Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 17 stycznia 2015

Tajlandia

Rodzinna choinka 2014
Święta, święta i ……….po świętach! Czas spędzony z rodziną minął nadzwyczaj szybko i znowu trzeba się było spakować do podróży. Mając na uwadze ciągłe kłopoty z bagażem w poprzednich podróżach, postanowiłam ograniczyć go tym razem do minimum. Zabrałam z sobą jedynie małą walizeczkę – neseser i mały plecak, z którym podróżuję już od pewnego czasu.Co się nie zmieściło, tego nie wzięłam. Po prostu. 
Krakowskie Przedmieście w Warszawie. Bardzo tu zimno!
Koniec ze stresem na każdym lotnisku, terminalach kolejowych i autobusowych! W końcu dojrzałam do takiego stwierdzenia , że można się bez wielu rzeczy obyć.
Przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Za mną historia.
Spotkania z rodziną i przyjaciółmi wspominać będę jeszcze długo, ponieważ były to bardzo, bardzo miłe chwile i myślę, że nie tylko dlatego, że wszyscy mieli świadomość, że zaraz znowu mnie pożegnają:) 
Przyszedł do nas Święty Mikołaj! Ciocia Oliwia pomaga mu wnosić prezenty!
Mój uroczy, absolutnie wyjątkowy wnuk Krzysztof dał mi wiele radości swoją obecnością. Przebywanie w jego towarzystwie to ogromna przyjemność, co stwierdza każdy, kto ma możliwość go poznać. Komórka i komputer nie mają dla niego tajemnic w zakresie, w jakim mu w tym wieku są przydatne, ale w Świętego Mikołaja wierzy niezłomnie. 
Oho ho! cóż my tu mamy? Krzyś czeka z zaciekawieniem
Gdy po świętach kolega w przedszkolu powiedział mu, że nie ma Świętego Mikołaja, bo on podejrzał, że to był wujek Szymon, Krzyś rezolutnie odpowiedział:" może u ciebie był wujek Szymon, ale do mnie przyszedł prawdziwy Święty Mikołaj" i zakończył temat.
Lekka konsternacja, ale nie ma rady, gdy chce się dostać prezent.
Moje dzieci i ich drugie połówki starały się bardzo, abym była zadowolona z pobytu u nich, żebym mogła zabrać w tą podróż tylko miłe wspomnienia. Oliwia poświęcała mi cały swój czas, umilając każdą chwilę na różne sposoby. Pomogła również załatwić niezbędne sprawy związane z uzupełnieniem brakujących rzeczy, naprawą innych i zakupem tych, które trzeba było wymienić na nowe.
Duże dzieci też się cieszą prezentami. Monika z Krzysiem, Marcin i Oliwia.
Czasem wspominałam na blogu, że laptop odmawia mi współpracy. Relację z pobytu w Nowym Jorku musiałam ostatecznie przerwać, ponieważ laptop nie chciał pracować, zawieszał się podczas pisania postów, nie załączał zdjęć. Otóż nie dało się go naprawić mimo starań czynionych przez mojego zięcia i jego znajomego informatyka, musiałam więc zakupić nowy sprzęt.
Nie ma to, jak zabawa z wujkiem Tomkiem kolejką elektryczną.
Wszystko to wymagało wiele czasu i biegania. Biorąc pod uwagę, że był to okres świąteczny i większość dni podczas mojego pobytu w Warszawie było dniami wolnymi od pracy, łatwo nie było.
Byłam grzeczna, więc też dostałam prezenty. Wszystkie przydatne w podróży.
(W prezencie dostałam m.in.tablet z wgranymi książkami, abym nie musiała obciążać nimi bagażu, nowe sandały, bo narzekałam, że mi się zdarły i musiałam w Chicago je wyrzucić oraz zabawną łaciatą piżamkę z krówką na górnej części. Dotychczas miałam dosyć krótką nocną koszulkę, co nie było właściwą bielizną do spania w wieloosobowych salach hostelowych, uznał Święty Mikołaj. Mikołaj nie zapomniał również o bardzo przydatnym Przewodniku Pascala po krajach azjatyckich, do których się właśnie wybieram).
No i gdzie ja będę miała lepiej, niż u mojej córki i zięcia?
Dosłownie w ostatnim dniu przed wylotem, syn mojej przyjaciółki, Michał, zainstalował w nowym laptopie niezbędne programy i przystosował go do użytku. Ja bowiem potrafię jedynie z laptopa korzystać  i to tylko w niezbędnym zakresie potrzebnym mi osobiście. Jak coś w laptopie nie działa, to dla mnie klęska żywiołowa!
Na lotnisku w Doha
Wszystkim, którzy tak pięknie mnie gościli i okazywali przyjazne zainteresowanie moją osobą i moimi sprawami, bardzo serdecznie dziękuję po stokroć! Również moim przyjaciółkom, Grażynie i Jasi. Głównie zaś Oliwii, tutaj już nikt nie będzie mi przynosił rano kawy do łóżka :) i nie wyręczy w załatwianiu codziennych spraw. 
Na lotnisku w Doha
Od tej chwili znowu muszę sobie radzić sama. Miałam tego świadomość żegnając się na Okęciu z bliskimi mi osobami, machając na pożegnanie zza szyby, za którą rozbierałam się do kontroli przy bramce i gdy zniknęły mi z oczu, kiedy wsiadałam do samolotu.
Strefa wolnocłowa
Przyznaję, że nie byłam zbyt pewna siebie wchodząc na pokład samolotu. Kierunek mojej podróży wiódł bowiem w region, gdzie ostatnio zdarzały się seryjne wypadki samolotów. Ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach, były zestrzeliwane lub z niewiadomych przyczyn wpadały do morza!  Zginęło mnóstwo ludzi.
Ruchomym chodnikiem jadę do Gate
Leciałam do Azji! W planach mam przemieszczanie się po krajach azjatyckich liniami lotniczymi, które zostały dotknięte tą niespodziewaną serią tragicznych zbiegów okoliczności. Fizyk-ryzyk, lecę!
Przesiadka w Doha (Katar) przeciągnęła się niespodziewanie z niewiadomych powodów i zamiast wylecieć o g.22.05, wylecieliśmy o g. 1,40 dnia następnego. 
Niestety, nie wylecimy o g.21.oo
Wprawdzie linia lotnicza Quatar Airways zaopiekowała się nami, zaprowadzono nas do restauracji, gdzie wydano wszystkim oczekującym pasażerom obiad, kawę i ciastko na koszt firmy, lecz tak długie oczekiwanie w niepewności było męczące. Z westchnieniem ulgi przyjęliśmy komunikat, aby podejść do gate, bo wreszcie polecimy.
Pracownik linii lotniczych przyprowadził nas tutaj na posiłek
Samolot wypełniony był do ostatniego miejsca. Marcin, odprawiając mnie internetowo w Warszawie kilka dni przed wylotem, wybrał dla mnie wygodne miejsce w pierwszym rzędzie przy oknie. Miałam bardzo dużo miejsca na nogi i mogłam w miarę wygodnie ułożyć się do snu z głową wspartą na poduszce położonej na wklęsłym obramowaniu okna. To komfort w samolocie, gdy głowa nie opada na ramię sąsiada.
Wreszcie w Bangkoku. Lotnisko Suvarnabhumi wita nas.
No i jako pierwsza otrzymywałam posiłki. Quatar Airways karmi swoich pasażerów bardzo dobrze, nawet tych z ekonomy class. Oprócz podstawowego posiłku, podają co rusz coś do przekąszenia, ciastko,  kawę, herbatę, zimne napoje i drinki alkoholowe. Poprosiłam więc o drinka whisky z lodem, po którym zasnęłam na jakiś czas, co mi się podczas lotów bardzo rzadko zdarza.
Hala lotniska w Bangkoku
Zaraz na początku, jeden z pasażerów w białej długiej sukience arabskiej bardzo się do mnie przymilał, abym zamieniła się z nim na miejsce. Uśmiechałam się do niego również mile, ale kręciłam głową, że to niemożliwe. On siedział po przeciwnej stronie, w otoczeniu rodziny z dwojgiem dzieci bardzo niesfornych, głośnych i nigdy niezasypiających. Moje dzieci wiedzą o czym mówię. Znają takie dzieci.
Moja cicha, boczna uliczka. Pani stoi pod szyldem  Madam Guesthause
Arab spoglądał na mnie porozumiewawczo, na migi pokazując abym tu usiadła, a on przejdzie na moje miejsce. Jeszcze czego, mowy nie ma. Też na migi odpowiadałam mu, że absolutnie taka zamiana nie wchodzi w rachubę. Męczył się tam okropnie. Co rusz mrugał do mnie porozumiewawczo, ale ja tylko z uśmiechem kręciłam przecząco głową. W końcu zaczął chodzić po pokładzie, szukając jakiegoś innego wolnego miejsca, ale samolot cały był zapełniony na full.
Patrząc w drugą stronę, mam sklepy i stoliki z jedzeniem
Potem założyłam na uszy słuchawki i słuchając soulowej muzyki, zasnęłam. Obudziłam się, gdy stewardessy kazały zapiąć pasy przed lądowaniem. Byliśmy w Bangkoku. Z przyjemnością zanurzyłam się w gorącym, wilgotnym powietrzu Bangkoku, zrzucając z siebie wszystkie po kolei warstwy odzieży, zanim jeszcze odebrałam neseser z taśmy bagażowej. Co za ulga! 
Również propozycje tajskiego masażu, oczywiście
Nie spiesząc się specjalnie, ponieważ i tak nie miałam zabukowanego miejsca w żadnym hotelu/ hostelu/ guesthousie, wypiłam kawę, zjadłam śniadanie, wybrałam z bankomatu tajskie bhaty i  z punktu informacji wzięłam mapkę miasta. Skierowałam się do Metra i pojechałam do stacji Lumpini. 
Wejście do stacji Metra Lumpini
W pobliżu tej stacji Metra mieszkałam kiedyś w Guest Hause Sala Thai Dally Mansion, gdy ze Sri Lanki udawałam się w dalszą podróż po Azji Środkowo Wschodniej. Pomyślałam, że może i tym razem tam się zatrzymam. Niestety, nie było wolnych pokoi, bo to przecież pełnia sezonu w Tajlandii. Gospodyni Sala Thai nie zostawiła mnie jednak na pastwę losu, przeszła do sąsiedniego Madam Guest Hause, mieszczącym się niemal w tym samym podwórku i poleciła mnie konkurencji.
Wózkowy sprzedawca jedzenia skręca przy Seven-Eleven w moją ulicę
Pokój w Madam Guest Hause wynajęłam na 10 dni. Obejrzałam dwa pokoje. Za 9 $ i za 11 $. Wybrałam ten droższy. Liczenie w dolarach daje mi szybciej info o wartości pieniądza, ale płacę w bahtach, oczywiście. Różnica w cenie była niewielka, a  pokój większy, z dwoma oknami, wentylatorem pod sufitem. Łazienkę własną posiadały oba pokoje, chociaż jest to łazienka w stylu azjatyckim, ale ważne, że jest.
Mój pokój i łazienka. Wszystko fruwa bo wentylator chodzi. Upał straszny.
Nie, nie jest tak, jak myślicie! WC, to nie dziura w podłodze! Jest normalna muszla klozetowa z sedesem, tyle że muszlę spłukuje się pobierając wodę plastikowym pobierakiem z jedną rączką z wiadra stojącego obok. Pomysłowość Tajów jest godna podziwu. To są złote rączki do montowania dziwnych  urządzeń,  mających za zadanie ułatwiać życie użytkownikom.
Pokój wygodny. Rozgościłam się w nim na dobre.
Tak więc zamiast prysznica, jest cienki wąż z końcówką ogrodową do polewania się wodą, ale wąż można umieścić na haczyku, aby mieć wolne ręce do namydlenia się. Wprawdzie wąż nie chce odwrócić się w stronę kąpiącej się osoby, tylko uparcie leje wodę po ścianie, ale dajemy radę.
Ulica Rama IV. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie jedzą.
Taki sam wąż zamontowano przy muszli klozetowej do jej spłukiwania, a obok dodatkowy kran, pod którym stoi plastikowe wiadro. Tym wężem, naciskając odpowiedni przycisk na końcówce, spłukujemy muszlę w sposób, w jaki podlewamy ogród lub pobieramy wodę plastikowym rondlem z wiadra. W wiadrze można również spokojnie zrobić pranie.
Dodatkowo toczą się z jedzeniem ruchome bary
W pokoju zamiast szafy, przytwierdzono do futryny drzwi żelazny drążek z pionowymi bolcami (jakie są w sklepach z odzieżą), na których wiesza się wieszaki do ubrań. Zmieści tam się 7 wieszaków! Jest w porządku. Na wieszakach suszę również wyprane tiszerty, które owiewane powietrzem z wentylatora, schną bardzo szybko.
Jedzenie sprzedają też ze stolików. Weź, idź i jedz.
Ponieważ łazienka jest bardzo mała, nie ma wydzielonego brodzika do którego leci woda z prysznica. Cała łazienka wraz z muszlą klozetową mieści się bowiem w brodziku. Woda leje się swobodnie po całym pomieszczeniu i spływa do dziury wydrążonej w kącie łazienki za klozetem. Cudowna sprawa!
Na Rama IV są chodniki i jakie czyste!
Jest za to w łazience maleńka umywalka z kranikiem w prawym rogu, lustro, okno i dwa drążki na ręczniki. Gospodarze pomyśleli o wygodzie turystów. W cenie zapewniono też jeden duży ręcznik kąpielowy. Papier toaletowy i mydło kupujemy sami. W pokoju i łazience jest czysto, ale już tu mieszkając, sami musimy dbać o czystość. Żadna pani nie sprzątnie nam pokoju, jak to było w USA.
Czarne kable zwisają ogromnymi wiązkami tworząc zadaszenie nad chodnikiem
Najzabawniejszą jednak sprawą jest wejście do pokoju. Otóż, najpierw wchodzi się z podwórka do pomieszczenia, w którym stoją kozetki, krzesła i stoliki. Można tutaj posiedzieć gościnnie lub pisać sobie na laptopie, albo czytać książki. Następnie trzeba przejść przez wąską kuchnię, pełną garów i talerzy (gospodarze prowadzą też małą restaurację, chociaż może to za duże słowo) i wejść na drewniane wąskie schody.
Jeśli tylko jest chodnik, pojawiają się stoliki z jedzeniem
Przy końcu schodów mieszczą się drzwi do mojego pokoju. Nie ma gdzie stanąć, bo drzwi są na ścianie wzdłuż której dalej idą schody, ale przybito jedną wąską deseczkę z boku, na której można wesprzeć nogę, aby utrzymać równowagę otwierając kłódkę na drzwiach. Wchodząc, trzeba najpierw wstawić plecak lub siatkę z zakupami, potem przytrzymać się futryny, drugą ręką odbić się od poręczy po przeciwnej stronie schodów i zgrabnie wskoczyć do wnętrza pokoju.
Portret Króla, często z królową, stoi w wielu publicznych miejscach
Tajowie, to naprawdę pomysłowi ludzie. W pokoju mam dwa łóżka, obrazy na ścianie z pejzażami wykonanymi w stylu „piórkiem i węglem”, toaletkę z dużym lustrem, szafką z szufladami oraz miękki stołek. Na oknach wiszą kretonowe zasłonki. Czego więcej potrzeba do szczęścia  turyście? Jest ok!
Szklane wieżowce i ołtarzyki uliczne. Tajskie kontrasty.
Za dostęp do internetu trzeba zapłacić osobno, 20 baht za dzień, co daje 200 bahtów za 10 dni. 1 zł ma wartość 9 bahtów z groszami. Koszt internetu wyniósł mnie więc 22 -23 zł za cały pobyt. Zasięg internetu jest w pokoju i ma bardzo dobry odbiór. Mogę też się z laptopem przemieszczać po Guesthausie oraz siedzieć z nim w podwórku, przy stolikach pod drzewami i też świetnie odbiera.
Po karmieniu bożków często zostaje bałagan na ulicy, ale co tam
Najpierw wzięłam zimny prysznic po czym padłam na łóżko półprzytomna ze zmęczenia. Przespałam resztę  dnia, całą noc i następnego dnia do południa. Odsypiałam Dohę i zmianę czasu 6 godzin do przodu. Następnie wstałam i zanurzyłam się w miasto. Szłam bez określonego celu, wdychając specyficzny azjatycki smrodek śmieciowo-splinowy zmieszany z oszałamiającymi zapachami wszędzie gotującego się jedzenia.
Piękne stylowe latarnie z kwiatami i wiąchy obskurnych kabli
Idąc ulicą, mijam stoliki ustawione wzdłuż chodników, przy których siedzą ludzie i jedzą. Na jezdni powódź pojazdów samochodowych i motorowych, a na chodnikach ludzie spokojnie spożywający smakowicie pachnące potrawy. Wspaniały widok. Lubię tą typowo azjatycką atmosferę. Ludzie uśmiechają się do mnie, robią różne miny, ja reaguję podobnie i razem się śmiejemy nie wiadomo z czego.
Tajki parasolami bronią się przed słońcem. Po prawej: Ambasada Australii
Tajowie zawsze wprowadzają mnie w świetny nastrój. Są niezwykle uprzejmi i chętni do pomocy. Gdy wpatruję się w mapkę, próbując ustalić w którym kierunku powinnam pójść do wybranego celu, sami mnie zaczepiają, pytając czy mogą mi pomóc.
Bardzo zadbane, otoczone zielenią przystanki autobusowe na ulicach
Gdy jest zbyt dużo zakrętów i różnych zakamarków, potrafią zostawić na ulicy osobę towarzyszącą i podprowadzić mnie do punktu, z którego już łatwo jest trafić w wybrane miejsce. To jest niesamowite. Jestem zaskoczona, zażenowana i nie wiem, jak im godnie podziękować. No problem, mówią z uśmiechem i wracają w swoją stronę. Niesamowici ludzie!
Portret pary królewskiej przed gmachem banku
W powrotnej drodze do domu, wstąpiłam do Seven-Eleven, które występują tu bardzo gęsto po obu stronach ulic. Również w pobliżu mojego w Guest Hausu, który mieści się w spokojnej bocznej uliczce, odchodzącej od Rama 4 Road. W Ameryce również spotykałam Seven-Eleven, ale nie były tak dobrze zaopatrzone, jak tutaj. W Seven-Eleven w Bangkoku, kawa jest o wiele lepsza, dlatego znowu zaczęłam kupować ją w tej sieci. Kosztuje 20 THB (2 zł z groszami).
Jeszcze nie uprzątnęli choinek po świętach
Kupiłam 5-cio litrowy baniak wody mineralnej (38 bht), papier toaletowy, puszkę piwa Singha (34 bht) i śmietankę do kawy. Rano parzę kawę w swoim pokoju, gotując wodę mineralną we własnym półlitrowym czajniczku elektrycznym. 5-cio litrowy baniak starcza mi na dwa dni. Przy kasie okazało się, że nie można płacić kartą. Jedynie cash.
Z czego cieszą się dzieci
Pierwsze rozczarowanie. Uprzejma Tajka wyszła ze mną ze sklepu do bankomatu. Wybrałam trochę więcej pieniędzy, ponieważ przy straganowych zakupach i w małych knajpkach również trzeba mieć gotówkę. Potem okazało się, że to tylko chwilowa sytuacja, bo zawiesił im się system. W innych sklepach 7-Eleven przyjmowano karty.
Ruch na jezdniach ulic Bangkoku, nie ustaje nigdy
Bankomatów jest tu dużo, wielu różnych banków. Ja upodobałam sobie fioletowy tajski Comercial Bank i jego będę się trzymała. Przed wyjazdem na wyspę znowu muszę pobrać gotówkę, bo tam może wcale  nie być bankomatów. Obecnie 1 $ wart jest 33,04 THB, a 1 zł – 9,20 THB.
Wejście do Lumpini Park od strony wieży zegarowej
Następnego dnia poszłam do Parku Lumpini, do którego wchodzi się od strony ulicy Rama IV. Nie chciało mi się nic czytać, nic pisać, nawet zdjęć nie bardzo mi się chciało robić. Opanowała mnie fala lenistwa. Upał łagodzony był lekkim wietrzykiem od rzeki płynącej przez park oraz dającymi cień rozłożystymi konarami drzew.
Mój obiektyw śledził tego gekona wspinającego się po drzewie
Ludzie ćwiczyli na bezpłatnej siłowni parkowej, biegali po ścieżkach zdrowia lub tkwili w bezruchu w jednej z póz jogi. W rzece płynął krokodyl, to się zanurzał, to wypływał pod wierzchnią taflę wody, a pewien turysta próbując uchwycić go w kadr aparatu fotograficznego, biegał śmiesznie brzegiem rzeki, potykając się często o nierówny teren. Mało się nie przewrócił. Co za poświęcenie!

Ludzie biegają, ćwiczą i medytują
Wieczorem weszłam do małej restauracji rodzinnej, znajdującej się  przy mojej ulicy Soi Saphen Khu i zjadłam wreszcie gorący obiad. Oczywiście, rice and chicken plus dodatki i woda mineralna. Zapłaciłam 65 bath (2 $, ok. 7 zł z groszami) i pomyśleć, że w Nowym Yorku za butelkę z 1/2 litra wody mineralnej płaciłam w przeliczeniu ponad  10 zł  ! Kocham Azję!
Ja też czuję się tutaj dobrze




1 komentarz:

  1. Właśnie wybieram się w swoją pierwszą podróż do Azji i z zaciekawieniem, a także z przyjemnością czytam Twojego bloga, Zofko!
    Lubię go czytać :)
    Zaczynam od Tajlandii i ląduję właśnie w Bangkoku.
    Niestety, kurs złotówki i dolara zmienił się ostatnio bardzo niekorzystnie :(

    OdpowiedzUsuń