wytyczone szlaki turystyczne, jest ogród botaniczny oraz conopy walks czyli spacer po wielu sznurkowych mostach w koronach drzew, na wysokości przekraczającej miejscami 40 m. Takimi powietrznymi
mostami chodziłam w Mulu, więc wiem, że warto i polecam. Jedyne w swoim rodzaju przeżycie i piękne widoki w dal,  ponad koronami drzew.
Jest tu urokliwa zatoczka z kolorowymi łódkami
Pierwszym człowiekiem, który zdobył się na wejście na górę Kinibalu, był Anglik Sir Hugh Low. Wszedł tam w 1851r, ale nie dotarł na sam szczyt. Powiedział, że mowy nie ma, tam nikt nie wejdzie, mogą jedynie dolecieć tam ptaki. Dopiero w 1888r na sam szczyt doszedł  John Whitehead. Myślę, że w tamtych latach były to jednak inne, trudniejsze warunki wspinaczki.
Ciągle nad miastem latają samoloty. Najpopularniejszą linią na Borneo jest "Air Asia"
Do 1964r ubiegłego wieku miasto nazywało się Jesselton. Potem przemianowano go na Kota Kinabalu dla uczczenia tej  majestatycznej i magicznej góry. Również w 1964r utworzono wokół góry Park Narodowy, który w 2001r wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Jeśli wieziecie dolary na wymianę, to sprawdźcie. Nie wszystkie roczniki wymieniają tutaj.
Kinabalu to nazwa nadana górze przez plemię Kadazan, zamieszkujące na tych terenach od wieków. Znaczy ona „czczone miejsce śmierci” (akinabalu). Jest w mieście ciekawy nocny targ filipiński. Poszliśmy tam wieczorem. 
Lotnisko w KK. Autobus nas tu dowiezie. Pod same drzwi Terminalu-2. Na  Departure.
Sprzedawano świeże ryby. Niezłe okazy. Na targu znajduje się również przestrzeń ogólnego spożywania posiłków, jak w każdym mieście Borneo. Ludzie oddają się tam niesamowitemu obżarstwu każdego dosłownie wieczoru.
Chłopaki zadowolone, interes kręci się dobrze.
Mnóstwo świeżych ryb i najróżniejszych owoców morza. Potrawy sporządzane są na poczekaniu. Smażone i grillowane. Świeże i niesamowicie pyszne.
Ja z Anią zamówiłyśmy sobie po dużej porcji grillowanego tuńczyka za 8 RM/zł porcja. Nie zdołałam jej zjeść. Połowę przyniosłam do hotelu i schowałam do lodówki. Rano na śniadanie tuńczyk na zimno był równie pyszny, jak wieczorem na gorąco.
W tym budynku jest mój hotel. Trzeba kierować się na wieżę zegarową.
Krzysztof wybrał dla siebie różne takie smakołyki z owoców morza i to wszystko zjadł na miejscu. Ania tego dnia źle się czuła i początkowo została w hotelu, ale gdy zobaczyliśmy z Krzysztofem to wielkie obżarstwo na targu filipińskim, te zapachy, te rybne okazy, wróciliśmy do hotelu i wyciągnęliśmy Anię na kolację. Nie żałowała. Powiedziała, że my nawet zdążyliśmy przesiąknąć zapachem grilowanych ryb, więc wyobraża sobie to jedzonko.
Wejście do hotelu. Tuż obok można jeść posiłki.
Do południa dnia następnego obejrzeliśmy trochę miasto, wybraliśmy dla mnie pieniądze z bankomatu, żebym nie musiała potem robić tego sama. Kupiliśmy dla mnie bilet lotniczy do Kuala Lumpur na 2 maja w biurze Air Azja, więc już wiedziałam do kiedy mam wynająć pokój w nowym hotelu. 
Na lotnisku trzeba się samemu odprawić. Jest pracownik, który pomaga w razie co.
Potem pojechałam z nimi autobusem odprowadzić ich na lotnisko. Autobusy na lotnisko w Kota Kinabalu odjeżdżają z określonego miejsca, w pobliżu wieży zegarowej, co godzinę, a bilet kosztuje 5 RM.
Tower o,clock na wzgórzu, na którą patrzę z balkonu hotelu.
Wróciłam sama do miasta i zaczęłam szukać hotelu. W tym mogłam zostać tylko trzy noce, ponieważ mój pokój został zarezerwowany z wyprzedzeniem i w poniedziałek ktoś do niego przyjedzie, a innej jedynki hotel nie posiada.
Zajmuję taki pokój. Mam z boku jeszcze biureczko i krzesło.
Znalazłam w miarę przyzwoity hotelik, w pobliżu przystanku autobusu lotniskowego, żeby nie dźwigać daleko bagaży, ani nie brać taksówki, gdy będę jechała na lotnisko.
Stąd odjeżdżają autobusy na lotnisko. Na 1 i 2 terminal. Wid je bokiem z balkonu mojego hotelu.
Zarezerwowałam go i na następne pięć
nocy przenoszę się do „Stay In Lodge” (40 RM/noc). Jest tam free internet w pokoju i okno na całą ścianę. Łazienka w korytarzu.
Zarówno jeden, jak i drugi hotel są przyzwoite za taką cenę, jak na ogólnie drogi stan Sabah na Borneo. W cenie są śniadania, chociaż bardzo skromne. Tosty z margaryną i dżemem oraz kawa lub herbata. Trudno to nazwać śniadaniem. 
Rozkład jazdy.7.30, a od 9.oo co godzinę do 19.oo. Bilet kosztuje 5 RM.
Pamiętam śniadania w hostelach amerykańskich, w Singapurze nawet. Były tosty z margaryną i dżemem, owszem, ale również biały ser homogenizowany lub kostki serka topionego, trzy rodzaje płatków kukurydzianych (do wyboru) z mlekiem, czasami jajko. W niektórych hostelach stało  zarobione ciasto w pojemnikach i smażyliśmy sobie rano naleśniki. Tutaj nie przekarmiają turystów, ale dobre i to przed wyjściem z hotelu.
Znalezione zdjęcie z Farmy. To ja, łowca krokodyli na Borneo.
Trochę sobie tu odpocznę po trudach wędrówek po parkach narodowych i jaskiniach, obejrzę dokładniej miasto, port rybacki, uzupełnię blog i posegreguję zdjęcia. Taka chwila oddechu przyda mi się przed wylotem do Kuala Lumpur.
Promenada ukwiecona. To będzie niebawem piękne miejsce w KK
Mało w Kota Kinabalu atrakcji turystycznych, za to wiele kulinarnych i taki właśnie wyszedł mi ten post. W treści trochę historii, na zdjęciach apetyczne jedzonko. Każde miasto ma bowiem w sobie coś, co warto pokazać i opisać. Jutro lęcę do Kuala Lumpur! Bay, bay !

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz