Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 17 sierpnia 2014

Nowy Orlean żyje w rytmie jazzu



Jestem już w Nowym Orleanie, stan Luizjana, United State of America. Łatwo nie było. Pierwsze spotkanie z Amerykaninem przy odprawie. Byłam przygotowana na jakieś pytania typu, czy mam zarezerwowany hotel w NO, czy posiadam wystarczająco dużo zasobów finansowych na pobyt w NO, czy mam tam rodzinę? Znajomych? Na jak długo tam lecę? Po co? Nic z tych rzeczy. Takich pytań nie było.

Miami z samolotu w locie
Okazało się, że to ilość i drobiazgowość kontroli na lotniskach mnie wykończyła, a nie wypytywanie służb kontrolnych. Leciałam z American Airlines z przesiadką w Miami. Od Panamy począwszy, przy każdej bramce sytuacja się powtarzała.

Miami USA
Zdjąć wierzchnie nakrycie, pasek od spodni, buty, zegarek, wyjąć laptop z plecaka, rozpakować go, aparat fotograficzny, zdjąć mały plecaczek z dokumentami i wszystko to włożyć do pojemników (jeden nie wystarczał), i puścić na taśmę wraz z plecakiem, jako bagażem podręcznym. Boso ze spodniami w garści przejść przez bramkę z czujnikami.

Miami, przystań żaglówek
Zebrać swoje rzeczy, ubrać się, zapakować wszystko do plecaka, nie zgubić przy tym trzymanych w ręku biletów i paszportu oraz okularów, przejść do odpowiedniego gate, wypełnić deklarację i odpowiadać na pytania zadawane w nieznanym języku.Padło wprawdzie pytanie o to, jak długo zamierzam na ziemi amerykańskiej przebywać, ale odpowiedziałam, ze nie wiem.
Miami USA
Jak będzie tanio, to dłużej, jak drogo, to krócej. Ostatecznie wbito mi pozwolenie na pół roku.
Angielski w wykonaniu Amerykanów jest zupełnie innym językiem angielskim, niż dotąd słyszany w krajach Ameryki Środkowej. Oni tu mówią gardłem, jak gołębie.

Takim samolotem  leciałam. American Airlines.AA mówią na niego
W Miami miałam prawie cztery godziny czasu, wydawać by się mogło, że to bardzo dużo i spokojnie sobie spakuję plecak, w którym powstał groch z kapustą przez to ciągłe wyrzucanie z niego rzeczy i że zdążę się jeszcze napić kawy. Ale szybko pozbyłam się złudzeń. 
To już New Orleans i wijąca się Mississippi River
Uprzedzono mnie, że w Miami muszę odebrać swój bagaż główny i przesiadając się w samolot do Nowego Orleanu, ponownie go nadać. Takie coś, to chyba tylko w Ameryce. Ale dobrze, że zrozumiałam, co do mnie mówiono, bo bym bez bagażu poleciała dalej, a walizka kręciłaby się na taśmie całą wieczność, aż by się ktoś w końcu nad nią ulitował i zabrał, jako śmieć wyrzucony przez podróżnika.

Lotnisko New Orleans Stan Luizjana

Po wyjściu z samolotu w Miami, ponownie szczegółowa kontrola, rozbieranie się, rozpakowywanie plecaka, laptop, buty, zegarek itd., ubieranie się i pakowanie plecaka, oczekiwanie przy taśmie na bagaż główny, przejście na właściwy terminal i odszukanie swojego gate, a lotnisko w Miami większe, niż we Frankfurcie!

Witamy w New Orleans!
Na nic nie było czasu. Połowa kawy poszła do kosza, butelka z wodą mineralną również, ponieważ znowu trzeba się rozbierać, buty, zegarek..itd, jakieś szaleństwo! Przecież byliśmy już dokładnie sprawdzeni wysiadając w Miami!

W końcu wypatrzyłam napis, że to Nowy Orlean
Na przesiadkowy samolot przeszliśmy specjalnym wejściem dla osób lecących dalej, nie mając styczności ze światem zewnętrznym i znowu kontrola?

Z Szymonem jadę autobusem do India Hostel. Szymon właśnie poznał Sarę.
Przy gate żadnego napisu, że stąd leci samolot do Nowego Orleanu, ale na bilecie mam ten nr gate i na tablicy ogólnej w holu również widnieje ten numer, to chyba dobrze stoję? Pani wpuszczająca mi powie.

Ja przed głównym wejściem do India House
Pani wpuszczająca pasażerów na pokład samolotu nie mogła powiedzieć, bo była zajęta rozmową z inną panią, pilnującą i nawet nie oderwała mi tego małego odcinka od biletu. Jak mnie wkurzają tacy pracownicy, co nad załatwianie klienta, przedkładają pogaduszki z przyjaciółmi.Takie lekceważenie i rozmowy ponad moją osobą, jakbym była przezroczysta, to ja bardzo źle znoszę.

Wewnętrzne patio hostelu
Wreszcie lecimy! Mam nadzieję, że nie zmienili numeru gate i lecę do Nowego Orleanu. W American Airlines nie dają posiłków, tylko napoje. Kawę, herbatę lub wodę mineralną. O inne napoje, jak coca-cola, piwo, wino itp. można też poprosić, ale trzeba za nie samemu zapłacić.

Łazienki w podwórku hostelu
Piszę oczywiście o ekonomy class. W biznes class dają wszystko, tj. posiłki i napoje różnego rodzaju w cenie biletu i panie stewardessy poświęcają większą uwagę takim pasażerom.

Kościół, mój punkt orientacyjny na hostel. Tu trzeba wysiąść z tramwaju
Wysiadamy. Szukam napisu New Orleans, ale nigdzie nie ma tablicy z nazwą, jaka to stacja. Kogo tu zapytać, czy ja dobrze wysiadłam i z właściwego samolotu? Jestem zdenerwowana, bo w samolocie dopatrzyłam się w swoim paszporcie, że nie wbili mi pieczątki o opuszczeniu Panamy. Jak to się mogło stać?

Jedziemy na French Quarter. Szymon otwarty na nowe znajomości.
Właśnie. Przecież opuszczając Panamę samolotem, trzeba zapłacić 30$, a nikt ode mnie tej kwoty nie żądał przy żadnym stanowisku, do których podchodziłam po kolei. Jestem wkurzona podwójnie.  

Wysiadamy na Canal Street, głównej ulicy miasta
Idę jednak za wszystkimi do głównej hali lotniska, a tam na podeście orkiestra gra jazz. Już wiem, że jestem w Nowym Orleanie! Nie muszę nikogo pytać. Taki blues – jazz mogą grać tylko w Nowym Orleanie! Zdjęcia nie zrobiłam, bo znowu formalności, kontrola. Nim wyłuskałam w końcu z bagażu aparat, orkiestra już się zebrała i poszła sobie. Wrócą, gdy wylądują następne samoloty z turystami. Bo to tak na powitanie w Nowym Orleanie.
Tablica o Canal Street na chodniku
Zapominam o kłopotach, których i tak nie jestem w stanie rozwiązać. Trzeba myśleć o tych, które mnie teraz czekają. Noclegi! Generalnie problemów z noclegami nie ma w żadnym kraju. Jest mnóstwo różnego rodzaju hoteli, hosteli, pensjonatów.Mój problem polega na tym, że ja chcę tani nocleg, ponieważ podróżuję długo i muszę liczyć się z kosztami.

Szymon się za mną ogląda. Ciągle zostaję w tyle, bo fotografuję.
Mam wynotowany z Internetu India House Backpackers przy Lopez Street. Muszę sprawdzić, czy z lotniska jeżdżą jakieś autobusy do miasta, metro, a może sky train? Ale to nie Singapur. Metra i sky train Nowy Orlean nie posiada, ale autobusy i owszem. Nie trzeba brać drogich taxi.

Uliczny muzyk saksofonista. Szymon z mapą w ręku prowadzi
Przed lotniskiem spotykam młodego człowieka, z którego twarzy i postawy wyczytuję, że mogę go zapytać. Tak. Z miny i postawy człowieka potrafię już wyczytać, czy mogę o coś daną osobę zapytać, o coś poprosić, czy nie.Nie lubię się narzucać ludziom i gdy widzę sztywną sylwetkę z umykającym wzrokiem, nie podejdę.

Na French Quarter wszędzie grają jazz. Atmosfera fantastyczna.
Więc pytam tego sympatycznie wyglądającego młodego człowieka, jak tu dojechać do miasta, może on też? myślę sobie, ależ też! Pytam wtrącając polskie słowa,bo ja przecież mówię bardzo słabo po angielsku. Zasadnicze krótkie pytania mam już obcykane, ale kontynuację ledwo co, więc posiłkuję się polskimi słowami, co zdradza moją narodowość. Młody człowiek odpowiada mi po polsku.

Słucha się na stojąco, siedząco, a niektórzy nawet tańczą na ulicy
Okazało się, że pochodzi z Polski. Życiorys trochę zakręcony, jaki ma wielu młodych Polaków urodzonych w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Urodzony w Polsce, wychowany w Niemczech, obecnie mieszka w Waszyngtonie w USA. Zakręcone życiorysy są najciekawsze. Szymon pracuje tu, w USA dla telewizji Deutsche Welle i pisze artykuły do prasy niemieckiej.

Co parę kroków lokale z muzyką na żywo
Ja to mam jednak szczęście! Otóż Szymon, bo tak ma na imię ten uroczy młody człowiek, również jedzie do India House Backpackers! Szymon zna wiele języków, w tym również polski, co jest dla mnie bardzo dużym ułatwieniem, więc zdałam się już całkowicie na niego i razem pojechaliśmy autobusem do hotelu.

Na schodkach India Hause
W recepcji z pomocą Szymona, załatwianie formalności poszło szybko. Dostałam nocleg, ale we wspólnym pokoju na osiem osób z czterema piętrowymi łóżkami. Niestety innych pokoi nie było. Szymon miał tutaj wcześniej zarezerwowany pokój na pięć dni pobytu, które przeznaczył na Nowy Orlean, ja weszłam, jak to się mówi, z ulicy. Dobrze, że mnie w ogóle zakwaterowali.  Umówiliśmy się za pół godziny w patio. Zdążyłam tylko wziąć  prysznic, bo większość czasu zabrało mi oczekiwanie na zwolnienie łazienki przez inne turystki.

Cafe tramwajowa
Wiedziałam już, że będę musiała szukać innego hotelu, bo ten rozgardiasz, jaki panował w pokoju i czekanie w kolejce na łazienkę, było nie do przyjęcia. Plecaki turystek rzucone byle gdzie, rozbebeszone walizki na podłodze, ciuchy walające się dosłownie wszędzie pod nogami.
Odlotowa ta kafejka, imituje stację tramwajową.
Żadnego krzesła, gdzie by usiąść, czy położyć rzeczy, żadnego stolika, ani wieszaka czy chociaż gwoździa w ścianie, nic. Moje łóżko znajdowało się na górze, a drabinka zajęta rzeczami osoby śpiącej pode mną. Na górę musiałam wwindować swój plecak i z nim spać. Z szukaniem czystych rzeczy w walizce, kłopot. Nie ma ich na co przekładać. Ciągle jeszcze trzeba walczyć z kablami od laptopa, ładowarkami do aparatów itp

Architektura w Nowym Orleanie, jedyna w swoim rodzaju
Zdałam sobie sprawę, że to nie są warunki dla mnie. Nie jestem już pionierem, ani harcerką. Nie mam wielkich wymagań, ale potrzebuję minimum wygody i swobody, a tutaj nie było nawet tego minimum. Na dodatek w recepcji powiedziano, że mam zapłacić za jedną noc i każdego dnia o g. 9.oo rano mam płacić za następny nocleg. Bo nie miałam rezerwacji przez internet.

Charakterystyczne  dla Nowego Orleanu żelazne ażurowe słupy
Świadczy to o niepewności miejsca. W każdej chwili mogą już nie przyjąć zapłaty za następną noc, tłumacząc się wcześniejszą rezerwacją łóżka przez innych klientów i zostanę na ulicy. Tak czy inaczej, od następnego dnia muszę szukać innego hotelu na dłuższy pobyt.

W tej Cafe umówiliśmy się na kreolskie jedzenie.  W rogu widać Simona.
Pretensji nie mam, bo takie właśnie są hostele. Kolorowe, zapełnione, hałaśliwe, tętniące życiem. Ludzie różnej narodowości spotykają się, nawiązują kontakty, robią wspólne wypady na miasto, idą razem na piwo. Dziewczyny spotykają się we wspólnej kuchni przyrządzając posiłki, zapoznają się w kolejce do łazienki i we wspólnych wieloosobowych pokojach.

Przed wejściem do lokalu
Wieczorami, po powrocie ze zwiedzania, siadają wszyscy przy dużych stołach w patio, piją piwo, rozmawiają, ktoś gra na gitarze, ktoś śpiewa, inni się przyłączają i jest wesoło do późnej nocy. Kto chce, to idzie spać, kto się już wyspał, to się przyłącza do towarzystwa.Hostel uruchamia wieczorami gril i można kupić gorące jedzenie tu, na miejscu.

Wnętrze restauracji, kelner niesie nam menu
Szymon w swoim pokoju doliczył się 11 osób! Tam był dopiero młyn! Ale mężczyźni nie przywiązują zbytnio wagi do tego, co dzieje się w pokoju. Przebywają tam najkrócej, jak tylko to jest możliwe, żyjąc głównie poza pokojem hotelowym, na zewnątrz, wśród ludzi.

Jesteśmy z Sarą i jej przyjaciółką na kolacji kreolskiej
Szymon poznał w czerwonym tramwaju bardzo  sympatyczną dziewczynę Sarę i wymienili się numerami telefonów. Wieczorem poszliśmy na kreolską kolację i spotkaliśmy się z Sarą. Ona zadzwoniła po swoją przyjaciółkę i było nas już czworo. Łatwość z jaką Szymon zawiera znajomości jest godna pozazdroszczenia. To był bardzo, bardzo przyjemnie spędzony pierwszy wieczór w Nowym Orleanie z sympatycznymi, młodymi ludźmi z różnych krajów.

Ich trzy i Szymon jeden
Zauważyłam, że wszystkie wartościowe rzeczy razem z ciężkim laptopem Szymon dźwiga w swoim plecaku. Nic w takich hostelowych pokojach nie można zostawić. Ja wpadłam w panikę, gdy to odkryłam, ponieważ laptop i duży Nikon zostawiłam w walizce, ale zamkniętej na kłódeczkę.

Canal Street, New Orleans
Taka kłódeczka to dla złodzieja rzecz śmieszna, ale dowód na to, że złodziej był. Szymon uspokoił mnie twierdząc, że nikt w hotelu kłódeczki nie będzie wyrywał, ale gdy się ma bagaże niezamknięte, to bardzo szybko można pozbyć się sprzętu. Dlatego on dźwiga.

Czerwony tramwaj jeździ przez całą Canal Street
Następnego dnia poszłam już sama zwiedzać miasto, ponieważ głównym moim celem było szukanie miejsca noclegowego na dłuższy pobyt, więc musiałam się na tym temacie skupić. Na wszelki wypadek, gdybyśmy się minęli w tym przeludnionym i hałaśliwym hostelu, wymieniliśmy z Szymonem swoje adresy mailowe, aby być w kontakcie. Ja nie mam ze sobą komórki, bo nie jest mi ona tutaj do niczego potrzebna. Z dziećmi w Polsce kontaktuję się przez internet. Do telefonu w każdym kraju musiałabym kupować inną kartę.

Specjalistów od tatuaży w mieście sporo
Nowy Orlean robi wrażenie. To zupełnie wyjątkowe miasto, niepodobne do żadnego innego na świecie. Pomimo niezaleczonych w pełni ran po kataklizmie, jaki go dotknął w 2005r, jest piękny i jedyny w swoim rodzaju.Bardzo chciałam tu kiedyś przyjechać i marzenie ziściło się. Wiedziałam, że pokocham Nowy Orlean od pierwszego wejrzenia.

Dom oczekujący na remont
Ślady po przejściu huraganu Katrina do dzisiaj są widoczne. Miejscowi przewodnicy realizują nawet taki program dla turystów „Hurricane Katrina – before, Turing and after”. Wiele domów odbudowano i wyremontowano. Prace remontowe przy innych nadal trwają. Ale też wiele pięknych, zabytkowych domów okaleczonych, zniszczonych, z oknami zabitymi deskami, popada w ruinę. Część z nich wystawiono do sprzedaży.

Dom z grobem w podwórku
Po niektórych nie widać zniszczeń, a też wystawione są na sprzedaż lub do wynajęcia. Niektórzy mieszkańcy wystraszyli się bowiem na dobre i przenieśli w inne, bezpieczniejsze miejsce w Stanach Zjednoczonych. Natomiast ludzie z innych stron kraju przyjeżdżają tutaj, kupują te domy i pieczołowicie je remontują, bo kochają Nowy Orlean i pragną tu zamieszkać na stałe mając nadzieję, że Nowy Orlean wyczerpał już limit nieszczęść na to stulecie.

Tu buduje się nowy dom
Świat się kręci nadal, życie toczy się każdego dnia i nie ma czasu na rozpacze i rozmyślania o  nieszczęściu. Ludzie odbudowują domy i starają się żyć normalnie. Tylko pamięć pozostała. Przy niektórych domach wiszą wstążeczki z datą, kiedy to się stało. Przy innych stoją w podwórku krzyże. Widziałam fotografię małego chłopczyka, który wówczas zginął, opartą o krzyż pod pięknym, rozłożystym drzewem w jego podwórku.

Ten się szczęśliwie zachował. Jaki piękny...
To są bardzo smutne sprawy. Któregoś dnia pójdę na cmentarz nowoorleański, bo to ważne miejsce dla tego miasta i jego społeczności, z którym należy się zapoznać. Nowy Orlean się dźwiga i otrząsa z nieszczęścia. Z dnia na dzień pięknieje, wraca do formy.

Uwielbiam oglądać takie domy, Zachwycam się tutejszą architekturą.
Ludzie są tu bardzo z sobą zżyci, identyfikują się nawzajem. Ja myślę, że bardziej, niż przeżyta tragedia, zbliża ich muzyka, ich jazz, taki wyjątkowy, nowoorleański, soulowy. Grają go na każdej ulicy, w wielu klubach i w zwykłych knajpkach w całym mieście. Jazz rozbrzmiewa w Nowym Orleanie od rana do rana, bez przerwy. Nowy Orlean żyje w rytmie jazzu.

Ten don ucierpiał znacznie, ale przywrócą go do życia.
Niektórzy przechodnie nie mogą spokojnie przejść w zasięgu muzyki i wykonują na chodniku kilka układów tanecznych, po czym idą dalej. Jazz słychać na skwerkach, w parkach, na lotnisku, w galeriach i muzeach. To miasto żyje w rytmie muzyki jazzowej tak, jak człowiek żyje w rytmie bicia swego serca.

Tutaj już kończą remont
Po ulicach jeżdżą zabytkowe tramwaje, jako zwykły transport publiczny. Jedna linia ma tramwaje czerwone, druga zielone. W składzie jest tylko jeden wagon. Nie ma w nim wentylacji. Z boków wagonu otwierane są okna na sposób angielski.Dolną połowę okna podnosi się do góry i spuszcza zawiaski, które je  podtrzymują. 
Legendy jazzu nowoorleańskiego (Muzeum Nowego Orleanu)
Cyrkulacja powietrza odbywa się przez te okna, przez które można wyglądać, obserwować ulice i robić zdjęcia. Ławki są drewniane w rzędach i po bokach. Jeśli się chce wysiąść, pociąga się za sznurek wiszący przy górnym drążku idącym  wzdłuż wagonu. Tramwaje jeżdżą wolno.

Tramwaj czerwony dojechał na French Market
Do tramwaju wchodzi się przednimi drzwiami. Za każdym razem, gdy tramwaj podjeżdża na przystanek te drzwi się otwierają i wysuwa się stopień, po którym wchodzi się do środka. Kierowca siedzi na kręconym stołku i gdy drzwi się otwierają, przekręca się wraz  z tym stołkiem w stronę wchodzących pasażerów, niezorientowanym wskazuje na automat, w który należy włożyć pieniążki. W wąską szparkę papierowego dolara, w mniejszą szparkę trzeba dorzucić jeszcze 25 centów.

Od Canal Street na St Charles jeżdżą tramwaje zielone.
Żaden bilet w zamian za to nie wyskoczy, nie ma na co czekać. Nie ma tutaj biletów jednorazowych. Jaka to oszczędność papieru i pieniędzy na druk! Kto wrzucił pieniążki, wchodzi do wewnątrz. Osobny otwór jest na bilety okresowe, które automat połyka, a potem oddaje, jak u nas w metrze.

Kierowca i maszyna kasująca
Bilet jednorazowy kosztuje 1,25 $, jednodniowy 3 $,  pięciodniowy 20 $, miesięczny, 31 dniowy 55 $. Przy takiej organizacji transportu, kontrolerzy biletów są zbędni, bo nikt tutaj bez zapłaty lub okazania biletu okresowego nie wejdzie do tramwaju. Następna oszczędność dla budżetu miasta i firmy. Po środku wagonu są drzwi z podnośnikiem na wózki inwalidzkie.Do tramwaju wsiada się prawą stroną, a nieraz lewą stroną, w zależności jak usytuowany jest przystanek. Przez tą lewą stronę, pomyliłam raz kierunki i pojechałam nie tam, gdzie chciałam.

Biuro Informacji Turystycznej na Charles Street
Kierowcy to zazwyczaj weseli ludzie, podśpiewujący sobie swobodnie przy kierownicy, głośno oznajmiający pasażerom, jaka teraz będzie mijana przecznica ulic. Nawiązują kontakt wzrokowy i słowny z pasażerami. Bardzo chętnie pomagają turystom przy automacie i w razie potrzeby tłumaczą cierpliwie, gdzie ma ktoś wysiąść lub przesiąść się do autobusu. Znają miasto i hotele. Wiedzą gdzie wysadzić klienta. Tramwaje jeżdżą po mieście całe dnie i noce, ponieważ Nowy Orlean żyje intensywnie całą dobę.

Wnętrze Biura Turystycznego
Turyści bez przerwy zasypują kierowcę pytaniami, czy aby tam dojadą? Czy to w tą stronę, czy muszą się przesiąść? A gdzie? A w co? Itp. ale kierowcy absolutnie nie wydają się być znużeni takimi pytaniami i każdemu cierpliwie tłumaczą gdzie, co i jak. To są takie wesołe, przyjazne dla ludzi tramwaje z odlotowymi motorniczymi, lubiącymi swoją robotę i ludzi.

W NO wszędzie informacje, mapki, tablice z nazwami ulic - tak lubię
Nowy Orlean jest głośny. W tramwajach i autobusach ludzie swobodnie i głośno z sobą rozmawiają. Nie tylko z osobami z którymi wspólnie jadą, lecz też ze współpasażerami i z kierowcami. Odnosi się wrażenie, że wszyscy w tym tramwaju się znają, jak jakaś zorganizowana wycieczka zżyta od kilku dni we wspólnej podróży. Jest wesoło. Nieraz ktoś rzuci frazę i wszyscy odśpiewają kawałek piosenki, po czym śmieją się do siebie.

Info o kursach statków po Mississippi, takich, jakie znamy z dawnych filmów
Nie wiem jakie piosenki Nowo Orleandczycy lubią najbardziej oprócz jazzowych, ale zauważyłam, że wszyscy znają słowa piosenek z kreskówek telewizyjnych i głównie te śpiewają wspólnie lub sobie pod nosem. 
Turyści w Nowym Orleanie
Znalazłam drugi hostel po przeciwnej stronie miasta. Do pierwszego jechało się tramwajem czerwonym, do tego drugiego jadę zielonym. Tramwaj czerwony jedzie cały czas prosto główną ulicą miasta Canal Street, obok French Market, aż do bulwaru Mississippi.

Często rowerzyści używają pas między torami na jazdę rowerem, ale to zabronione.
Tramwaj zielony wyjeżdża z bocznej  ulicy St. Charles Av. Na Canal St i zaraz za pierwszym  budynkiem zawraca, przecina końcówkę St Carandelet Ave, ponownie wjeżdża  na Charles St, po czym ciągnie prosto, aż do Carrollton nad brzegiem Mississippi River.

Statek wycieczkowy w starym stylu, pływa po Mississippi
Rzeka Mississippi wije się, jak szeroka błękitna wstążka, tworząc ogromne zakola i zatoki, w których rozgościło się miasto. Z każdej strony miasta można do niej dojechać. Street Charles wpasowało się w kształt rzeki i ciągnie się równolegle do niej, przez kilka dzielnic New Orleans.

Wstąpiłam na deser lodowy, a tu też grają jazz
French Quarter znajduje się na wybrzuszeniu Mississippi River i obejmuje wszystkie ulice w prostokącie, znajdujące się między Canal St, a Esplanade Ave oraz między Rampart St, a brzegiem rzeki Mississippi.

Market Cafe na French Quarter. Też grają.  Wśród muzyki życie jest weselsze.
Mój drugi hostel nosi nazwę „Marquette House New Orleans”. Jedzie się do niego Charles St i wysiada przy przecznicy z Jackson Ave. Wchodzę w Jackson i zaraz skręcam w lewo na St. Carandelet lub wysiadam przystanek dalej, wchodzę w St. Philip i skręcam w prawo. Łatwo trafić i jest bardzo blisko do przystanku tramwajowego, a jednocześnie cicho i spokojnie.

Stoję na patio swojego nowego hotelu. Naprzeciwko,w kolorze blue, to biuro
Zaraz za rogiem Jackson z Charles jest Mini Market. Chiński oczywiście. Wygoda, nie trzeba daleko dźwigać butelek i dużych baniaków z wodą, której tutaj zużywa się bardzo, bardzo dużo.

Mój pokój ostatni w tym ciągu, przy schodach na górny taras
Kilka dni trwał remont torów. Wówczas podstawiali autobus nr12, który remontowany odcinek drogi pokonywał, honorując opłaty dokonane w tramwaju. Wysiadając z tramwaju w miejscu remontu, zawsze  czekał już na pasażerów autobus nr,12. Wszyscy gromadnie się do niego przesiadali. Remont szczęśliwie zakończony i bez problemu dojeżdżam z centrum do hotelu.

Tu mieszkam. Kącik wypoczynkowy w pokoju.
Marquette House New Orleans to hostel mieszczący się w dwóch budynkach w zupełnie innym stylu, stojących naprzeciwko siebie po obu stronach ulicy St Carandelet, która jest pierwszą przecznicą od Jackson, równoległą do Charles St. Niewielki na pozór, blado niebieski budynek w nowoorleańskim stylu mieści biuro hotelu.Na pozór, ponieważ wszystkie te domy od ulicy wyglądają na małe, a potem okazuje się, że od strony podwórka są ogromne i rozłożyste.

Zajęłam dolne łóżko. Dmuchawa pracuje całą dobę, więc w pokoju chłodno.
Natomiast drugi budynek typowo noclegowy, hostelowy usytuowany jest po przeciwnej stronie ulicy. To spory, piętrowy, podłużny budynek z czerwonej cegły z filarami tworzącymi podcienie na całej jego długości. Na piętrze taras z charakterystycznym dla Nowego Orleanu żelaznym, ażurowym balkonem. Na dole i na górze wchodzi się bezpośrednio z zewnątrz do pomieszczeń. Pokoje wysokie, jak stodoła, przynajmniej na dole. Nie byłam na piętrze. Przed budynkiem mamy kawałek zielonego ogrodu z betonowymi stolikami i ławeczkami. Dużo tu ptaków. Można posiedzieć na świeżym powietrzu w cieniu drzew i pogadać z sąsiadami.

Szafa i część kuchenna, następne drzwi, to łazienka
W ogrodzie znajduje się do dyspozycji gości urządzenie do grilowania oraz automat z zimnymi napojami w puszkach. Właściciel hotelu Michael nie jest zbyt otwarty w kontaktach z klientami, co potwierdzili później również inni poznani tutaj turyści. To mnie trochę uspokoiło, ponieważ myślałam, że tylko w stosunku do mnie wykazywał pewne zobojętnienie. Wyczułam też lekką niechęć z jego strony, do poświęcenia cząstki swojego cennego czasu kobiecie słabo władającej jego językiem. Dotychczas nie miałam z tym problemu.
Obie z Paulą siedzimy wieczorem przy swoich laptopach.
Nad taką osobą jak ja, trzeba się bardziej pochylić, skupić uwagę, uruchomić mimikę, gesty, posiąść zdolność odczytywania manualnie przedstawianych obrazów. Nie każdy ma na to ochotę albo uważa, że zysk z wynajęcia takiej osobie pokoju, nie wart jest jego wysiłku intelektualnego. Dla Amerykanów to chyba cały świat ma obowiązek mówienia po angielsku.

Prawie każdy lokal ma stoliki na zewnątrz, w podcieniu
Ostatecznie doszliśmy z innymi turystami do wniosku, że Michael to w porządku facet, tylko ma po prostu taki sposób bycia i traktowania klientów. Mówi się do niego, a on odpowiada półgębkiem, odwraca się tyłem, kseruje sobie jakieś tam dokumenty pod ścianą, przenosi coś do drugiego pokoju, wraca, podnosi wzrok, jakby zdziwiony, że klient jeszcze tu stoi.

Uliczka, na której mieszkam. Boczna od Charles Street
I jak się tu z takim dogadać? Potargować? Wybrać najkorzystniejszą opcję? Ustalić jakieś warunki? nawet mówiący płynnie po angielsku mieli  kłopot z dotarciem do szefa, a co dopiero ja. Dla Michaela krótka piłka: pokój wieloosobowy 20 $ za dobę, bierzesz, albo nie, twój problem. Na tym zainteresowanie klientem się kończy. Bierzesz? To masz tu bety, klucz idź i pościel sobie łóżko. Nie bierzesz? Goodbye, bye, bye.

Ludzie tu jeszcze mają słynne krążowniki szos
Ile osobowy? Z łazienką w pokoju, obok pokoju czy na zewnątrz? Według płci czy koedukacyjny? Z normalnymi łóżkami czy z piętrowymi? Ze śniadaniem, czy bez? Kawa free czy nie ma wcale? Z dostępem do kuchni ogólnej czy pokojowej? Ma wentylację w suficie, czy stojącą? Jest dostęp do Internetu? darmowy czy płatny osobno? To nie są istotne sprawy dla Michaela.

Przyjechali filmowcy z Hollywood i kręcą tu film
Są może private pokoje, pytam? Są, odpowiada Michael, 60 $ za dobę i ponownie traci zainteresowanie tematem i moją osobą. Stoję, jak głupek i nie wiem, jak dotrzeć do tego faceta, żeby coś więcej z niego wydusić. Może by pokazał mi jakiś pokój? Zachęcił do skorzystania z oferty, przedstawił jakieś tańsze opcje ? 60 $ w życiu nie dam za nocleg. Kilku gwiazdkowe hotele mogą taką cenę proponować, ale hostele? to za drogo nawet na Amerykę.

W tym domu kręcone są sceny do filmu. Od ulicy wygląda na mały.
Jednak nie popuszczam, bo po kilku dniach pobytu mam już świadomość, że w Nowym Orleanie są tylko dwa hostele i wszystko jest drogie. To są Stany Zjednoczone Ameryki, a nie Ameryka Łacińska. W końcu Michael podnosi wzrok i mówi, że za 20$ ulokuje mnie we wspólnym pokoju dla kobiet, gdzie są tylko dwa piętrowe łóżka, a obecnie nie ma tam nikogo.

Reżyserzy przy pracy. Każdy ma swój monitor przed nosem.
Odetchnęłam z ulgą. Zdecydowałam się i zapłaciłam, ale szef wziął tylko 30 $. Za nocleg 20 $ i 10 $ w depozyt za klucze i inne rzeczy w pokoju. Chciałam pokój na dłużej. Michael powiedział, że na dłużej, to jutro pogadamy, mam tu przyjść o g.9.oo rano. Więc znowu niepewność.

Ten sam dom od strony podwórka okazuje się być dużym domem z ogrodem
Where is Mike?, pytam. Michael uśmiecha się pod nosem i mówi, że dzisiaj go nie ma. Uśmiecha się, bo wie, że z Mike,m, jego pracownikiem fizycznym, dogadywałam się o wiele łatwiej, gdy byłam tu pierwszy raz, aby zdobyć informacje o możliwości zakwaterowania. Dlatego, że Mike był zainteresowany rozmową i osobą.

Ekipa techniczna zajęła chodnik i pół jezdni. Turyści się gapią. Ja też.
Był gotowy poświęcić mi tyle  czasu, ile dokładnie potrzeba, aby zrozumieć o co mi chodzi i dlatego został naszym tłumaczem. Tłumaczył moje wypowiedzi z mojego angielskiego na angielski Michaela, a szemrane odpowiedzi Michaela przetłumaczał mi wolno i wyraźnie. I się rozumieliśmy. Wszystko zależy od nastawienia człowieka do drugiego człowieka i do sytuacji.

Amerykanie to wielcy patrioci. Kochają swój kraj, ale on ich też.
Mój pokój jest ostatni w ciągu tego długiego ceglanego budynku, po przeciwnej stronie ulicy od recepcji hotelu. Dla mnie to bezpieczniejsze, niż te pierwsze pokoje przy furtce od ulicy, która jest ciągle otwarta dzień i noc. Do pokoju wchodzi się bezpośrednio z ocienionego patio. Pokój jest świetny! Bardzo duży, przestronny, to znaczy nie zagracony i czysty. Ale nie dociera tu zasięg internetu. Jak nie urok, to przemarsz wojsk.

W takim automacie na ulicy, kupuje się rano świeże gazety.
Pokój posiada cztery okna, w tym jedno od sufitu do podłogi oraz wnękę na ubrania z wieszakami. Ma własną łazienkę i swój kącik kuchenny z wiszącymi szafkami, zlewem, lodówką, mikrofalówką, tosterem i expresem przelewowym do kawy. Jest duży okrągły stół i cztery krzesła oraz kącik wypoczynkowy z kanapą i stojącymi lampami. Dla mnie to pełen komfort.

 Oglądanie architektury Nowego Orleanu, to czysta przyjemność.
Można wygodnie siedzieć przy stole z laptopem i przy posiłkach. Żywność można kupić na zapas i trzymać w lodówce. Jest gdzie położyć  swoje rzeczy, żeby o nie się nikt nie przewracał i żeby nie mieszały się z rzeczami innych mieszkanek pokoju. Część można powiesić w szafie nie gmerając bez przerwy w walizce. Jest super.

Zabytkowe gmachy użyteczności publicznej też są śliczne
Oczywiście, szef nie przyprowadził mnie do pokoju, aby go wskazać i objaśnić co i gdzie w nim się znajduje, jak to bywało w innych hotelach. Wręczył mi klucz i wskazał ten budynek po drugiej stronie ulicy. Na kluczu było J F, to otworzyłam drzwi JF, a tam rozgardiasz i brodaty facet w łóżku. Wróciłam do Office. Mówię, że faceta nie zamawiałam, to chyba nie ten pokój. Tak? zdziwił się Michael. Zabrał klucz i dał mi  I F, ale i tym razem nie pofatygował się ze mną.

Nowoczesne budownictwo, też niczego sobie
Na szczęście tym razem pokój był właściwy. Zajęłam dolne łóżko i tylko częściowo się rozpakowałam, bo nie wiedziałam, czy Michael jutro rano wynajmie mi ten pokój na miesiąc, czy nie. Najpierw postanowiłam napić się kawy, bo umęczona już byłam strasznie, ale zorientowałam się, że brakuje jednego bagażu. Białej reklamówki, w której był mój mały czajniczek elektryczny otrzymany od Oliwii w Meksyku, kubek pamiątkowy z Kostaryki i jeszcze kilka innych podręcznych, niezbędnych drobiazgów.

Restauracje na St. Charles. Nawet stoliki na ulicy mają białe obrusy.
To było do przewidzenia. W India Hostel trudno odnaleźć swoje rzeczy wśród fury rozrzuconych ciuchów innych współlokatorek. Czasami trudno nawet odnaleźć współlokatorki wśród tych rozrzuconych bagaży, dopóki nie wydadzą głosu. One w ogóle nie dbają o porządek i bezpieczeństwo własnych rzeczy. Najczęściej ich nie ma i słusznie, bo przyjechały dla miasta, a nie dla hostelu. Gdy już są, to wpatrzone wiecznie w swoje komórki bez świadomości, co się wokół nich dzieje, albo śpią. Bajzel im w niczym nie przeszkadza.

Obraz. Ujęcie tematu zrobiło na m,nie pewne wrażenie.
Walizki pootwierane z wywleczonymi częściowo na zewnątrz ciuchami, na łóżkach porozrzucane jakieś części garderoby. Ja nie wiem, jak ludzie znajdują się w takim bałaganie, ja bym straciła całkowicie orientację życiową. Ale gdzie utknęła moja reklamówka? Wewnętrznie pogodziłam się już ze stratą, lecz zawsze należy próbować. To nic nie kosztuje, oprócz czasu.

Domy na St. Charles. Z lilijką,symbolem miasta.
Wzięłam prysznic, przebrałam się i wróciłam do India Hostel. W recepcji była ta czarna, szczupła, bardzo ładna dziewczyna, która na początku kontrolowała mnie, żądając okazania paszportu. Chyba z nią nic nie załatwię, jest bardzo rygorystyczna. Rozejrzałam się za facetem, który przyjmował mnie do hotelu, ale go nie było.

Zabawne wystawy na St. Charles. Wystraszyć się można.
W holu i na patio tłum kręcących się backpackersów, jedzących coś, pijących, polegujących lub siedzących na ławkach, na schodkach, przechodzących w ręcznikach do łazienek, ale wśród nich nie było Szymona, więc musiałam sama stawić czoła sytuacji.

Gmach cały opatulony żywą zielenią na St. Charles
Poprosiłam tą ładną, czarną recepcjonistkę, żeby poszła ze mną do room nr 3, skąd rano się wyprowadziłam, bo został tam jeden z moich bagaży. Wydawało mi się, że odmówi, bo tam są rzeczy innych turystek, których teraz nie ma w pokoju, ale nie. Wzięła zapasowy klucz i poszła ze mną.Ludzie potrafią człowieka zaskoczyć pozytywnie.

Zabytkowy nowoorleański statek. Tak wygląda z przodu.
Pokazałam które łóżko było moje i szukam tej reklamówki, ale nie było jej na, pod łóżkiem, ani obok. Trudno, przepadła, mówię. Wychodząc, spojrzałam w stronę lustra i zobaczyłam ją. Ktoś widocznie odłożył ją na bok. Jest! mówię, zaglądam i jest w niej wszystko. Ok.

Piękne okna i balkony nowoorleańskich domów
Podziękowałam bardzo, bo rzeczywiście dziewczyna miała prawo mi nie wierzyć i obawiać się, że mogę wziąć cudze rzeczy. W życiu różnie bywa i ludzie się różnie zachowują. Byłam zła, bo to przez tą ciasnotę w pokoju i wieczny bajzel nie można się swoich rzeczy doszukać! albo po prostu musiałam koniecznie na coś zrzucić winę za swoje niedopatrzenie.

Co rusz można przysiąść, aby posłuchać jazzu. On jest wszędzie wokół.
Tutaj każdy pilnuje zawzięcie jedynie swojego laptopa, aparatu fotograficznego, paszportu, karty bankomatowej i komórki a reszta, niech się dzieje, co chce. Zimny prysznic, świeże ciuchy i klubing na French Quater do białego rana, potem spanie do południa i kręcenie się po hotelu, pogaduszki z nowo poznanymi osobami, umawianie się na następny wieczór.

Old Boye na swoich błyszczących harleyach zawitali do New Orleans
Wróciłam do swojego hotelu. Internet w pokoju się nie otwierał, więc pierwszego dnia dałam sobie spokój. Następnego dnia zgłosiłam się na 9.oo rano do Michaela, jak sobie życzył, żeby dokonać formalności w sprawie wynajmu tego pokoju na miesiąc, ale on powiedział, że załatwimy to w dwóch turach. Mają tu jakiś problem w przyjmowaniu turystów na dłuższy okres.

Biuro Michaela, Maquette House New Orleans
Teraz zapłacę za dwa tygodnie, a potem, ostatniego dnia, znowu za dwa tygodnie. Nie rozumiem, w czym rzecz, ale muszę na to pójść, bo nie mam wyjścia. Przy płaceniu Michael oznajmił z tą swoją niewzruszona miną, że zastosował dla mnie zniżkę i zapłacę o 20% mniej. No i bądź tu mądry człowieku w ocenie innych ludzi! Ten boss Michael,to super facet! Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła. Przy wielu noclegach to duża oszczędność.

Z Szymonem na kolacji na Frech Quater
Za bardzo nie należy się jednak z niczego cieszyć, bo zaraz można być sprowadzonym na ziemię przez inne nieszczęście. Poszłam z laptopem na patio, żeby przed wyjściem do miasta odebrać zaległą pocztę i przerzucić zdjęcia z karty do foldera. Laptop otworzył się, po czym zgasł nagle, niespodziewanie i całkowicie. Wszystko zniknęło. Ekran zrobił się cały czarny.

Czerwone sukienki dostają zimne napoje, żeby nie zemdlały w upale
Światełka z przodu wskazywały, że laptop jest otwarty, bateria w pełni naładowana, ale ekran pozostawał niewzruszony. Żadne klikania na niego nie działały. Nie dał się również wyłączyć. Pomyślałam, że Michael nie jest akurat tym człowiekiem, którego można poprosić o pomoc, więc do Office nie poszłam.

Cały French Quarter mieni się czerwienią
Zaczepiłam w patio turystę schodzącego z góry, młodego człowieka, wychodząc z założenia, że młodzi ludzie mają perfekt opanowaną sztukę postępowania z komputerami w każdej nieprzewidzianej sytuacji, ale okazało się, że niekoniecznie w Ameryce Północnej. Nie potrafił.

Panom bardzo do twarzy w czerwonym kolorze, a jakie dekolty!
Za chwilę z góry schodził asystent Michaela, Tiena. Tak mi go przedstawił pierwszego dnia szef, ale nie jestem pewna czy prawidłowo piszę to imię. Tiena sprawił na mnie trochę dziwne wrażenie, ale pierwsze wrażenia bywają mylące, więc zwróciłam się do niego o pomoc. I tak oboje, w sposób zupełnie nieprofesjonalny zaczęliśmy walkę o uruchomienie i odzyskanie danych w moim  laptopie.

Ten kawaler przybył z Rzymu? cóż to,wstydzimy się sukieneczki?
Poszły w ruch śrubokręty, noże, nożyczki od paznokci i inne blaszki, ale laptop nie dawał się rozkręcić i rozłożyć na części. Przeszliśmy do biura Michaela po inne narzędzia. Michael z lekką ciekawością spoglądał na nasze poczynania i moje błagania: laptopie otwórz się!, ale z pomocą nie przyszedł, co było do przewidzenia, więc nie rozczarowało. Może rzeczywiście komputery nie znajdują się w kręgu jego zainteresowań osobistych? Tiena dzielnie walczył.

W oczach migają mi czerwone iskierki. Gdzie nie spojrzeć, czerwono.
Przy zastosowaniu próby siłowej Tieny na moim laptopie, wpadłam w popłoch. Powkręcałam szybko wszystkie śrubki na powrót we właściwe miejsca i postanowiłam iść z nim do serwisu. Jeszcze raz go włączyłam. Ooooo! Coś się wreszcie na ekranie ukazało i dało znać, że spróbuje odzyskać dane. Głębokie westchnienie ulgi. Podziękowałam Tienie, bo w końcu chciał jak najlepiej i jako jedyny okazał zainteresowanie moim problemem.

Niektórzy sławni perkusiści też zaczynali od wiaderek.
W poczcie mailowej znalazłam e-mail od Szymona, który umawiał się ze mną poprzedniego wieczora na kolację, a potem na jazz do klubów na Frenchmen. Ten wieczór jednak już minął i się nie powtórzy, a dzień w którym przeczytałam wiadomość był ostatnim dniem Szymona w Nowym Orleanie. Następnego dnia wracał do Waszyngtonu.

Czerwona Frenchman Street
Napisałam, że miałam problem z laptopem i dopiero teraz odczytałam wiadomość. Jeżeli zaproszenie nadal aktualne, to możemy tego wieczoru iść na kolację i podałam nazwę swojego nowego hotelu. Szymon chciał mi zadać kilka dodatkowych pytań, bo postanowił napisać artykuł o mojej podróży, do niemieckiej gazety.
Czerwoni rozeszli się po całym mieście i bawili się do rana. Starsi też.
(Mnóstwo ludzi w czerwonych sukienkach na ulicach Nowego Orleanu, to nie to, co myślicie :) To nie manifestacja, ani demonstracja, lecz pokojowa parada czerwonych sukienek na rzecz chorych i nieszczęśliwych ludzi i na rzecz szpitali. Ludzie skrzyknęli się przez internet i przemaszerowali przez Nowy Orlean dla chorych).
W drodze na kolację
Szymon powiedział, że przyjedzie wieczorem po mnie, mam czekać w swoim hotelu. A wiesz, gdzie on jest? zapytałam jeszcze. Mam GPS, odpowiedział. No tak, przecież młodzi ludzie posługują się elektroniką w każdej sytuacji życiowej.Gdy szukałam marketu Wolmart i o drogę zapytałam na ulicy młodego tutejszego człowieka spacerującego z psem, najpierw przywiązał psa do płotu, potem zdjął z uszu słuchawki z muzyką, następnie włączył GPS,odnalazł obiekt i ulicę i odpowiedział na moje pytanie. Rany! ile to czasu zajmuje!

Zabrakło dolarków na piwko?
Pojechaliśmy z Szymonem na French Quarter oczywiście, bo tu bije serce Nowego Orleanu, tu słucha się jazzu o każdej porze dnia i nocy, tu przetaczają się tabuny ludzi chłonących atmosferę tego wyjątkowego miasta, tu się czuje inny, wyjątkowy świat i toczy się tu zupełnie inne życie. 
Jazzowanie w Nowym Orleanie. Po fryzurach widać w jakich latach to było.
Na French Quarter czuję, jakbym  przeniosła się w inny wymiar wszechświata. French Quarter nie za
sypia nigdy. Po Frenchman Street spacerują ludzie różnych ras i narodowości. Restauracje, bary, małe knajpki i kluby jazzowe zapełniają się ludźmi młodymi i starymi, turystami i miejscowymi. 
Tak się kiedyś słuchało jazzu (Muzeum Nowego Orleanu)
Miejscowi mają swoje ulubione bary i muzyków. Mają też do dyspozycji stoliki z szachami, stojące w cieniu drzew. Siada człowiek i czeka. Po jakimś czasie podchodzi inny mający ochotę rozegrać partyjkę, przysiada się i grają. Potrafią siedzieć tam godzinami, nawet w nocy. Całą noc jest ciepło, muzyka i kolorowi ludzie wokół,drinki pod ręką. Czego więcej potrzeba?
Kawiarenki na ulicach
Turyści bez przerwy się przemieszczają, od knajpki do knajpki, od klubu do klubu, które są usytuowane obok siebie wzdłuż całej ulicy i w bocznych ulicach również. Nawet w podwórkach. Wszędzie grają i śpiewają. Słychać różne odmiany jazzu, jazz tradycyjny, soul, a w niektórych nawet grają country  w typowo amerykańskim stylu z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

Domki nowoorleańskie
Najpierw poszliśmy z Simonem na kolację. Zamówiłam sobie kaczkę, ciekawa, jak ją tutaj w NO przyrządzają i z jakimi dodatkami. Natychmiast przypomniałam sobie podróż z Pawłem ze Sri Lanki do Bangkoku i pierwszą kolację w tym mieście, które również nie zasypia nigdy i chociaż nie grają tam tak pięknie, jak w New Orleans, rozrywek  innego rodzaju w Bangkoku  jest co nie miara. W Sri Lance z jedzeniem było cienko, rice and chicken lub chicken and rice, oto cały wybór.
Klubowe granie w Nowym Orleanie
Paweł spragniony był odmiany. Co byś zjadł, Paweł, pytam, a Paweł takim rozmarzonym wzrokiem powiódł wokół i mówi, ja to bym bardzo chciał zjeść kaczkę. Od dawna marzę o kaczce. Okazuje się, że młodzi mężczyźni miewają czasami zaskakujące marzenia.

Zamówiłam sobie kaczkę
Gdy dostaliśmy menu, natychmiast tej kaczki szukaliśmy i była! Kaczka po tajsku. Teraz zjadłam kaczkę po nowoorleańsku lub może po kreolsku? bo to była restauracja z kreolską kuchnią. 
Kreolskie danie Szymona. Trudno mi powiedzieć, co to jest.
Palce lizać! Szymon marzeń o kaczce musiał być zupełnie pozbawiony, bo zamówił sobie zupełnie inne kreolskie danie. Po kolacji przeszliśmy do klubów.

Dawne granie w Nowym Orleanie
W klubach jazzowych nieopisany hałas. Ludzie siedzą na wysokich stołkach przy barze, tyłem do barmana i piją drinki. Barman ogląda przed sobą tylko plecy i tył głowy klientów. 
Jesteśmy w głośnym Klubie Jazzowym
Różne kolory i długości włosów i różną ich strukturę. Czasami jedynie błyszczącą powierzchnię włosów już pozbawioną. Kolorowe ciała, kolorowe stroje, kolorowe drinki. Inni ludzie, ze szklankami, kieliszkami lub butelkami piwa w ręku, stoją grupkami, rozproszeni po całej sali pozbawionej stolików i wszyscy  rozmawiają jednocześnie. 
Tylko my tu słuchamy jazzu, ja i Szymon, ale jest super!
Przekrzykują się nawzajem, bo w tym ogólnym rwetesie nie słychać nawet, co się mówi sąsiadowi w samo ucho. A orkiestra gra.

Muzeum, w którym odbywają się koncerty jazzowe. Za darmo.
Byłam zaskoczona taką sytuacją. Przyszliśmy tu posłuchać jazzu, a nie jazgotania ludzkiego. Szymon mówi, że w klubach tak to się właśnie odbywa. Widocznie jestem staroświecka. Ciągle zdobywam nowe doświadczenia życiowe. Na szczęście znajdowaliśmy się tuż przy zespole, słyszeliśmy granie i jako jedyni poświęcaliśmy uwagę muzykom i granym utworom, ale długo się tam nie dało wytrzymać. Zmieniliśmy lokal.

Biały fortepian Steinway and Sons, Nowy York-Hamburg. Dawne czasy.
Poprzedniego dnia odwiedziłam Louisiana State Museum – The Old United State Mint. Wejście było za darmo, co mnie mile zaskoczyło. Obejrzałam z ogromną ciekawością stare fotografie z Nowego Orleanu i z innych miejsc w Stanie Luizjana oraz portrety dawnych muzyków jazzowych i pieśniarek. Tu rodził się jazz.

Trąbka Louisa Armstronga
Wystawiono na pokaz instrumenty muzyczne, na których grali słynni muzycy jazzowi w latach przedwojennych i potem. Biały fortepian, saksofon, banjo. Louis Armstrong pochodził z Luizjany, z bardzo biednej rodziny. Nie był grzecznym, dobrze wychowanym chłopczykiem, ale odkryto w nim talent. Talent wyjątkowy, który odmienił jego życie całkowicie i na zawsze.

Notka o Luisie Armstrongu w Muzeum
Louis Armstrong od zawsze był moim idolem w tym gatunku muzyki, podobnie jak Elvis Presley w innym. Wiem, że w Nowym Yorku jest muzeum całkowicie jemu poświęcone, ale tutaj też została cząstka muzyka, przy której można kontemplować nad nieprzewidywalnym losem, pełnym zbiegów okoliczności życiem i siłą oddziaływania muzyki na zmysły i odczucia ludzkie.Czasem mająca taką siłę, aby zmienić ludzkie życie.

Jazz w Muzeum w New Orleans
W Muzeum The Old United State Mind pokazano stare zdjęcia, plakaty i inne osobiste rzeczy związane z muzykami, Luizjaną i Nowym Orleanem. Takie rzeczy, to ja bym bez końca mogła oglądać i czytać o historii tych miejsc, historii tych ludzi i tej muzyki, ale na monitorze w holu ukazała się właśnie informacja, że za chwilę odbędzie się w sali na górze, koncert jazzowy!

To ja na koncercie jazzowym w Muzeum The Old United State Mind
Znowu miałam farta! Słuchałam jazzu nie w głośnym klubie czy barze, ale w cichym, spokojnym przybytku kultury. Tak lubię. Było pięknie i nastrojowo. Grali najbardziej przeze mnie ulubioną odmianę jazzu. Ludzie właściwie reagowali. Wspaniale, że trafiłam w to miejsce we właściwym czasie. Dla mnie słuchanie jazzu, to przeżycie.

Tramwaje jeżdżą całą noc
Miałabym ochotę powiedzieć wówczas tamtym ludziom w klubie, że coś im się pomyliło, bo jazz, to nie to samo, co jazz-gotanie. To dwie odrębne czynności. Ale skoro Szymon mówi, że tak właśnie w klubach się słucha jazzu, to oni i tak by nie zrozumieli o co mi chodzi. Każde pokolenie ma swój własny sposób słuchania i reagowania na muzykę i sztukę. Jak i na życie.

Tifany z Paulą i chłopkami na klubowaniu
Do mojego pokoju wprowadziła się Tiffany, młoda dziewczyna z Nowego Yorku. Zauważyłam, że sporo młodych Amerykanów (starych również) wpada na kilka dni do Nowego Orleanu, pooddychać tą wyjątkową atmosferą i zabawić się w sposób inny, niż mogą zrobić to w swoich stanach i miastach. Amerykanie mają tak ogromny i piękny kraj, że zanim zwiedzą tu wszystkie atrakcje, to życie im upłynie i za granicę nie zdążą wyjechać.

Tifany i Paula świetnie się bawią w nowoorleańską noc
Tiffany jest bardzo sympatyczną, aczkolwiek żywiołową dziewczyną. Wpadła, pościeliła sobie łóżko, rzuciła w kąt plecak  i wypadła z pokoju na całą noc. Młodzi nie marnują tu czasu i niewiele go przeznaczają na sen. Z pewnością przyjemnie spędziła czas z innymi młodymi ludźmi na French Quarter, bo rano wróciła bardzo zadowolona i radosna. Spała dosłownie chwilę i znowu w New Orleans. Słusznie. W tym wieku sen, to strata czasu. Odpoczną na emeryturze.
Te tablice na ulicach Nowego Orleanu bardzo ułatwiają zwiedzanie
Tiffany autentycznie zainteresowała się moimi blogami i prosiła o link. W pośpiechu nie zdążyłam jej dać,chociaż się przypominała. Ostatniej nocy, gdy była na French Quarter z Paulą i chłopakami, położyłam jej na łóżku swoją wizytówkę z linkami blogowymi, bo wiedziałam, że nim się obudzę, jej już nie będzie. Następnego dnia wróciła tu rowerem, żeby mi podziękować. Podejrzewam, że ulokowała się w India House, bo tutaj było dla niej zbyt spokojnie. Bardzo miła i pełna życia dziewczyna.
Paulina z Polski i Tiffany z Nowego Yorku
Fajni są Ci młodzi ludzie i ładnie się bawią. Są dla wszystkich mili, cały czas mają dobry humor i nic ich nie drażni, ani im nie przeszkadza. Lubię towarzystwo takich pogodnych ludzi. Tego samego wieczora przyjechała Debora. Wróciłam późno do pokoju, patrzę, a na stole stoi mały czarny plecak i leżą sportowe buty na seledynowych podeszwach związane seledynowymi  sznurowadłami. Buty na stole? Na kanapie leżała duża, czarna kobieta. To była Debora z Georgii.
Trąbka Louisa Armstronga wkomponowana w obraz
Przełożyłam jej buty ze stołu na krzesło i mówię, dlaczego tak? Ona na to, że na piętrowe łóżko nie wejdzie, bo ono się załamie. Jest tu tylko na jedną noc, więc nie ma problemu, wyśpi się na kanapie.Ludzie bezproblemowo potrafią tu godzić się z sytuacją. Mało co ich irytuje.
Drzewo genealogiczne muzyków jazzowych
Dwa dolne łóżka były już zajęte przeze mnie i przez Tifanny. Byłam gotowa na tą jedną noc odstąpić jej swoje łóżko i ze swoją pościelą przenieść się na górę, ale Debora się na to nie zgodziła. Ok, Sofia, jest ok. mówi. Ja tylko jedną noc. Pisałam na laptopie, a Debora co chwilę zapadała w drzemkę, Budziła się, Sofia? pytała, yes ok, po czym znowu zapadała w drzemkę.

Wieczorami pada, ale niezbyt długo i cały czas jest parno i gorąco
Bladym świtem Debora zniknęła bezszelestnie z pokoju ze swoim czarnym plecakiem i seledynowymi butami powiązanymi sznurowadłami, a do pokoju wprowadziła się drobna  blondynka. 
Kilka słów o Muzeum Nowego Orleanu
Blondynka mi się przedstawiła, Paula, from Poland, na co odpowiedziałam, Sofia, from Poland i obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Ucieszyłam się. Wreszcie miałam z kim porozmawiać trochę po polsku.

W bocznych uliczkach NO jest nocą zupełnie spokojnie
Paulina pochodzi spod Krakowa i podróżuje z trzema chłopakami. Z Polakiem Dawidem oraz z Marianem i Romanem z Ukrainy, ze Lwowa. Oni wszyscy przyjechali do Ameryki do pracy w ramach wakacyjnej wymiany studenckiej i podczas tej pracy się poznali. Mają takie specjalne wizy na tę okoliczność, niestety dosyć krótkie terminowo.
Roman konsumuje u nas śniadanko i wybiera atrakcje do zwiedzania w NO
Ale jeszcze dwa tygodnie zostało im do własnej dyspozycji, więc zwiedzają Amerykę. Mówią, że tam gdzie pracowali na nic nie było czasu i dopiero teraz chcą pozwiedzać różne ciekawe miejsca. Chłopaki zostali ulokowani w sąsiednim, męskim pokoju.
Na całym świecie ludzie wierzą w przepowiednie. To im daje nadzieję.
Dwa dni przeznaczyli na Nowy Orlean, potem Las Vegas 5 dni i jeszcze może coś po drodze. Paulina bardzo lubi jazz. Sama gra na flecie i dorabia  dawaniem lekcji na tym specyficznym instrumencie. Wiozła go tu z sobą. Widocznie w wolnych chwilach grywała na campie, gdzie mieszkali z innymi studentami.

Nocą na French Market, czyli targowisku różności
Dawid leczył się od uzależnień alkoholowo-narkotykowych dlatego dopiero niedawno podjął studia. Bardzo związany jest ze społecznością wychodzącą z uzależnień, aktywnie się udziela i nawet tutaj w Ameryce spotykał się z tutejszymi leczącymi się grupami ludzi. Dostał na pamiątkę pięknie wydaną książkę o tych problemach z dedykacjami  tutejszych kolegów.

Dawid, to bardzo kontaktowy chłopak. Zainteresowanie wzbudził jego tatuaż
Dawid jest bardzo otwarty na świat i ludzi, wierzy że właściwie ułoży sobie życie i nigdy nie wejdzie już na złą drogę. Ma radykalne poglądy na to, co dzieje się w Polsce, popiera i głosuje na partię Korwina-Mikke. Uważa, że wraz z tymi ludźmi jest w stanie zmienić świat, a przede wszystkim sytuację w Polsce.


W New Orleans są też w modzie kawiarnie balkonowe
Roman i Marian to bardzo młodzi chłopcy, bardzo dobrze wychowani, grzeczni i uczynni, ale niemal dzieciaki jeszcze. Mają po 18 lat i zaczynają dopiero swoją edukację oraz samodzielne życie. Idzie im dobrze.

Chłopaki: Dawid z Polski, Marian i Roman ze Lwowa
W klubach jazzowych w Nowym Orleanie trzeba przy wejściu okazywać dowód tożsamości świadczący o tym, że się jest pełnoletnim. Cała trójka proszona była o pokazanie swoich dowodów osobistych.Nie chcieli pokazywać paszportów, tylko dowody osobiste.
Paula zachwyciła się solistką i nakręciła filmik w tym klubie
Mnie niestety, nikt o taki dowód już nie prosił. Mogłam wchodzić wszędzie i o każdej porze. Wszyscy ci młodzi ludzie znają dobrze język angielski i świetnie sobie radzą w każdej sytuacji. Roman ma świetnie opanowaną informatykę i obsługę różnego nowoczesnego sprzętu. Całą podróż, bilety i hotele Roman załatwia przez Internet.

W innym klubie jazzowym w Nowym Orleanie
Cieszę się, że ich poznałam. Chłopaki (tak o nich z Paulą mówiłyśmy) zaraz pierwszego wieczoru zaproponowali, abym z nimi poszła do French Quarter, potem okazało się, że byli tak potwornie zmęczeni, że ledwo wytrzymywali tempo narzucone przez Paulę w przemieszczaniu się po poszczególnych klubach jazzowych.

Marian i Roman w swoich ukraińskich koszulkach w New Orleans
Paula była w swoim żywiole, ja również. To była niedziela i grali dosłownie wszędzie oraz śpiewały solistki jazzowe. Paula nagrywała występy aparatem fotograficznym, dopóki jej się bateria nie skończyła. 
To ja. Zimne piwko i jazz komponują się smacznie
Nie miała z sobą ładowarki. Następnego dnia pożyczyłam jej swojego Nikona. Młodsza, to nie odczuwała jego ciężaru przez wiele godzin imprezowania. Obie sobie te zdjęcia przegrałyśmy potem na swoje laptopy i nagrania również.


Paula z Romanem w naszym pokoju
Chłopaki musieli wytrzymać, ponieważ postanowiliśmy zaraz na początku, że nie będziemy się rozłączać i razem wrócimy w nocy do hotelu. Wróciliśmy nad ranem. 
Nie tylko po klubach jazzowych się chodziło. Paula przed teatrem
Rano nie można było chłopaków dobudzić, a był to ostatni dzień ich pobytu w Nowym Orleanie. Paula wyciągała ich do miasta, ale musiała trochę poczekać. Ja już spasowałam, bo musiałam kilka spraw przez Internet załatwić, więc zostałam w hotelu.

W parkach też grają jazz
Z Internetem ciągle problem, bo nie odbiera w pokoju tylko na początku patio, a nie ma tam kontaktu na zewnątrz budynku. Bateria szybko się wyczerpuje i komputer się zawiesza. Wieczorem z kolei, tną komary.

W każdym klubie jest dobre granie
Poszłam do supersamu Wolmart, bo zapasy jedzenia mi się skończyły, a tu w pobliżu jest tylko Mini-Market Chińczyka, w którym wybór artykułów spożywczych jest ograniczony. Tylko wodę od niego przynoszę, bo woda ciężka, a Chińczyk przy hotelu blisko. Po powrocie chciałam trochę popisać do bloga (piszę w każdej wolnej chwili), bo wiele zaległości mi się zrobiło. Wyszukiwanie zdjęć zabiera bardzo dużo czasu. Chyba robię ich za dużo.

New Orleans jazzuje
Moja koleżanka Janeczka napisała do mnie, że prawdopodobnie jej się coś w komputerze przestawiło, bo od czasu mojego wyjazdu z Panamy, nie może znaleźć następnych postów. Jakie i ile ich było? Nie było, Janeczko! Nie mam kiedy pisać, tak szybko czas biegnie w Nowym Orleanie i wypełniony jest po brzegi.

Paula i ja
Kontakty ze spotkanymi ludźmi są ważne i bardzo dla mnie przyjemne, więc nie potrafię sobie odmówić tej przyjemności wspólnych wypadów do miasta i rozmów tu, w hotelu przy piwku. (chłopaki ze Lwowa nie pili nawet piwa, tacy przyzwoici młodzieńcy) Teraz wszyscy wyjechali i znowu jestem w pokoju sama, więc piszę.

Dawid zawsze wybiera do zdjęcia atrakcyjne tło
Marian z Davidem pojechali zwiedzać narodowe parki amerykańskie, a Paula z Romanem do Las Vegas, bo takie mieli marzenie. Potem chcą jeszcze pojechać do Kalifornii. Miło obcować z ludźmi mającymi konkretne plany na życie, którzy własną pracą zdobywają pieniądze na realizację swoich marzeń już we wczesnej młodości i konsekwentnie realizują własne plany.

Roman z Ukrainy
Z Romanem porozmawiałam o sytuacji na Ukrainie i nie jest tam nikomu do śmiechu. W podsumowaniu Roman powiedział, że nie wini nawet Putina za zaistniałą sytuację, bo uważa, że problem leży w samej Ukrainie i ona sama powinna dojść z sobą do ładu. Młodzi ludzie nie chcą przyłączyć się do Unii Europejskiej i nie chcą przyłączyć się do Rosji. Chcą odrębności. Teraz, w XXI w, to jest chyba niemożliwe? Z kimś w unii trzeba być, żeby istnieć w tym świecie XXI wieku. Tak myślę.
Ostatniego wieczoru w Nowym Orleanie Paula i chłopaki świetnie się bawili

Znowu zostałam sama, kończę więc imprezowanie, a zaczynam zwiedzanie Nowego Orleanu z  mapką w ręku.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz