Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 13 maja 2014

Granica Sixaola

Gotowa do dalszej drogi - Cocles Costa Rica
Minibus przyjechał pod moją chatę wyjątkowo punktualnie, a nawet przed czasem. Przywykłam już do swobodnego traktowania czasu w krajach Ameryki Łacińskiej, a tu taka niespodzianka. O 7.30 Johnny wtoczył się busikiem po kamienistej drodze w górę Margarita Road i stanął przed bramą, gdzie byliśmy umówieni.
W kolejce do office imigracion- Sixaola, Costa Rica
Dobrze, że jestem zawsze gotowa przed czasem, bo w innym przypadku nie zdążyłabym się pożegnać z Berto i oddać kluczy od domu mężowi Danishe. Mimo, że była dopiero 7.15 rano, Danishe była już w pracy, w restauracji. Może z tego względu, że to sobota. W weekendy jest mnóstwo gości w Puerto Viejo. 
Pepe panuje nad sytuacją - Sixaola

Gdy oddawałam klucze, Danishe zadzwoniła na komórkę do męża,który podał mi telefon i miałam możliwość osobiście podziękować Danishe za pobyt w jej chacie i za wszystkie uprzejmości, jakie mi wyświadczała podczas mojego pobytu w Cocles. 
Turystki wchodzące do Costa Rica
Bardzo się cieszę, że trafiam w swojej podróży na takich miłych ludzi, których długo będę z przyjemnością wspominała. A przecież z doświadczenia wiem, że nie zawsze tak musi być. Tym bardziej cenię sobie takie znajomości. Żegnaj śliczne Cocles, żegnaj piękna, zielona i ekologiczna Costa Rica!
Wejście na most do Panamy
Berto stał ze mną na drodze gdy przyjechał  busik, pomógł załadować bagaże i  pokiwał mi na pożegnanie. W busiku siedziała jedna para młodych Francuzów, ale po zjeździe na dół do szosy, podjeżdżaliśmy do innych hoteli, hosteli i kwater prywatnych, przed którymi czekali już turyści z bagażami, aby ich zabrać do Sixaoli.
Przejście graniczne dla pieszych w Sixaola, Costa Rica
Zabraliśmy nawet dwie dziewczyny z hotelu od Dorin w Puerto Vieja, gdzie przez tydzień mieszkałam. Busik miał komplet pasażerów, jeden z nich musiał się dosiąść do kierowcy, bo już nie było gdzie go wcisnąć. Minibusy w tutejszych krajach są bardzo niskie i mają małe siedzenia, bo tutaj żyją mali ludzie!
Tak to wygląda
Jak się tacy wysocy i dobrze zbudowani Europejczycy i Amerykanie z USA doładują, to naprawdę siedzimy wszyscy, jak sardynki w puszce, a niektórzy dodatkowo mają głowę wbitą w wyściółkę sufitu. Dosiedli się Amerykanie z Kolorado, Niemcy, Słowenka i Holendrzy. Polaków żadnych, oprócz mnie nie było. A szkoda.
Miejscowi już przywykli
Liczyłam po cichu, że może spotkam na trasie Polaków, znających angielski lub hiszpański, to by mi na granicy pomogli się dogadać i wypełnić papiery. Ale niestety, nikogo z Polski nie było. Już w minibusie rozdali nam druki do wypełnienia i poszło mi nieźle. Tylko w jednym punkcie pomógł mi Holender.
Turyści też sobie jakoś radzą
Johnny rozdał nam niebieskie przepaski na przeguby dłoni, żebyśmy byli oznakowani i nie pogubili mu się po drodze przy tych wszystkich przesiadkach. Od tej pory było mi łatwo znaleźć swoją grupę minibusową, gdy znowu na coś się zagapiłam lub zboczyłam z drogi, żeby zrobić zdjęcie. 
Zejście z mostu w Guabito - Panama

Gdy wysiedliśmy z minibusu w Sixaola i kierowca ze swoim pomocnikiem Mario wyładowywali z dachu pojazdu nasze bagaże, Johnny powiedział, abym się nie martwiła swoją walizką, bo jak obiecał, przeniesie ją za most jego pomocnik, a ja mam sobie spokojnie iść z mohilą i załatwiać formalności. Tak też zrobiłam.
Panama wita nas
Miałam tylko swój żółty plecak i mały plecaczek z dokumentami przed sobą. Mogłam więc całą drogę przez most robić zdjęcia. Już nie przypominałam Johnemu, że tak naprawdę, to obiecał, że innym mostem przejdę z bagażem, a nie, że jego kumpel mi go przeniesie. Ważne. że pamiętał, iż ma mi pomóc.
Most od strony Guabito. Z prawej most dla samochodów.
Nawet lepiej, że tak się stało, bo miałam wielką ochotę przejść tym kultowym mostem, którego już niebawem nie będzie. Zostanie jedynie w pamięci ludzi, na zdjęciach i może w jakiejś piosence dla potomnych. Po obu stronach granicy budują już bowiem nowoczesne przejście graniczne.
Panamski Posterunek Policji w Guabito
Pamiętałam o dopilnowaniu, aby urzędnik wbił mi w paszport datę opuszczenia Kostaryki. Opłatę 9 $ US, rzeczywiście trzeba było zapłacić kartą. Ciekawe dlaczego? Czy w ten sposób sprawdzają, czy jesteśmy wypłacalni? czy mamy karty bankomatowe?  
Przed Ofice Imigracion w Guabito - Panama
Nie wiem dlaczego nie mogę zapłacić gotówką, dolarami amerykańskimi. Faktem jest, że nie sprawdzali już czy mamy po minimum 500 $, co było jednym z warunków, jakie powinien spełniać turysta przekraczając granicę do Panamy.
Ponowny załadunek bagaży w Guabito. Mój już na górze.
Podchodzi się do takiego urządzenia przypominającego bankomat, wkłada  kartę, naciska odpowiednie guziki i wychodzi pokwitowanie, że uiściliśmy 9 $ opłaty. Pieniądze oczywiście nie wychodzą, tylko kwit, który oddaje się urzędnikowi w okienku.  Johnny pomógł mi przy tej maszynie. Był naprawdę men ok, zawsze w pobliżu, żeby pomóc w razie czego.
Strefa bezcłowa
Zostawiłam sobie oczywiście odpowiednią ilość colonów, aby chłopakom zapłacić za pomoc. Gdy komuś zostało więcej waluty kostarykańskiej, stał tam z boku taki  ruchomy kantor rodzaju męskiego i ludzie u niego wymieniali na dolary, ale trzeba uważać, bo korzystając z pośpiechu i nerwowej atmosfery przy office imigracion, żywe bankomaty oszukują. 
W kolejce do odprawy.Najbardziej nerwowy moment.
Trzymałam w ręku 2000 colonów dla Johnego, paszport, papiery, długopis, więc cała byłam zaaferowana i miałam ręce zajęte, a ten kantor już mi daje dolary i chce brać te 2000. Co jest? pytam, co mi tu dajesz? 2 $ ! słownie dwa dolary chciał mi dać! gdy 1 $ wart jest 500 colonów! 
I ja, jako ostatnia, ale pełna optymizmu, jak widać.
Miał zamiar dać mi połowę tego, co powinien, ale ja nie na sprzedaż je mam, mówię. Nawet gdybym miała je sprzedać koleś , to po takiej cenie? Never! wolałabym rozdać tym ludziom co zostają za szlabanem i roześmiałam się. Trzeba tam naprawdę mieć oczy naokoło głowy.
Jedziemy do Almirante, Panama

Z drugiej portmanetki, wszystkie drobne wysypałam na dłoń Mario, żeby jemu też w jakiś sposób podziękować. Myślę, że w przeliczeniu było tam jakieś 2,50 dolara. Monety kostarykańskie o nominałach 100, 50 i 25 CCR są bardzo duże i ciężkie, jak ołów. Musiałam je nosić w osobnej portmanetce, zasuwanej na zamek błyskawiczny, bo inaczej  wysypywały się i na dodatek niszczyły portfel.
Mijamy lasy

Samo przejście przez ten zdewastowany most było nie lada gimnastyką, również dla młodszych ode mnie turystów. Ale również ciekawym przeżyciem. Trzeba było bardzo uważać na wyrwy w spróchniałych podkładach kolejowych i braki w deskach, między którymi widać było w dole pole i płynącą rzekę. 
Plantacje
Szło się od lewa do prawa i na odwrót, jak kowboye w amerykańskich filmach, uciekający przed ostrzałem z pistoletu. Wężykiem, wężykiem! A na końcu witali nas Panamczycy. W office emigracion trzy okienka, dwie dziewczyny i jeden mężczyzna. Ja na końcu, bo zajęta byłam robieniem zdjęć i później doszłam.
Rzeki

Ale jeszcze jedna para z niebieskimi przepaskami stała w drugiej kolejce, więc wszystko było w porządku, nie czekali tylko na mnie. Stanęłam w kolejce do mężczyzny. Znowu nie wiadomo skąd, zjawił się przy mnie Johnny. Przygotuj Sofia paszport, bilet powrotny, 3 $ US Cash (gotówką)i wypełnij ten druk. 
Hacjendy

Druk wypełniliśmy razem, a pozostałe dokumenty trzymałam już w ręku. Wylot do Nowego Yorku jest na 12 sierpnia z San Jose Costa Rica, dokąd wracam minibusem z Bocas del Toro. Nie naruszam przepisów w kwestii okresu pobytu w Panamie. Mocne papiery, nie powinno być kłopotów. I nie było! Pan rzucił okiem na wszystko po kolei i wbił pieczątkę. Mucho Gracias!
Przeładunek naszych bagaży na łódź w porcie Almirante

Bienvenidos Panama! Panama wita Cię! Sprawdziłam tylko, czy pan  wbił datę wejścia do Panamy i czy przykleił nalepkę, żeby mnie potem z drogi nie zawracali, ale wszystko było ok.! To było przejście graniczne, które w dotychczasowej podróży przeszłam najłatwiej i najszybciej ze wszystkich przejść. I dalej sobie szłam i robiłam zdjęcia, ale  już w Panamie.
Niebieskie przepaski na przegubach, ładują się na łódkę

Ludzie ładowali znowu swoje bagaże na dach minibusu. Zobaczyłam, że moja walizka już tam jest. Po chwili dotarła para niemiecka i pojechaliśmy do Almirante.  Na początku nie było widać żadnej różnicy, która by wskazywała, że jesteśmy na terenie innego państwa. Domy takie same, jak w Costa Rica, ludzie tacy sami, takie same chińskie markety przy szosie i stragany przydrożne z owocami sprzedawanymi przez mieszkańców. Z czasem krajobraz się zmieniał.
Płyniemy. Ostatni etap podróży.

Mijaliśmy wielkie obszary plantacji bananowych i lasy kokosowe. Domy obszarników były większe, okazalsze, niż w Costa Rica. Takie filmowe hacjendy, tylko właściciele nie na koniach, a w terenowych samochodach jeździli po szosach i drogach okalających ich posiadłości. 
Za dużo miejsca, to w tej łodzi nie mieliśmy
Widziałam też posiadłość z pasem startowym i niedużym, biało-czerwonym samolotem (ale to nie był Polski). Może do oprysków plantacji z powietrza, chroniącymi  przed szkodnikami plantacje ?
Turyści i mieszkańcy Panamy

W Almirante pojechaliśmy prosto do portu, gdzie stały już łodzie gotowe do drogi. Nie były to jakieś specjalne łodzie turystyczne, tylko zwykłe liniowe łodzie pasażerskie, przewożące ludzi z wyspy na wyspę. Tu na archipelagu takie łodzie jeżdżą bez przerwy, jak miejskie autobusy w Warszawie.
Mijamy po drodze domy na palach

Johnny przeliczył wszystkie niebieskie przepaski, wszyscy się odliczyli, nikt się nie zgubił, bagaże też nikomu nie zginęły, więc pożegnaliśmy się i on wrócił do Costa Rica, a my tam, gdzie nasze przeznaczenie nas popycha. Ludzie płynęli na różne wyspy. Tylko pięć osób ze mną włącznie, popłynęło na Isla Colon.
Niektórzy wysiadają po drodze, obok swoich domów

Wszystkie duże walizki zostały nie wiadomo kiedy i nie wiadomo przez kogo  wrzucone gdzieś do luku łodzi, co uświadomiło mi, że właściwie nie panuję już nad swoim bagażem i nie wiem, czy moja walizka płynie razem ze mną, ale nie było czasu o tym myśleć, ani możliwości, żeby to sprawdzić. Ważne, że mam swoją dużą mohilę i małą mohilkę przy sobie, bo to jest mój bagaż najważniejszy.
Domy do wynajęcia turystom

Już sama podróż łodzią po Morzu Karaibskim była ekscytująca. Kapitan dawał czadu, że cała łódź, pełna pasażerów aż podskakiwała na falach, rozbryzgując spienioną wodę na boki, a  dno łodzi z takim głuchym łoskotem waliło o wodę, jakby za chwilę miało się rozwalić w drzazgi. Nie mieliśmy na sobie kamizelek ratunkowych, a ja nie potrafię pływać. Mimo to, podróż łodzią była ok.
Coraz więcej domów na wodzie

Panamska kobieta siedząca obok mnie pokazała mi w pewnej chwili dwa delfiny płynące nieopodal. Fantastyczny widok. Towarzyszyły nam pewien czas, ale nie dały sobie zrobić zdjęcia. Co pstryknęłam, to one akurat pod wodę się zanurzały.. 
No, i gdzie ten delfin? ja nic nie widzę!

Mój aparat chyba zawilgotniał w tych tropikach i reaguje z opóźnieniem. Dobrze, że mam w zapasie drugi, ale Nikon ciężki jest i biorę go z sobą jedynie na konkretne, dłuższe wycieczki do ciekawych atrakcji turystycznych. Na co dzień i podczas podróży używam małe Sony, które wrzucam do kieszeń spodni i po sprawie. Zawsze mam go w zasięgu ręki.
Atrakcja. Aparaty w ruch.Pstryk, pstryk...
Rolę peronów pełnią drewniane pomosty, jeden obok drugiego, a między nimi wąskie kanały na przycumowanie łodzi. Wśród wyrzuconych na pomost bagaży znalazła się też moja walizka. Wyszłam na ulicę rozejrzeć się w sytuacji, ale nie za bardzo wiedziałam, w którą stronę ruszyć. Pierwsze, co mi się w oczy rzuciło, to taksówki.
Samotny rybak

Taksówek jest tutaj mnóstwo i wszystkie są żółte. Większość z nich ma część osobową i część bagażową. Takie pół bagażówki. Ale nie szukałam taxi, ponieważ chciałam zakwaterować się gdzieś w centrum. Sporo było przedstawicieli agencji turystycznych oferujących zwiedzanie wysp i  inne atrakcje turystyczne tego regionu, dla których ludzie tu przyjechali, więc od razu się umawiali.
Lasy namorzynowe

Głównie na snorkeling, nurkowanie, naukę pływania na deskach surfingowych lub kajakach oraz zwiedzanie pobliskich wysp. Znajdują się tutaj również szkoły języka hiszpańskiego i część turystów była już umówiona i odbierana przez ich przedstawicieli. Gdy jeden z oferentów podszedł do mnie, powiedziałam, że najpierw, to ja szukam barato hotel, a potem zainteresuję się atrakcjami tego archipelagu. Zapytał, ile dla mnie jest barato, a ile, to już caro?
jachty w porcie Bocas del Toro

Dogadaliśmy się. Leo przyprowadził mnie do „Hotel Cayo Zapatilla”, na Calle 3 ra. Dosłownie 3 minuty drogi od portu, przy Parku Bolivara i cały czas ciągnął moją walizkę. Obejrzałam 3 pokoje, jeden droższy, drugi tańszy. W czym różnica zapytałam? Bo jeden ma wentylator na suficie, a drugi stojący. 
Domy na Isla Colon. Dopływamy.

Ja chcę taki, żeby miał window i własne banio, wyjaśniłam. Wentylator, no problem. Co innego gdyby był wybór między wentylatorem skrzydłowym na przykład, a klimatyzatorem. Natomiast czy on stoi, czy wisi, jest mi obojętne. 
 Cayo Zapatilla. Tu mieszkam. Na dole market, na górze hotel.

Prowadź do tańszego. Recepcjonistka Dorothy, Leo i ja rządkiem znowu wróciliśmy wąskim korytarzem na pięterko, zakręt, z pięterka na półpięterko, zakręt i oto jest. Nie ma okna, mówię. Dorothy odsłania kreton na ścianie i mówi, jest window. Dorothy, mówię, jest rama okienna, a za nią mur! Okno z dziennym światłem ja potrzebuję.
Widok z balkonu na Park Bolivara

Znowu rządkiem z półpięterka w dół i natychmiast ponownie w górę na inne pięterko, zakręt, półpięterkiem w dół i jesteśmy na miejscu. Ok. mówię, o taki mi właśnie chodzi, cuanto cuesta esto? To ten droższy. No, mówię. Chcę właśnie taki, ale ten tańszy. Dorothy mówi, że weekend, full people, no rooms. 
mój pokój

Ok, Dorothy, mówię, ale te people w niedzielę wyjadą out i będziesz miała empty rooms, a ja zostanę long time i będziesz miała zysk. Leo w mig pojął w czym rzecz i tłumaczy coś Dorothy. Znowu wracamy rządkiem wąskimi  półpięterkami, które już zupełnie mnie zdezorientowały. Czułam się, jak za dziecięcych lat, gdy bawiliśmy się w beczkę. Kręcili tobą i kręcili, aż raptem puszczali i w ogóle nie wiedziałaś, gdzie jesteś. 
Łazienka i garderoba

Przechodząc obok recepcji, Dorothy wzięła inny klucz i znowu klucząc po korytarzach wyżej i niżej, doszliśmy do trzeciego pokoju. Po drodze Leo pokazał, gdzie znajduje się kuchnia i lodówka, jakbym sama chciała sobie jedzenie szykować. Trzeci pokój był w porządku. 
Kuchnia do dyspozycji z lodówką

Okno ze światłem, chociaż wychodzi na tyły domu, co jest nawet lepsze, gdy hotel mieści się przy głównej ulicy, bo wieczorem nie słychać gwaru ulicy. Własna łazienka i trzy wentylatory: wiszący i stojący  i klimatyzator, ale ten ostatni nieczynny. W pokoju jest też telewizor! 
Isla Colon

To jest ten tańszy! Chyba tylko sam właściciel wie, dlaczego. Za noclegi można  zapłacić kartą, ale żeby tego dokonać, musiałam z Dorothy wyjść na ulicę i wejść do marketu obok i tam dopiero, przy ladzie dokonałam płatności kartą. To chyba jeden i ten sam biznes, ten market i hotel. Tak myślę.
Kilka dni temu mieli tu wybory. Park Bolivar.

Teraz Leo, możemy porozmawiać o wycieczce. Wykupię ją u Ciebie, bo pomogłeś załatwić mi hotel we właściwej cenie i miejscu. I tym sposobem, zaraz następnego dnia, bez chwili wytchnienia, czasu na zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu, pojechałam w niedzielę na całodzienną wycieczkę łodzią motorową, która była super! I łódź i wycieczka, i ludzie byli super!, 
Biuro Informacji Turystycznej na Isla Colon w Bocas
 To już opiszę w następnym poście.
Bocas del Toro, Isla Colon. Tu jestem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz