Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 8 marca 2015

Kambodża. Szlakiem wodnym do Phnom Penh

Mam ze sobą budzik, więc obudziłam się na czas, zrobiłam sobie kawę, spakowałam resztę rzeczy, wzięłam prysznic i poszłam pod budynek Informcji Turystycznej na Rondo. Niebawem zaczęli schodzić się pozostali pasażerowie, chętni na rejs łodzią.
Ferry w Siem Reap
Minibus przyjechał na czas, załadowali nasze bagaże i pojechaliśmy do Ferry. Przy przystani stały zacumowane średniej wielkości łodzie i zupełnie małe łódki. Pracownicy brali od nas bagaże i umieszczali je na dziobie łodzi. W samą porę powiedziałam, że płynę do Phnom Penh, bo zawsze wolę się upewnić.Ta łódź płynęła w innym kierunku.
Okrętujemy się
Chłopak, oddał mi walizkę, mówiąc, że do Phnom Penh to tamta łódka i wskazał dosłownie na czółno! Tą łupiną będziemy płynąć 8 godzin do Phnom Penh? Nie mogłam wyjść z podziwu, ale widzę że inni turyści bez mrugnięcia okiem wsiadają, to weszłam również i nie marudziłam.
Nasz stateczek okazał się małą łódeczką
Niby wszystko szło sprawnie, mimo to wypłynęliśmy z godzinnym opóźnieniem, ale to azjatycka norma. Godzina określona jest dla pasażerów, żeby wiedzieli na którą godzinę przyjść do punktu zbiórki. Jak będzie potem, to już życie pokaże.
Płyniemy
Głównie płynęli Francuzi. Młodzi i starzy. Kilka pojedynczych osób było z innych krajów i jedna para tutejszych. Łupina byłą wąska i płytka. Fale toczyły się na linii zakończenia burty i tylko patrzeć, jak woda zacznie wlewać się do wnętrza łódki. Siedzieliśmy na wąskich podłużnych ławkach naprzeciw siebie.
Ludzie tu żyją na śmietnikach, jakie sami sobie tworzą. Czekają na porę deszczową, która im sprzątnie.
Miałam nadzieję, że bagaże się nie zamoczą, bo dziób zawsze jest trochę uniesiony do góry. Bilet na taką podróż kosztuje 35 $, (dla porównania, autobusowy 6 $). Ale płynięcie rzeką Siem Reap, potem jeziorem Tonle Sab, a następnie Mekongiem, to wielka frajda i warto za nią zapłacić 35 $.
W swoich marnych domach przebywają rzadko. Żyją na zewnątrz i na łódkach.
Ruch na jeziorze spory. Po jakimś czasie podpłynęliśmy do większej łodzi i okazało się, że będziemy się przesiadać. Nie na żadnym Ferry, przy jakimś pomoście na brzegu jeziora czy rzeki, ale właśnie tu, na środku ogromnego jeziora, skąd żadnego brzegu nie widać.
Pływające domy i restauracje
Ta łódź była większa, miała na dole miękkie siedzenia, dla każdej osoby wydzielone, jak w autobusie. Można było wreszcie wyprostować się, stanąć a nawet chodzić po pokładzie. Można też było wejść na górny pokład i tam przesiedzieć całą podróż. 
Przesiadamy się na środku jeziora z łupiny na trochę większą łódkę.
Była też ubikacja, z której jednak wolałam nie korzystać. Nie ma natomiast na takich łodziach żadnego bufetu, więc radzę zabrać z sobą jedzenie i dużo wody do picia.
Są tutaj nawet fotele typu lotniczego. Chłopak przenosi nasze bagaże z łupiny na łódkę.
Teraz dopiero mi się wszystko zgadzało, bo na takiej łodzi można już spokojnie płynąć kilka godzin. Przesiadka, mimo, że na środku jeziora, jednak bardzo sprawnie się odbyła, bez ofiar w ludziach, którzy zgrabnie przeskakiwali z burty na burtę. 
Taki kolor ma rzeka. Łódki rybaków nie mają nawet zadaszenia.
Nie powpadały też do wody przerzucane przez chłopaków bagaże, więc wszyscy byli zadowoleni. Odzyskaliśmy swobodę ruchów i mogliśmy robić zdjęcia, a było czego, ponieważ na rzece ruch ogromny, a i na obu brzegach toczy się ciekawe życie.
Są przystanki przesiadkowe dla ludzi i załadunkowe dla towarów.
Okazało się, że tymi łodziami można płynąć też do innych miejscowości, bo takie podróżowanie odbywa się z przesiadkami, jak pociągiem. Dwa razy na trasie podpływały do nas inne łodzie, do których kilku pasażerów wraz z bagażami sprawnie  się przesiadło i popłynęli w innym kierunku. W pobliżu Phnom Penh rzeki rozwidlają się. Tonle Sap River płynie wzdłuż miasta, a Mekong River odbija w bok i płynie dalej swoim korytem.
Przystań w wiosce ukrytej w lesie
Na całej trasie mijaliśmy domy na palach stojące nad brzegiem rzeki i domy na wodzie, w których mieszkają ludzie z rodzinami. Bez prądu, bez kanalizacji. Nie wiem skąd czerpią wodę do picia. Woda w rzece jest tak potwornie brudna, że trudno to opisać.  Aż gęsta.
Mijają nas trochę większe stateczki.
Na powierzchni wody pływają plastikowe butelki, puszki po coli i po czymś jeszcze nieokreślonym, stare plastikowe kanistry, papiery, jakieś worki po cemencie, po farbach. No i oczywiście, torebki foliowe. W jeziorze woda też brązowa, bo ciągle miesza się z rzeczną. To zjawisko mieszania się wód opisywałam już wcześniej. 
Tutaj rzeka, to codzienna droga transportu mieszkańców.
I w tym wszystkim rybacy łowią ryby, które potem sprzedają do restauracji i na targu. Ja w Kambodży nie odważyłam się ani raz zjeść obiadu z taką toksyczną rybą. Czym ona się tam żywi w takiej rzece?Ale ludzie wszystko zjedzą!
Chłopak oczyszcza pod wodą wirnik ze śmieci, żebyśmy mogli dalej płynąć
Co pewien czas łódź nam się zacinała i silnik gasł. Wtedy młody chłopak, majtek pokładowy, nurkował w te brązowo-bure odmęty i uwalniał wirnik silnika z tych folii właśnie, części worków jutowych i innych śmieci, które okręcały się wokół śmigła i powodowały zacinanie się silnika. 
Pływające domy przy brzegu rzeki
Czasami długo trwało nim chłopak z wyplątaniem śmieci sobie poradził, a ja miałam tylko nadzieję, że nie napił się tej wody. Nieraz nurkował ponownie, bo tyle tego syfu było.
Rolnictwo i rybołóstwo to główne zajęcie mieszkańców Kambodży. Ostatnio też turystyka.
I tak sobie płynęliśmy, ciekawi wszystkiego, co nas otacza. Większość ludzi nie siedziała w środku na fotelach, jedynie ci, co sen ich zmorzył. Pozostali byli na górnym pokładzie. 
Niektórzy przysypiają. Podróż jest długa, ale nie nużąca.
Ja również. Siedziałam sobie bujając nogami  po zewnętrznej stronie burty i obserwowałam wszystko, co po drodze. Wszystko mnie ciekawiło. Życie tu jest inne, niż w Europie.
A ja sobie siedzę na górnym pokładzie
Nudniejszy odcinek był jedynie wtedy, gdy płynęliśmy po jeziorze Tonle Sab, bo tylko tą brudną wodę było widać i po horyzont nic innego. Gdy znowu wpłynęliśmy do rzeki, było na co się przyglądać. Głównie, jak żyją ludzie. Łatwego życia to oni nie mają.
Na górnym pokładzie przyjemnie chłodzi wiatr
Doprawdy, to spartańskie warunki. Można albo siedzieć na podłodze drewnianego domu, albo na łódce. Sporo rodzin było na łódkach. Pływają na połów ryb, na targ i po zakupy.
Znowu śmieci zatrzymały nam silnik i chłopak zanurkował, aby go odblokować
Chyba wtedy przywożą pitną wodę w butlach. Natomiast pranie z pewnością robią w rzece, jak również do rzeki spływają wszystkie ścieki z łazienek, ubikacji, z prania, jak również z mycia naczyń. Płynie się po takiej rzece, jak po zupie grochowej.
Bardzo marne domy na wodzie
Niektórzy na pomostach swoich pływających domów uprawiają mini ogródki. Natomiast wzdłuż brzegu, gdzie stoją domy na palach, cała ziemia pokryta jest różnymi odpadkami, aż kolorowo jest na tych pasach ziemi od różnych śmieci. 
W drodze z towarem na sprzedaż
Gdy przyjdzie pora deszczowa i rzeka wyleje, zabierze te wszystkie śmieci do siebie. Mieszkańcy nie mają tu problemu z odbiorem śmieci przez służby lokalne, ani z wysypiskiem śmieci. 
Wodna wioska. Każdy dom jest dla siebie przystanią rzeczną.
Rzeka uwalnia ich od wszelkich odpadków, a sama powoli ginie, zamieniając się w naturalne koryto kanalizacyjne. Niedługo ludzie będą mieszkali nad kanałem kanalizacyjnym a nie nad rzeką.
Ogólna konsternacja, ale tylko u turystów. Dla miejscowych to normalka.
Statki i łódki dokładają swoją cegiełkę do tego totalnego niszczenia środowiska i wypuszczają w powietrze tak potwornie czarne kłęby spalin, że turyści w oniemieniu na to patrzyli, zanim się ocknęli i zaczęli robić zdjęcia. Zaczadzone po takim wystrzale ptaki  chyba masowo wpadają do wody, jeśli akurat znajdą się na linii.
To nasz statek coś takiego zrobił
Towarzyszy temu ryk silnika, co skutecznie wypłasza ryby. One już nie pamiętają, że kiedyś wody w rzekach były przezroczyste. Teraz reagują tylko na dźwięk. Patrząc na to wszystko pomyślałam sobie, że rzeczywiście życie na naszej planecie zbliża się ku końcowi. Ludzie dokonują samozagłady, tak szybko i skutecznie niszcząc naszą planetę Ziemia.W myśl zasady: a po nas choćby potop! nawet o swoich wnukach nie myślą.
Rzeka koloru toffi
Z przepływających rzeką łódek, dzieci kiwały do nas w pozdrowieniu, nieraz dorośli również. Turyści im odpowiadali i to są bardzo miłe gesty u obcych sobie ludzi. W oddali, na horyzoncie widać było pasmo górskie.
Nieraz nas pozdrawiają. Głównie dzieci.
Starsza Francuzka, płynąca wraz z mężem do Phnom Penh, która już w Siem Reap przed biurem IT przyglądała mi się chwilami, dopiero na łodzi, gdy obie kiwałyśmy nogami za burtą, zaczepiła mnie, pytając czy jestem z Polski.
Ta miła Francuzka ma polskie korzenie. Jej mama pochodzi z Bydgoszczy.
Potwierdziłam i ona wtedy, kalecząc strasznie, ale jednak po polsku powiedziała mi, że ona już we Francji się urodziła, ale jej matka pochodzi z Polski, z Bydgoszczy i jak była mała, to trochę ją mama języka polskiego uczyła w domu. Słyszała, jak coś po polsku powiedziałam przed IT i strasznie chciała do mnie zagadać, ale krępowała się, bo ja taka trochę na dystans jestem.
Rybacy w tym ścieku kanalizacyjnym łowią ryby! ludzie je potem jedzą w różnych knajpkach na lądzie
No i tak przy okazji dowiedziałam się, że jestem zdystansowana wobec innych. Może to i prawda, bo samotnie podróżuję, co być może spowodowało, że trochę zamknęłam się w sobie. Nie chcę nikogo pierwsza zaczepiać, żeby nikt nie czuł się zobowiązany do rozmowy ze mną, szczególnie osoby podróżujące parami. Prędzej zagadam do solówek.
Transport wodny
Ale gdy ktoś inny mnie zaczepi, to rozmawiam chętnie i z przyjemnością. Jej mąż zrobił nam kilka zdjęć swoim i moim aparatem. Ale widać na zdjęciach, jak wiatr nam wszystko zwiewa i tak było całą drogę, bo jeżeli tylko śmieci nie hamowały wirnika silnika, to płynęliśmy bardzo szybko, nadrabiając opóźnienie.
 Ta sympatyczna młoda para na dziobie, nieźle się tego dnia opali. Noc będzie ciężka!
Wiatr targał naszymi włosami i ubraniami. Wysmarowałam się kremem z UV i każdemu radzę, bo podróż na górnym pokładzie potrafi spalić skórę, chociaż nam wydaje się, że słońce nie praży zbyt mocno, a i daszek nad pokładem trochę nas chroni. Nieprawda. Spalimy się na wiór, jeśli nie wysmarujemy się porządnie kremem.
Domy na palach na lądzie i wysypiska śmieci na dole. Woda wszystko zabierze.
Szczęście, że zabrałam z sobą półtoralitrową butelkę wody i chleb, który mi został z poprzedniego dnia, jak również jeden pomidor i jeden batonik z płatkami owsianymi. Byłam pewna, że na takim długim kursie (8 godz) to z pewnością bufet będzie z kanapkami, kawą, wodą itp. Myliłam się. Nie było nic. Zjadłam wszystkie swoje zapasy, a na koniec znalazłam nawet kilka cukierków w plecaku.
Każdy dom ma swoją łódkę. To podstawa życia tutaj
Gdy dopłynęliśmy do Phnom Penh, znowu otoczyli nas tuk-tukowcy i taksówkarze oraz motocykliści. Każdy chciał nas wieźć, tam..…gdzie on sam chciał. Mówię do drivera tuk-tuka, chcę do „Capitol Guest House” na Road 182 przy Songkat Beng Prolitt, a on mi na o, że to zły hotel, on mnie zawiezie do lepszego. To ja ci dziękuję człowieku, mówię. Ja sama wiem gdzie chcę jechać.Nie zmieniaj moich planów.
Chyba zbliżamy się do stolicy. Biały meczet islamski.
Wołał jeszcze za mną, ale nawet się nie obejrzałam. Rozumiem, gdy przypływa turysta i zupełnie nie wie, gdzie szukać jakiegoś w miarę taniego i dobrego hotelu. Wtedy podpowiedź tuk-tukowca może pomóc.
Cały ciąg zabudowań klasztornych wyznawców Buddy
Ale gdy podaję człowiekowi konkretną nazwę hotelu i dokładny adres, to powinien mnie po prostu tam zawieźć, a nie opiniować mój wybór i polecać swoich sponsorów. Przeszłam na drugą stronę ulicy i usiadłam przed kafejką przy stoliku. Hotel mi nie ucieknie.
Lądowe domy na palach, bo w porze deszczowej woda wylewa daleko wgłąb lądu.
Postanowiłam zjeść śniadanio-obiad i przeczekać wzmożony ruch driverów związany z przybiciem do brzegu łodzi z nowymi turystami. Tuk-tuków jest tak dużo, że w każdej chwili mogę skorzystać z ich usług.
Pływające domy
Gdy po spóźnionym śniadaniu wstałam od stolika, natychmiast pojawili się nowi kierowcy oferując mi swoje usługi tuk-tukiem. How much? 7$, Thank You. No, no, Thank You mówię, nawet nie mamy co się targować przy takim wejściu z ceną.
Phnom Penh ma jeden wieżowiec?
Następny, how many? 4 $, no, Thank You. 3$, ok? zatrzymuje mnie opuszczając cenę. Jeszcze drogo, ale generalnie 3$ mogę już zaakceptować, chociaż wiem, że za 2 $ też bym znalazła przewoźnika. Ale głupio tak targować się o jednego dolara z kimś, kto może z trudem utrzymuje rodzinę. Jednak 7$, to była duża przesada. Ktoś tak zawyżając cenę, od razu traci moją wiarygodność i zainteresowanie.
Dobijamy do przystani w Phnom Penh, stolicy Kambodży.
Potem dowiedziałam się w swoim hotelu, że z Ferry do centrum, taxi bierze 6$, a tuk-tuk 2-3$, zależy od położenia ulicy. Czyli dobrze oceniłam sytuację. W Capitol Guest House dostałam dobry pokój z oknem, własną łazienką i dwoma wentylatorami za 6 $ doba. Wprawdzie na trzecim piętrze, a każde piętro liczy 23 schody, ale gdy chciałam coś niżej, to cena skoczyła do 12 $, czyli jeszcze raz tyle.Wycofałam się z roszczeń pospiesznie.
W porcie
Zgodziłam się pokonywać codziennie te 59 schodów, bo sam pokój jest ok, tym bardziej, że widzę tu sporo pokoi bez okien, jak cele więzienne. Przeszłam się korytarzami na moim piętrze. Korytarz idzie wokół budynku. Wszystkie pokoje po jednej stronie są z oknami, niektóre nawet z balkonami, a te po przeciwnej stronie korytarza, po jego wewnętrznej stronie, są bez okien. Dobrze, że kobieta w recepcji dała mi właśnie ten pokój.
Schodzimy na ląd
Balkonu nie mam, a okno wychodzi na spokojniejszą ulicę, więc nie słyszę hałasu ulicznego. Korytarz ma rozległy balkon. Gdy na nim stanęłam, to ruch na trzech ulicach jednocześnie zobaczyłam, bo budynek jest narożny, przy skrzyżowaniu stojący.
Cumują tu również większe jednostki
Wybrałam ten właśnie Guest House, bo w relacji podróżnika się doczytałam, że to tani i dobry hotel, w cetrum miasta się znajduje, wszędzie z niego jest blisko. I jest czysto.
Przy wysiadających są już tuk-tuowcy, oferując transport do centrum
Ta firma posiada niedaleko siebie jeszcze trzy swoje hotele, więc gdyby tu nie było miejsc, zaraz bym szła do Capitol 2, Capitol 3 itd. Działa tu również Capitol Travel, gdzie trochę taniej można wycieczki wykupić, jak również kupić bilety na dalszą podróż różnymi środkami lokomocji.
Niektórzy się jeszcze zastanawiają. Driverzy cierpliwie czekają.
Przy Capitol Guest House działa też ich restauracja, gdzie stosunkowo tanio można zjeść śniadanie i obiad. Tuż obok jest sklep taki barakowy, ale tanio wodę mineralną mają i piwo, więc nie trzeba z miasta dźwigać.
Wybrałam Capitol Guest House na podstawie internetowych relacji podróżników.
Za rogiem znajduje się większy sklep, a naprzeciwko sklep „Smile”, coś w podobieństwie do singapurskiego Seven-Eleven. Naprawdę, hotel „Capitol”, to jest dobry punkt i ja również go polecam (na zasadzie podaj dalej) niskobudżetowym podróżnikom.
Z tarasu widzę ten jeden wieżowiec oglądany z łodzi. Tuż za nim Canadian Tower. To już dwa wieżowce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz