Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

środa, 18 marca 2015

Kambodża, Phnom Penh II


Phnom Penh nie wygląda na stolicę państwa. Tak zwane centrum można obejść pieszo, a na peryferie nie ma się po co zapędzać bo niebezpieczne. Z miejsc, które trzeba zobaczyć, najbardziej oddalone jest Muzeum Ludobójstwa, Tuol Sleng, ale nawet tam można spokojnie się przespacerować. Trzymając mapkę miasta w ręku, bez kłopotu trafiłam.
Wat Phnom położony na sztucznym wzgórzu. Wstęp 1 $
Tuk-tuka należy wziąć jedynie w dwa miejsca. Na pola Śmierci w Cheung Ek i na lotnisko. W Phnom Penh są zasadniczo dwie główne ulice, Monivong Blvd i Norodom Blvd. Przy pierwszej z nich właśnie mieszkam, na drugiej znajdują się głównie budynki administracyjne, banki,  firmy zagraniczne. To szeroka ulica z pasem zieleni po środku.
Zegar parkowy. Jest na chodzie i nawet podaje właściwą godzinę.
Równolegle do tych ulic, nad samym brzegiem rzeki ciągnie się promenada Sisowath Quay, a pod kątem prostym, odgradzając śródmieście od dzielnic, Sihanouk Blvd. i praktycznie, to wszystkie ulice stolicy Kambodży posiadające nazwy.
Hotel New York znajduje się w remoncie i wystawiony jest na sprzedaż
Wszystkie inne ulice posiadają jedynie numerację, ale to dobre rozwiązanie, bo łatwiej wszędzie trafić. Toul Sleng leży na przecięciu 310 i 113. Idzie się Monivong Blvd i czyta numery przecinających ją ulic. Przy 310 skręcamy w prawo i znowu czytamy numery przecinających ją ulic, przy 113 skręcamy w lewo i wychodzimy wprost na budynek.
Central Market zastawiony samochodami. Trudno go sfotografować.
Phnom Penh, to miasto nieskomplikowane dla turystów. Nie ma tu wprawdzie tramwajów ani metra, a autobusy miejskie mają jakby utajnione trasy, bo na przystankach informacje napisane są tylko w khmerskim języku, ale zawsze można podjechać tuk-tukiem, motobikiem lub taksówką, jeżeli nie chce się chodzić pieszo.
Pod główną kopułą sprzedawane jest złoto i srebro
Kierowcy tuk-tuków i motodupy (sorry, ale tak tu mówią o motocyklistach) są po prostu wszędzie i bez przerwy zaczepiają przechodniów, proponując im transport. Fakt, że piesze wędrówki po Phnom Penh są ekstremalnym przeżyciem i prawdziwą walką o przetrwanie, a każdy pieszy dla tutejszych ludzi jest jakimś dziwolągiem, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Ja uparcie chodzę pieszo.
W bocznych alejkach jest wszystko. Ryż, mydło i powidło.
Historycznie Phnom Penh powstało, jako klasztor buddyjski zbudowany przez Khmerów w XIVw. Wybrano ciekawe położenie, tuż przy rozwidleniu trzech rzek, Tonle Basac, Tonle Sap i Tonle Mekong. Wiadomo, że w tamtych czasach rzeki były bardzo ważne, jako główne szlaki transportowe dla handlu i ludności. Wtedy to były jeszcze bardzo czyste rzeki, obfitujące w zdrowe ryby. Dużo ludzi trudniło się wówczas rybołóstwem.
Leżący Budda w Wat Penh i tancerka z wężem.
Legenda mówi o Yu Penh, która kazała wyłowić z Mekongu płynący pień koki, a w nim znalazła cztery statuetki Buddy. Podobno odebrano to, jako znak i ku pamięci usypano sztuczną górę (27m), którą nazwano Phnom Daun Penh, tj. wzgórze pani Penh. Następnie na szczycie wzgórza pobudowano klasztor buddyjski i nazwano go Wat Phnom.
Mnich byddyjski z garncem do zbierania datków
Czy to z legendy, czy z realu, w każdym razie, gdy rozbudowano wokół góry i klasztoru miasto, nazwano go Phnom Penh. Z uwagi na to, że Królewskie Angkor często było nękane przez Syjam (Tajlandia), Król Norodom w 1866r przeniósł stolicę Khmerów do Phnom Penh, a Angkor zaczął się stopniowo wyludniać i tracić na znaczeniu.
Oddawanie czci Buddzie i palenie w wysokim piecu kartek ze swoimi życzeniami
W mieście jest tylko kilka miejsc do zwiedzenia, więc zazwyczaj turyści nie przebywają w nim dłużej, niż trzy do siedmiu dni. Chyba, że przyjechali w innym celu, nie tylko turystycznym. Sporo tutaj białych panów korzysta z usług seksualnych młodych khmerskich dziewcząt, nieraz zbyt młodych, dzieci niemal. Zabawiają wówczas dłużej w Phnom Penh.
Męczenie ptaszków w klatce i sprzedawanie ich po wielokroć turystom
Na każdym kroku można spotkać podstarzałych białych mężczyzn prowadzących za rękę  drobne, młode tutejsze dziewczyny lub przesiadujących z nimi w knajpkach. Często są to obleśni starcy i w towarzystwie świeżej urody dziewczynki, wyglądają przerażająco.
Independence Monument. Pomnik Niepodległości postawiony na cześć odzyskania niepodległości w latach 50-tych ubiegłego wieku.
Kambodża nie uwolniła się jeszcze od taniego sprzedajnego seksu i narkotyków, chociaż czynione są starania w  celu ukrócenia tych procederów. Przykładem jest np. „Daughters of Cambodia” zwalczająca sex workers i pomagająca dziewczynom wyzwolić się z prostytucji.
Patio w Muzeum Narodowym. Jego budynki, patio i ogród z basenami były tam najciekawsze.
Organizacje charytatywne skupiają się na ratowaniu głównie dzieci. Przykładem jest „Friends International”, która zajęła się dziećmi ulicy. To restauracja, mieszcząca się w pobliżu Muzeum Narodowego, łatwo tam trafić. Ceny w restauracji są wyższe, niż w innych miejscach, ale biorąc pod uwagę, że większość dochodów przeznaczana jest na cel charytatywny, warto tam stracić parę dolarów więcej.
Władcy
Przygarniają oni dzieci z ubogich rodzin lub w ogóle rodzin pozbawionych. Dzieci żebrzące, wykorzystywane seksualnie oraz wykorzystywane do handlu ulicznego i nagabywania turystów. Dają im schronienie, jedzenie i uczą różnych czynności.
Historyczne postaci z Angkor
Głównie uczą je gotowania, obsługi klientów, utrzymania czystości, organizacji pracy restauracji itd., żeby potem, te które zechcą żyć lepiej, otworzyły swoje lokale i wyszły z ubóstwa i beznadziejności życiowej. Część może wróci na ulice, ale zawsze jakaś część dzieci się uratuje i wyjdzie na ludzi. Uważam, że to jest konkretna pomoc.
Baseny na terenie National Museum Phnom Penh
Żebrzące dzieci w Phnom Penh, to bardzo przykra sprawa, z którą nie wiadomo jak sobie radzić. Patrząc na te smutne oczy w pięknych dziecięcych twarzyczkach, chciałoby się pomóc i dać mu tego dolara, czy dwa. Ale to nie rozwiąże ich problemów.
Przed Pałacem Królewskim, jak na planie filmu "Ptaki"
Rzecz w tym, że dzieci tych jest dużo. Gdy zaczniemy rozdawać dolary, sami zostaniemy bez pieniędzy i trzeba będzie wrócić do domu, a dzieci przecież nie uratujemy. Nadal będą tu żebrać na ulicach. Organizacje pomagające proszą, aby nie dawać dzieciom pieniędzy.
Nie wiedziałam o co chodzi, a to mnisi namawiali chłopaka, aby mnie poprosił, bo chcą mieć ze mną zdjęcie
Poza tym zauważyłam, że one pracują dla starszych, którzy natychmiast im te pieniądze zabierają, nim darczyńca zdąży się oddalić. Wykorzystywani są nawet inwalidzi. Do stolika, przy którym jadłam rice and chicken, popijając tradycyjnie piwem Angkor can (can-puszka), podjechała kobieta na wózku inwalidzkim prosząc o dolary.
Bardzo proszę. Dla siebie zrobili komórką. dla mnie moim aparatem.
Gdy objechała już wszystkie stoliki, zza węgła wyszedł silnej postury mężczyzna, zabrał, co zebrała i wypchnął wózek na zewnątrz, holując ją do następnej knajpki ulicznej, gdzie ponownie wepchnął wózek między stoliki, sam pozostając w cieniu filara.
Główna brama wejściowa do Pałacu Królewskiego
Dzieci chodzą po ulicach między knajpkami i próbują sprzedać sznurkowe buddyjskie przewiązki na przegub dłoni lub nogi, albo pocztówki przedstawiające historyczne miejsca Kambodży. Są upierdliwe i się denerwują, bo nie rozumieją dlaczego turyści nie chcą od nich tych rzeczy kupować. 
Dzieci ulicy
Złoszczą się. Ale po co komu sznurki na rękach? Owszem, niektórzy je noszą, ale zazwyczaj już na początku pobytu kupują je na straganach. Co jakiś czas ktoś się ulituje nad dzieckiem i kupi, chociaż wcale tego nie chce. Na to właśnie liczą dorośli wysyłając dzieci z tym lichym towarem na ulicę.
Wejście na teren Pałacu. Bilet 5 $ + 3 $ za możliwość fotografowania
Widokówki bardzo kiepsko się sprzedają, ponieważ turyści mają swoje zdjęcia lub filmy robione własną kamerą, albo jedno i drugie. To po co komu widokówki w tych czasach? Są w Kambodży miejsca, gdzie zbierają się ubogie kobiety i młodzież, żeby nauczyć się własnoręcznego wyrobu różnych rzeczy, które potem sprzedają, jako pamiątki.To jest ok!
Regulamin obowiązujący na terenie królewskim
Przeważnie przy tych warsztatach znajdują się również ich firmowe sklepy. To jest bardzo dobra inicjatywa, ponieważ oni robią fajne i przydatne rzeczy, a nie, jak to mówi moja córka Oliwia „zbieracze kurzu”, to znaczy rzeczy, które niczemu nie służą. „Zbieracze kurzu” po powrocie z podróży ustawia się w pokoju na regale i stoją tam nie wiadomo po co, ale szkoda wyrzucić, bo przecież to pamiątka z podróży!
Przejście do ogrodów królewskich
Natomiast w tych warsztatach rękodzielnictwa szyją khmerskie szale, bluzki, pokrowce na laptopy, kosmetyczki, torby różnego rodzaju i zmyślne małe plecaczki, a wszystko to kolorowe, z motywami khmerskimi, obrazujące historię i życie obecne ich kraju. Robią różne rzeczy z surowców z odzysku. Na przykład korale z kolorowych guzików.
Srebrna Pagoda, czyli Preah Vihear Preah Keo Morakot, zbudowana za króla Sihonauka, wyłożona wewnątrz 5-cioma tysiącami srebrnych płytek. Stąd nazwa.
Sama kupiłam u nich zeszyt i notes adresowy, oprawione w grube kolorowe okładki zamykane z przodu na zatrzask, z pismem khmerskim i obrazkami z życia wziętymi. Wewnątrz wklejona jest metka z płótna z napisem „ Disabled Artisans Silk Handicrafts. Made in Cambodia” (wyrabiane wyłącznie przez rzemieślników w Kambodży).
Zeszyt i notatnik wykonane w warsztacie regionalnym w Phnom Penh.
Sporym przegięciem jest oferowanie turystom nabycie biednych małych szarych ptaszków zniewolonych w klatce, aby turysta kupił i wypuścił je na wolność. To chyba jedyny towar, który po uiszczeniu za niego opłaty, wraca do sprzedawcy.
Transakcja dokonana. Pan płaci za ptaszka, zaraz go wypuści, a pani na powrót zamknie go w klatce.
Kupujący robi dobry buddyjski uczynek uwalniając ptaszki. Czym więcej ich kupi, tym bardziej poprawi swoją karmę. (Dobre działanie wróci, jako szczęście. Złe działanie wróci, jako cierpienie). A sprzedawcy tylko liczą pieniądze.
Te dziewczyny zapłaciły już za wolność ptaszków. Teraz niosą dary dla Buddy.
Nikt nie chce cierpienia, więc płaci i uwalnia ptaszki, które po paru minutach znowu trafiają do klatki, żeby  wzruszać następnych turystów. Albo te ptaszki są tak otumanione niewolą, że nim zdążą uświadomić sobie, że są wolne, to zostają szybko schwytane po raz drugi, albo są tak wytresowane, że same wracają do swoich klatek.
W Parku znajduje się cały kompleks królewskich budynków. Jest co oglądać.
Wczoraj para małych dzieciaków chodziła między stolikami na promenadzie nadrzecznej, gdzie siedzieli turyści  i próbowała sprzedać nam maleńkie, żółte kaczątka. Wpieniłam się nie na żarty. Skąd te dzieciaki wzięły takie jeszcze nieopierzone kaczątka! Dlaczego dorośli pozwalają im na męczenie tych maleńkich zwierząt?Może sami ich wysyłają z nimi na ulicę?
Pomnik Króla Norodom na koniu
Nikt oczywiście kaczątek nie kupił, bo niby co miałby z nimi zrobić? Takie kaczątko nie pofrunie, jak ptak w powietrzu i nie odszuka swojego stada. Nie podobają mi się takie praktyki. Już lepiej niech próbują wciskać turyście jakieś kiepskie obrazki, ale nie żywe, bezbronne stworzenia.A najlepiej niech zajmą się czymś odpowiednim dla dzieci w tym wieku, a nie żebractwem i handlem, bowiem czym skorupka za młodu nasiąknie, tym..........
Dzieci próbują sprzedać turystom małe kaczątka. Żal dzieci i kaczątek.
Szukałam jakiegoś papierowego wydania przewodnika po Borneo, gdzie się wybieram. Znalazłam miejsca, gdzie takie rzeczy sprzedają. Mnóstwo przewodników po różnych krajach świata, wydawnictwa Lonley Planet w kolorowych okładkach. Po prostu stosy książek, do wyboru, do koloru. Każdy egzemplarz owinięty ciasno w celofan.
Całe stosy przewodników turystycznych, ale tylko okładki ładne, a w środku czarne xero
Gdy ściągałam celofan, napotkałam na opór sprzedawcy, ale powiedziałam, że nie kupuję w ciemno i muszę obejrzeć, jak to jest wydane. Nie przepadam za Lonely  Planet, bo mają mało fotografii, a mnóstwo tekstu drobnym drukiem zlewającego mi się w całość. Męczy mnie czytanie ich przewodników, ale z braku laku…….
Na Riverfront chwilami można się poczuć, jak w Paryżu
Gdy otworzyłam Przewodnik, po prostu oniemiałam z wrażenia. Wszystko wykonane na xero i to wykonane niedbale, nachodzący na siebie tekst, rozmazany tusz, maleńka czcionka, zdjęć mało, jak to u Planet, ale te co były, wyszły zmatowiałe, buro-czarno-białe, niewyraźne. Jak takie coś można sprzedawać ludziom? Może ludzie to kupują, bo to jednak, jak za darmo jest sprzedawane, od 1 do 5 $ sztuka, w zależności od grubości.
Gdyby nie śmieci pod drzewami i krawężnikiem, byłoby tu całkiem uroczo
Ja jednak, co do książek mam wyrafinowany gust i w życiu takiego gniotu nie mogłabym wziąć do ręki. Na zewnątrz wyglądały normalnie, jak oryginały. Kolorowe okładki typowe dla tego wydawnictwa, ale w środku, tragedia. A co z prawami autorskimi?Jestem w Kambodży. Tutaj takie prawo chyba nie działa, bo te podróby sprzedawane są oficjalnie, na ulicach, a nie gdzieś po cichu w zaułkach z torby.
Ulica rzemieślników
Potem znalazłam prawdziwą, dobrze zaopatrzoną księgarnię, w której z przyjemnością spędziłam pewien czas i to nie tylko dlatego, że klimatyzacja cudownie schładzała moje lepkie od potu ciało, niemal ugotowane w kambodżańskim upale. Było naprawdę na co popatrzeć. W tej księgarni sprzedawana jest również prasa. Codzienna i kolorowa w różnych językach. Zupełnie takie same tytuły, jak u nas w Empiku.
Świetnie zaopatrzona księgarnia "Monument Books, przy Norodom Blv.111 
Kupiłam tu pięknie wydany albumowy przewodnik po Borneo, autorstwa Davida Bowdena, z krótkimi opisami najważniejszych atrakcji. I o to mi chodziło, bo przecież tekst jest w języku angielskim. Z moimi umiejętnościami przyjemnie się czyta takie zwięzłe i konkretne opisy.
Książka Anny Applebaum w księgarni Phnom Penh, na pierwszej półce z nowościami
Na półce „nowości non fikction” stoi w tej księgarni między innymi książka Anny Applebaum, żony naszego ministra spraw zagranicznych, Radka Sikorskiego pt. ”The Curtain. The Crushing of Eastern Europe” co znaczy: „Żelazna Kurtyna. Kruszenie Europy Wschodniej 1944- 1956. Kosztuje 20 $.
Warszawa 1955r! Był taki stadion w Warszawie.....
Bardzo lubię tego polityka, który wniósł do naszego rządu świeży powiew młodości i dobrych manier oraz świetne wykształcenie i świetną znajomość języków obcych. Gdy po raz pierwszy otrzymał tekę ministra w rządzie Jana Olszewskiego, miał zaledwie 29 lat! 
Autorka
Cenię bardzo jego żonę Annę, która mając o niebo lepsze warunki do życia i własnego rozwoju w swojej ojczyźnie w Stanach Zjednoczonych, zgodziła się przyjechać do Polski. Do kraju swojego męża, w którym godząc obowiązki żony polityka i wychowując dwóch synów, nie biadoli nad własnym losem i nie rezygnuje z własnych ambicji, swojej pracy dziennikarskiej i pisarskiej.
Malowidła pod filarami Srebrnej Pagody są w renowacji
I za to, że nie zraża się medialnymi i politycznymi napadami na osobę swojego męża, a często w zapędach polityków i brukowej prasy również na osobę własną, tylko robi, co do niej należy i żyje po swojemu. To bardzo sympatyczna i romantyczna para.
I kto to robi? Polacy! kilka lat im to zajmie. Nie sądzę, żeby zdążyli do 2016r
Sam początek ich znajomości był już niezwykły. Otóż Radek Sikorski poznał Annę w Polsce,  w centrum prasowym obsługującym wizytę Helmuta Kohla. Anna była już znaną  dziennikarką, reprezentowała Washington Post. Gdy ówcześni przywódcy Niemiec i Polski zajmowali się w warszawskim hotelu Victoria kurtuazyjnymi gestami i politycznymi deklaracjami, w Berlinie zaczął walić się mur.
To ja. Zwiedzam siedzibę Króla Kambodży w Phnom Penh.
Kohl natychmiast przerwał wizytę i w te pędy ruszył do Niemiec, a dziennikarze zagraniczni i komentatorzy pociągnęli za nim sznurem, bo w Polsce nic wtedy ciekawego się nie działo, poza wizytą Helmuta Kohla, właśnie.
Królewski budynek tronowy
Zagraniczni dziennikarze ruszyli do swoich aut, a polscy zabierali się z nimi, bo oni już wiedzieli, że w Berlinie dzieje się coś bardzo ważnego. Anna Applebaum miała tu samochód, jak na tamte siermiężne polskie czasy, zwalający z nóg po prostu. Daihatsu Charade. Kto nie pamięta, to przypomnę, że wówczas u nas jeździło się Fiatem 126p.
Pod oknami ustawiono specjalne podesty, aby ludzie mogli sobie popatrzeć.
Do jej samochodu dosiadł się Radek Sikorski i to w czasie tej podróży wszystko się między nimi zaczęło. Ważna data historyczna splotła się z ważną datą osobistą tej sympatycznej pary. Cenią sobie prywatność i udaje im się unikać wścibiania nosa mediów w ich życie osobiste i rodzinne. Chociaż nieraz są drażnieni przez brukowce, ale nawet prasa brukowa nie może na nich znaleźć haka, żeby zamieszać w ich życiu.
Bogate wnętrze Pałacu
„Fakt” swego czasu zastanawiał się publicznie, jak bardzo bogata jest Anna Appleuban i ciekawe skąd ma tyle pieniędzy. Pensja ministerialna jej męża, to po prostu pryszcz, kieszonkowe, wobec jej dochodów. Ale ostatecznie Fakt nie wyjaśnił czytelnikom, skąd Anna bierze te pieniądze, niech się ludzie pozłoszczą trochę, że żyje z ich podatków może?, a może robi jakieś finansowe przekręty? bo to właśnie jest cel takich artykułów.
Żeby w mieście było tak czysto, jak na terenie królewskim! tak mi się tylko marzy :)
Anna tymczasem radzi sobie świetnie od dawna, nim jeszcze poznała swojego męża. Jest znaną dziennikarką i publicystką,nadal pracuje dla „The Washington Post”, jest cenioną komentatorką wydarzeń politycznych w różnych krajach Europy, autorką książek non fiction (którą tutaj zobaczyłam, również „Gułag i innych tego rodzaju) i jednej książki kucharskiej z przepisami na potrawy polskiej kuchni, w której bardzo zasmakowała.
Zadbane klomby i trawniki
Jej książki wydawane są w różnych językach i dostępne w wielu krajach, nawet w takiej biednej Kambodży. Nakłady książek są wznawiane. Nadal też publikuje swoje artykuły. W taki właśnie sposób zarabia duże pieniądze i zarabia je w innych krajach, nie w Polsce. Kto jej zazdrości może również w ten sposób zarabiać na życie, nikt nikomu  nie broni dochodzić do pieniędzy własną pracą, umysłem i zdolnościami.
Znajdują się tu również książki dwóch Panów, których poznałam osobiście w Muzeum Tuol Sleng
Oprócz książki Anny Applebaum, na półce kambodżańskiej księgarni stoją też płyty z filmami Polańskiego. Roman Polański, to wybitny polski reżyser i scenarzysta filmowy, ale tragiczna to postać. W Polsce mało oglądany. Tworzył głównie poza granicami kraju. Głównie we Francji i Stanach Zjednoczonych (do pewnego czasu....).
Wat Ounalom
Pamiętam, jak dostał Oscara za film „Pianista”. W Polsce żywo to komentowano, bo zawsze jesteśmy dumni, gdy nasi mają osiągnięcia, chociaż we własnym kraju trudno je zdobyć. Polański przez całe swoje życie nie może pozbyć się traumy z dzieciństwa, życia w getcie i utraty matki w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz.
Piękny dzwon i pałka do bicia w niego
Myślę, że wiele obywateli Kambodży żyje w podobnej traumie po Tuol Sleng, a może i w gorszej. Nam zrobili to Niemcy, im – współziomkowie, krajanie. To chyba bardziej boli. Z wrogami zewnętrznymi walczy się zaciekle, broniąc swego. Ale gdy swój robi ci krzywdę, tracisz mowę z zaskoczenia i niedowierzania, że coś takiego mogło się w życiu zdarzyć. Jak wśród przyjaciół lub w  rodzinie, gdy ktoś z nich zrobi ci świństwo.
Na dziedzińcu Watu Ounalom
Taka wojna demoralizuje ludzi. Narkomania i prostytucja, to odprysk wojennych przeżyć. Lata całe miną, nim ludzie wrócą tu do równowagi i zaczną prowadzić normalne, uczciwe i spokojne życie. 
Młodzi mnisi buddyjscy
Gdy dzieci będą mogły przeżywać właściwie swoje dzieciństwo, bez żebrania, pracy i szwendania się po nocy. Turyści zachwycają się innością, egzotyką, pierwotną niemal egzystencją, ale sami by nie chcieli tak żyć. Tydzień w Kambodży w zasadzie im wystarcza.
Skąd się wzięło gołe dziecko w klasztorze buddyjskim?
W Phnom Penh do obejrzenia jest właściwie tylko Pałac Królewski, Tuol Sleng, Wat Phnom i Riverfront, czyli nadbrzeże Tonle Sap River. Można pojechać jeszcze na Pola Śmierci, ale niekoniecznie. Pola, jak pola. Cmentarz, jak cmentarz. Smutne. National Muzeum również mało atrakcyjne, gdy oglądało się wcześniej budowle Angkor, bo głównie o Angkor tam jest. Warto jednak do niego pójść, bo samo muzeum stanowi piękny kompleks architektoniczny.
Pąki kwiatów wkłada się w Watach w kadzie z wodą. Oone się tam rozwijają i zamieniają  w pływające kwiaty.
Kto lubi targowiska, ma tutaj możliwość obejrzenia ich w dzień (Market Rosyjski) i w nocy, bo Night Market również działa. Ja nie przepadam za takimi atrakcjami. Ale każdy coś tu dla siebie ciekawego znajdzie. Niektóre kafejki we francuskim stylu są wprost urocze, gdyby nie widok na śmierdzące śmieci obok lub tuż za nimi.
Można posiedzieć sobie na Riverfront przy piwku z orzeszkami i podumać trochę.
Warto powłóczyć się trochę po bocznych uliczkach w centrum, gdzie można trafić na wprawdzie zaniedbane budynki, ale architektonicznie piękne, w typowo francuskim stylu z czasów kolonializmu. Takie domy otoczone bujną zielenią, naprawdę wyglądają cudnie. Może je kiedyś wyremontują i przywrócą pierwotne piękno? Niektóre już wyremontowano.
Niektóre kolonialne budynki już wyremontowane. Są piękne.
Kompleks budynków Pałacu Królewskiego zbudowany został w stylu buddyjskich świątyń, z kolumnami, schodami, charakterystycznymi dachami, ostro zakończonymi wieżyczkami, no i te kolory. Ciepłe żółcie, pomarańcze, kasztanowe brązy, w otoczeniu zieleni stwarzają niepowtarzalny klimat. Jest tam tylko jedna budowla całkowicie odbiegająca stylem.
Pawilon Napoleona. Delikatny, ażurowy, z lekkiego metalu. Wyraźnie odbija od stylu pozostałych budynków.
To Pawilon Napoleona. Pobudowali go Francuzi w 1876r w prezencie dla Kambodży. Do całości pasuje jak pięść do nosa, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Sam pawilon jest śliczniutki, delikatny, koronkowy, metalowy, z kopułką, taką bardziej meczet przypominającą. Słabo widać, bo obecnie znajduje się on w remoncie.
Podobno w tej stupie przechowują ślad stopy Buddy. Szmat drogi przeszedł Budda, bo w wielu krajach ślad swojej stopy zostawił. Na Górze Adama w Sri Lance też, i nie tylko.
Po wyjściu z Królewskiego Pałacu, można wejść w 240 Street, na której jest świetny sklep czekoladowy z pijalnią czekolady. Są też lodziarnie z zimnymi pysznościami dla ochłody, a na 178 Street, blisko National Muzeum, znajdziemy galerie artystyczne. Ja weszłam do ”xEm Design”  Guillaume Barathon, ponieważ przyciągnęły mnie tam czarno-białe portrety ofiar S-21.
Brama wyjściowa z Pałacu
Artysta tworzy w drewnie i ceramice, ale również maluje obrazy i portrety. On skończył Royal University of Fine Arts w Phnom Penh, a następnie studiował we Francji na Saint Etienne Ecole des Beaux arts i Ecole Nationale des Arts Decoratifs w Paryżu i wrócił.
Ulica artystów
To zadziwiające, ile ludzi z krajów zagarniętych w swoim czasie przez kolonialistów pobiera nauki w kraju swoich byłych okupantów. Łączy ich jakaś dziwna, nieuchwytna i niewypowiedziana głośno więź. Francuzi czują się chyba w obowiązku, a dawni poddani, na prawie. Ludzkie losy dziwnie się plotą, ale większość po studiach wraca do swojego kraju.
Galeria Guillaume Barathona w Phnom Penh
Z zainteresowaniem obejrzałam dzieła Barthona, ale wzrok mój nie mógł się oderwać od portretu młodego mężczyzny uwięzionego w S-21, któremu numer przypięto agrafką bezpośrednio do nagiego torsu. (pisałam o takich przypadkach w poprzednim poście). To niewyobrażalne bestialstwo ze strony zwyrodnialców reżimu Pol Pota.
Więzień S-21 z numerem 17 przypiętym do ciała.
Obawiam się, że post znowu mi nie wyszedł na wesoło i chyba w Kambodży już mi się nie uda napisać niczego wesołego. To smutny kraj z tragiczną historią i ciężkim życiem w warunkach pokoju. Głodny, to chyba tutaj nikt nie chodzi, bo dużo jedzenia wala się po ulicach i na trawnikach i gdzie nie spojrzeć, wszędzie ludzie coś jedzą.
Owoce drzewa chlebowego. Ładne bochenki?
Dzisiaj, gdy byłam na obiedzie, obok przy stoliku siedział starszy wiekiem Australijczyk. Dzieciaki, jak zwykle błąkały się między stolikami i miauczały o dolary, a jak nikt nie chciał im dać pieniędzy, to pokazywały, że są głodne, żeby im kupić jedzenie.
Ale wstyd! Królewska Uczelnia Artystyczna w takim śmietniku? a może to khmerski artystyczny nieład only?
Australijczyk się wzruszył i coś do nich zagadał i to był jego błąd. Obsiadły jego stolik, jak muchy i już nie było mowy, aby zrezygnowały. Powiedział kelnerce, aby dała im jedzenie w ramach 2 $ i doliczyła mu to do rachunku. Kelnerka mu na to odpowiedziała, że chyba 3 $, bo dzieciaków jest trójka. Swój swego popiera.
Gdzie tylko się da, zawieszają hamak i leżą.
Ok, zgodził się Australijczyk, niech będzie 3 $, bo chciał w końcu zjeść spokojnie swój  obiad. Kelnerka poszła, a dzieciaki za nią. Po chwili wracały śmiejąc się od ucha do ucha i dźwigając po dwie puszki Fanty.
Mają tu Biuro Antykorupcyjne
Australijczyk się wzburzył. Miałaś im coś do jedzenia dać, bo są głodne, napadł na kelnerkę. Ona na to, jakie tam głodne. Mówiłeś, żeby im dać, co sobie wybiorą, a wybrały Fantę i też się śmiała. Tak to tutaj wygląda. I dzieci i kelnerka, zakpiły ze starego australijskiego turysty. To wcale nie jest śmieszne. Wątpię, czy da się drugi raz nabrać na biedne, głodne dzieci.
Właśnie przybył tu mnich na rowerze i w kasku na głowie. Strażnik chciał go zatrzymać, ale mnich się nie dał i wszedł.
Jest to biedny kraj w innym znaczeniu. Biedny, bo zniszczony wojną, zdemoralizowany,  zaniedbany, źle zorganizowany i źle zarządzany. Małe dzieci zaniedbane wychowawczo, uczone życia z żebractwa i wyłudzania, kradzieży i oszukiwania lub zarabiania usługami seksualnymi. Tak nie powinno być. Nic wesołego o Kambodży napisać się nie da. Póki co.
Rybacy na rzece w centrum miasta, przy Riverfront. Zdjęcie realistyczne.
Można na rybaków w dole rzeki spojrzeć w taki sposób, jak wyżej, realistycznie. Można spojrzeć w taki sposób, jak niżej, sielankowo. Można ominąć obiektywem śmieci, wszystko  co brzydkie i mamy ładne zdjęcie z wakacji do albumu.
Ci sami rybacy po zbliżeniu obiektywu. Zdjęcie sielankowe.
Wszystko zależy od punktu widzenia osoby fotografującej. Taka właśnie jest Kambodża. Dla jednych cudowna, piękna, urocza we francuskim dawnym stylu. Dla innych brudna, zaniedbana, zrujnowana. Rzecz w tym, że ona jest taka i taka. Dwojaka. Jedno jest pewne, pieszy ma tu ciężkie życie, a bez maski na twarzy wogóle nie należy wychodzić na ulicę.
Z całym przekonaniem przyznaję, że owoce mają tutaj pyszne!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz