Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

środa, 14 maja 2014

Boskie Bocas, Panama

Park Bolivara, Bocas del Toro, Isla Colon, Panama.
Z samego rana zrobiłam sobie kawę, jeszcze z zapasów kostarykańskich, ale niebawem one się skończą i kupię w Panamie inną kawę, żeby sprawdzić, która lepsza. Tutaj kawy mają wyraźny opis, z której plantacji pochodzą. Można dopasować smak do swojego gustu. 
Parkingi dla łódek w mieście
Ta w Kostaryce bardzo mi smakowała, ale trzeba popróbować też innych.Wyszłam z hotelu trochę wcześniej, żeby zdążyć kupić na drogę kanapkę i wodę mineralną, zanim przyjdzie po mnie Leo. Wczoraj, umawiając się ze mną, chciał abym wpłaciła zaliczkę, ale się nie zgodziłam. 
W Porcie
Spokojnie mu wytłumaczyłam, że on ryzykuje mniej, niż ja, ponieważ wie, w którym hotelu mieszkam, a przez noc wyspy przecież nie opuszczę z tymi bagażami. Łódki transportu osobowego kursują jedynie za dnia. Więc jestem osiągalna w każdej chwili. 
Andreas nas przelicza
A Ty Leo tutejszy, wiesz co i jak, a jednak gdy zaprowadziłeś  mnie do biura, to ono było zamknięte. Wpłacę pieniądze, a jutro będę czekała na ulicy, a Ty Leo nie przyjdziesz i gdzie ja Ciebie znajdę? Nie wiem, gdzie pracujesz, ani gdzie mieszkasz.
Odpływamy
Pójdę do biura, a ono znowu  będzie zamknięte. Albo będzie otwarte i powiedzą mi: do Leo wpłaciłaś pieniądze? A kto to jest Leo? Twój problem Sofija, skoro dajesz obcym ludziom dolary na ulicy. Nie znasz języka? Może Cię prosił o wsparcie, a nie proponował wycieczkę, tylko Ty nie zrozumiałaś? Nie, Leo, sorry. Jutro rano wpłacę całość przy łódce, ok.?
Po drodze dosiadła dziewczyna z Bangladeszu
Ok., powiedział Leo i obiecał, że następnego dnia rano przyjdzie po mnie pod mój hotel i przyszedł. Poszliśmy do portu. W porcie Leo powiedział, żebym zapłaciła temu facetowi i wskazał na niewysokiego, tęgiego mężczyznę. 
Płyniemy
What your name? Zapytałam na wstępie, bo lubię wiedzieć z kim mam do czynienia. Valencio, odpowiedział. A Ja Sofia, nice to me to, Valencio. Nice to me to, Sofia. 
Kapitano Valencio czuwa nad całością
Dokonałam wpłaty i poprosiłam o ticket, ale Valencio odpowiedział, że nie dają biletów, a on jest kapitano na tej łodzi i bez obawy, na pewno mnie zabierze z pomostu. Ok, kapitano Valencio, no problem. I poszłam sobie zwiedzić port na innych pomostach, bo zebrać się przy łodzi mieliśmy dopiero za pół godziny.
Mijamy małe wysepki

I tak to właśnie tutaj wszystko działa. Na słowo, żadnych pokwitowań, biletów, biur, papierów. To są prywatni przewoźnicy, więc chyba oszczędzają na wszystkim, albo im się nie chce tracić czasu na formalności. Tylko dla nas, turystów, jest trochę kłopotliwe opierać się na wzajemnym zaufaniu w nowym miejscu, gdzie wszyscy nieznani i  podobni do siebie. 
Na trasie stacja benzynowa. Tu tankujemy paliwo

Co trzeci na ulicy, to dla mnie Leo. Leo pochodzi z Chin, ale gdy go zapytać skąd jest, mówi, że z Panamy. A nie z Chin?, dociekam, patrząc podejrzliwie w jego skośne oczka. No, tak, przyznaje, kiedyś, ale teraz jestem z Panamy, mówi z pełnym przekonaniem. I po sprawie. 
Płyniemy dalej
Chińczycy cierpliwie i nieustannie zasiedlają wszystkie zakamarki Kontynentów Świata i nie oglądają się za siebie. Żyją przyszłością, tak jak Latynosi dniem dzisiejszym, a Polacy przeszłością. Na twarzy Leo jednak ani razu nie zagościł uśmiech. Był grzeczny, powściągliwy i smutny. Potem, przy łodzi, powiedziałam mu o swoim spostrzeżeniu i doradziłam, żeby zaczął się więcej uśmiechać do ludzi, to zdobędzie więcej klientów.
Czy znacie coś, w czym można wyglądać tragiczniej?

Mając na uwadze, jak to kiedyś byłam jedyną pasażerką w małym samolocie, latającym między wyspami, ciekawiło mnie, ile dzisiaj osób udało się Leo namówić na tą wycieczkę. Okazało się, że dużo. No, to chyba z litości, na ten smutek Leo reagowali. Być może smutaski budzą większe zaufanie u ludzi?
Szalejemy
W łodzi był komplet pasażerów. Jedna para z Hiszpanii, trzymała się na początku troszkę na uboczu, ale pozostali, to bardzo fajni, a niektórzy nawet bardzo zabawni ludzie. Potem Hiszpanie też się rozkręcili. Trafiłam na bardzo doborową, aczkolwiek przypadkową, grupę turystów.
Hiszpanie. Dziewczyna w filcowym bereciku., ale bez antenki.
Oprócz Hiszpanów, była tam również para z Qubecku z Kanady oraz para z  Kostaryki. Ona biała, on czarny z długimi, lśniącymi czarnymi włosami, pokręconymi w sprężynki, w typie jamajskim. Dziewczyna miała na imię Nelly, a chłopak, Americo. Była tam również młoda, bardzo ładna dziewczyna z Bangladeszu, która już czwarty miesiąc sama podróżuje po Ameryce Łacińskiej.
Nelli i Americo. Bardzo sympatyczna para z Kostaryki

Była już w Gwatemali, Belize, Meksyku, Hondurasie, Kostaryce i teraz w Panamie. Prawie moja trasa, oprócz Hondurasu. Na łodzi byli też Chińczycy. Jeden tłuściutki, solo, drugi bardzo chudy z równie chudą dziewczyną, ale to była bardzo zabawna para! chociaż Americo w niczym im nie ustępował. Wspólnie z kapitano Valencio zaśmiewaliśmy się z ich wyczynów podczas snorkelingu, na płyciznach morskich.
Bamgladeszka czegoś wypatruje w wodzie
Chińczycy byli z Panamy. Z pewnością to jedni z tych, co mają tu swoje sklepowe biznesy, a w niedzielę odpoczywają w taki właśnie sposób od ciężkiej pracy. W końcu pracują od rana do nocy każdego dnia, również w weekendy i różne święta, bo to pracowity naród. Mając czas wolny, korzystają z wycieczek po tym pięknym kraju, który wybrali sobie do życia. 
Chińczycy i Kapitano

Znów nie było w grupie żadnego Polaka, ale świetnie dogadywałam się z Nelly i Americo, a oni pozostałym tłumaczyli w czym rzecz, następnie Nelly tłumaczyła dla mnie, co oni mówią. My rozmawiałyśmy po angielsku, pozostali po hiszpańsku. Ważne jest, że potrafiliśmy się wszyscy porozumieć i bawiliśmy się świetnie.
Dopłynęliśmy do mini wysepki Cayo Coral

Płynął też z nami mały chłopak, Andreas, który pomagał kapitano Valencio przy cumach, jak również przy szukaniu i zwoływaniu członków wycieczki, gdy się gdzieś zawieruszyli. Andreas całą drogę siedział na dziobie łodzi i obserwował nas oraz morze. Jak wypatrzył delfiny, to nam pokazywał. 
Tu wrócimy na obiad. Teraz złożyliśmy zamówienia.

On też pierwszy wypatrzył Oso Perezoso na drzewach mijanej, niezamieszkałej przez ludzi wyspy. Podpłynęliśmy bliżej brzegu, aby poobserwować dwa duże i wyjątkowo ruchliwe leniwce. Za nami przypłynęły trzy następne łódki z turystami, bo to atrakcja wielka. W Europie takich zwierząt nie mamy, a Oso Perezoso są śliczne i zabawne.
Dziewczyny analizują menu, pani w okienku czeka z zeszytem

Ruch na tej morskiej trasie był spory, bo to przecież niedziela, więc nie tylko turyści, ale i miejscowi korzystają z takich wycieczek. Nasz młody Chińczyk (ten chudy) od chwili wypłynięcia z portu, mordował się z ustnym nadmuchiwaniem koła ratunkowego -  dla swojej dziewczyny, jak się potem okazało.
     Koło dla Chinki zostało wreszcie nadmuchane

Nie wiedzieliśmy, o co temu Chińczykowi chodzi, co on ma zamiar z tym kołem robić. Na pełne morze chce wypłynąć? Zaczęły się żarty. A może chce się na bezludną wyspę dostać, aby tam być tylko ze swoją dziewczyną? Zakładaliśmy, że dziewczyna koła nie potrzebuje, bo potrafi pływać.
Chwila wolnego czasu na kawę.

Z obserwacji życia wynika, że dziewczyny potrafią więcej, więc uważaliśmy, że on dla siebie nadmuchuje to koło. Ale takie w kwiatki? to dziewczyńskie koło. To nie kwiatki, tylko ciapki. A poza tym, Chińczycy wszystko mają w kwiatki, ciapki lub motylki, wtrąciłam swoje trzy grosze. 
Menu i ceny na mini wyspie

Ubrania, ręczniki, garnki, zeszyty, po prostu wszystko mają z takimi dziecinnymi motywami, więc może to kolorowe koło być dla niego. I tak sobie żartowaliśmy. A Chińczyk dmuchał i dmuchał, nie mając czasu na podziwianie mijanych namorzyn, ptaków, delfinów oraz innych atrakcji przyrodniczych, oglądanych od strony morza.
Kapitano wzywa na pokład. Ale przecież jeszcze zdjęcia!

Piękna dziewczyna siedząca przed nami, rzuciła przez ramię, że on z pewnością do Chin chce popłynąć. Z brzegu trudno, bo znoszą fale, więc rzuci się z tym kołem na pełne morze i odpłynie w dal. Do Chin za daleko, prędzej dotrze stąd na Kubę.
Płyniemy. Po drodze spotykamy inne wycieczki.

Bez dziewczyny? Zauważył powątpiewająco ktoś inny, za naszymi plecami. Chińczycy, to wprawdzie drobnej budowy ludzie, ale na jedno koło ratunkowe się jednak nie zmieszczą, dodał ze znawstwem.
Wypatrujemy delfinów
Żarty z Chińczyka przerwało nam ukazanie się delfinów. Wyskoczyły do góry, jak z procy, w parze, po czym znowu schowały się pod wodą. Kapitano zaczął tak sterować łódką, że zataczał wokół nich koło, bez przerwy je zacieśniając. Siła motorówki powodowała, że fale morskie kierowały się w odwrotną stronę, niż naturalne, tworząc wokół kręgu ścianę wody. Tworzyła się taka studnia wodna. No me gusta.
Zataczamy koła na wodzie

Zmuszało to delfiny do szukania innej drogi, aby wydostać się z kręgu. Wyskakiwały więc na moment, aby ocenić sytuację. Tak myślę. Byłam trochę przerażona, ponieważ nie wiedziałam, czy to jest humanitarny sposób na podglądanie delfinów. Fale morskie zmieniały kierunek i kręciły się w kółko, powodując wiry.
Inni robili to samo, ale to nie jest żadne wytłumaczenie.

Niepokoiło mnie, że tworząc wokół delfinów ciasny pierścień, narażamy je na niebezpieczeństwo. Mogą wyrządzić sobie krzywdę, na przykład zahaczając pod nami o dno łodzi, bądź  co gorsza, o wirnik silnika lub ster. Poza tym, znajdowaliśmy się na terenie Parku Narodowego. Cały ten teren wodny, razem z bezludnymi wysepkami, wchodzi w skład Nacional Marine Park!
Były, ale mój aparat za późno reaguje

Rozejrzałam się wokół. Inne łodzie płynące nieopodal, robiły to samo. Turyści piszczeli z radości, aparaty klikały, kamery szeleściły, silniki wyły, jak opętane, woda morska z hukiem rozbijała się o łódki, mocząc pasażerów i ich plecaki. Ludzie wpadli w jakiś amok!
Znów spóźniony klik, ale już lepiej. Trochę go widać.

Większość turystów była przygotowana na taką przygodę i mieli sprzęt w odpowiednich wodoszczelnych pokrowcach. Mój mały aparat zacinał się z powodu nawilgotnienia, przez wiele miesięcy pracując w tropikach, a duży był w plecaku i nie chciałam go wyciągać, żeby również nie nasiąknął wilgocią. 
Rezygnuję. Może w Delfinarium pójdzie mi lepiej?

Silnik motoru wył ogłuszająco. Atmosfera oczekiwania i podekscytowania na łodzi dochodziła do zenitu. Wszyscy milcząco, w ogromnym napięciu, z aparatami fotograficznymi, kamerami i komórkami w ręku, zastygli w pogotowiu, aby uchwycić moment ukazania się delfinów. 
fale zamiast do brzegu, układają się do środka

Większość turystów wstała z ławek, ryzykując wypadnięcie z łodzi do wody, aby tylko uchwycić ten oczekiwany moment. Ja zapięłam na sobie kamizelkę ratunkową, ale aparat trzymałam w ręku włączony. Andreas przyglądał się temu wszystkiemu sceptycznie z dziobu łodzi. A może patrzył tak po prostu z nudów, bowiem nie jedno już widział, wożąc z Kapitano turystów.
Łodzie przypływały i ustawiając się w krąg, czekały na delfiny
Zacinanie się aparatu, gdy cała akcja trwa sekundę, nie jest przyjemną sytuacją dla żadnego turysty. Mając mieszane uczucia, co do sposobu wywoływania delfinów z głębin morskich, byłam dodatkowo rozkojarzona i nie jestem pewna, czy udało mi się uchwycić w kadr chociaż jednego delfina. Ale widziałam je, były smukłe, piękne i skakały parami z wielką z gracją.
niestety, uchwyciłam tylko szczątkowo
Jeszcze tych zdjęć nie przeglądałam, chcąc najpierw na  gorąco spisać wydarzenia. Ale wierni czytelnicy mojego bloga, czytając teraz moją relację,  już wiedzą, co zostało zarejestrowane na wykonanych podczas tej wycieczki zdjęciach, bo je załączę przed publikacją treści.
Odpływamy
W końcu wszyscy już się nacieszyli, wprawdzie bezkrwawym, ale jednak stresującym polowaniem na bezbronne delfiny, zrobili wystarczającą ilość zdjęć i filmów i nic już nie zapowiadało, że przypłynie większa ilość tych pogodnych zwierząt. Należało raczej sądzić, że te co były, odpłynęły dalej, aby przeczekać nalot tych dziwnych stworzeń na łodziach. Kapitano dał znak, że odpływamy.
Zajmujemy dogodne miejsce na snorkeling
Teraz zawiózł nas na piękną, kryształowo czystą płyciznę morską, idealną  do uprawiania snorkelingu. Zacumowaliśmy na morzu. W odpowiednich miejscach znajdują się ogromne białe pływaki w kształcie piłki, do których łodzie cumują na czas snorkelingu. Wszyscy błyskawicznie zrzucili z siebie ciuchy i wskoczyli do wody. Ja z kapitano i Andreasem zostałam w łódce, bowiem jeszcze w porcie na Isla Colon, gdy kapitano rozdawał maski z fajką, zgłosiłam, że ja nie, i podziękowałam. 
Chinka w samotności psychicznie się nastraja 

Nie potrafię pływać i chociaż kapitano Valencio przekonywał mnie, że snorkeling można spokojnie uprawiać bez umiejętności pływania, nie odważyłam się. Nie robiłam tego jeszcze nigdy, nawet na próbę, czy przyuczenie, więc nie będę robić z siebie wariata i wskakiwać do wody w masce, w której nie przetestowałam umiejętności oddychania przez fajkę. Na razie będę przyglądała się z łodzi, jak robią to inni.
Nelli  w swoim żywiole

I bardzo dobrze zrobiłam! Będę jeszcze długo w podróży, więc zdążę się przyuczyć i z pewnością spróbuję kiedyś snorkelingu. Ci, co pozostali na łodzi, dostali w nagrodę niezłą rozrywkę w postaci oglądania tego, co wyprawiali Ci, co do wody weszli. 
Chinka w kole przywiązała się dodatkowo sznurkiem do kapitana

Dawno się tak nie uśmiałam, a i duży brzuch Valencio trząsł się bez przerwy ze śmiechu, chociaż ma doświadczenie z wożeniu turystów i niejednych już dziwnych ludzi przybyłych tu z dalekiego świata oglądał. Nawet wiecznie poważny mały Andreas nie potrafił chwilami utrzymać powagi, którą przybrał z racji pełnienia swojej ważnej funkcji na łodzi. Co rusz prychał śmiechem.
Chińczyk w białych majtkach nałożył własną kamizelkę ratunkową

Snorkelingowcy dali nam zupełnie za darmo odlotowy pokaz kabaretowy. Ich amatorskie aktorstwo przyćmiłoby z pewnością zawodowców z telewizji, specjalizujących się w zabawianiu publiczności, często głupawymi, nieporadnymi wyczynami na wodzie.
Co jeden Chińczyk do wody skoczy, to drugi z niej wyskakuje

Otóż okazało się, że ozdobione kwiatuszkami koło ratunkowe, które chudy Chińczyk przez całą drogę, siłą swoich cherlawych płuc w pocie czoła nadmuchiwał, ślepy na mijane atrakcje turystyczne, było jednak przeznaczone dla jego partnerki.
 Americo cały czas walczy o przetrwanie

Chinka widocznie bała się wody, ale bardzo chciała uprawiać snorkeling. Przygotowała więc sobie wersję najbezpieczniejszą z możliwych. Założyła maskę, włożyła fajkę w usta, weszła w to koło i poprosiła kapitano Valencio o potrzymanie czerwonego, zawczasu przygotowanego sznurka, którego drugi koniec omotany na nadgarstku, ściskała w swojej dłoni. 
Hiszpanie i Kanadyjczycy od dawna już na morzu, a nasi ciągle przy burcie
Wszystko to w sytuacji, gdy dno było widać gołym okiem, a woda nawet niskiego wzrostu tubylcom sięgała zaledwie do pasa! trzeba by kogoś długo i silnie przytrzymać pod wodą, żeby go utopić. Bez udziału innych osób, zatonięcie tutaj nie było możliwe.
Chinka robi "strusia", chłopaki wspomagają się w niedoli

Teraz Chinka położyła się brzuchem na wodzie, a że koło ją unosiło i nie pozwalało leżeć  płasko na falach, przechylała się siłą rzeczy do przodu i tym sposobem głowę i klatkę piersiową miała zanurzoną w wodzie, a nad wodą sterczał jedynie jej kuper otoczony czerwoną minispódniczką od bikini i przezroczystym kołem w ciapki. Przypominała strusia oglądanego od tyłu. Przyznaję, że tak  zabawnej sytuacji w wodzie jeszcze nie oglądałam.
Chińczyk stawia Chinkę do pionu, Americo z kapoka też sobie zrobił koło

Chudy Chińczyk, po ciężkiej pracy z nadmuchiwaniem koła dla swojej dziewczyny, próbował wreszcie wykorzystać czas na własne przyjemności i nurkował zapamiętale obok, w ogóle nie zwracając uwagi na wyczyny swojej uroczej partnerki. Valencio czerwony sznurek asekuracyjny Chinki, przywiązał w końcu do burty.
Chińczykowi i Americo maski wyraźnie przeszkadzają w tym sporcie
Brak doświadczenia w pływaniu z rurką pod wodą powodował, że co rusz, krztusząc się wodą, chudy Chińczyk wypływał na powierzchnię, aby ratować życie ziemskim powietrzem. Wyraźnie ten sam problem miał Americo i gruby Chińczyk w białych majtkach. Wszyscy troje trzymali się razem i blisko łodzi, w niej co chwilę szukając ratunku.
Gruby Chińczyk i Americo trochę bezradni, z tyłu nurkuje chudy Chińczyk
Chudy Chińczyk, niezrażony nieudanymi próbami, ciągle zapamiętale  nurkował, jakby sobie i światu obiecał, że na tej wycieczce musi się stać wyczynowcem w tej dziedzinie sportu. Upór w pokonywaniu trudności i pracowitość Chińczyków są ogólnie znane na świecie, chociaż Chińczyk gruby, nie przejawiał takich ambicji i częściej stał w wodzie, obserwując innych, niż zanurzał głowę w wodzie.
Pomimo kłopotów, Americo próbuje coś tam wypatrzyć pod wodą
Determinacja chudego Chińczyka w pokonywaniu oporu sprzętu i wody, została nagle przyćmiona przez wyczyny Americo, który z początku nie dawał powodów, aby zwrócić na niego jakąś szczególną uwagę. Wszyscy już byli w wodzie, a on ciągle się jeszcze przebierał i przygotowywał do opuszczenia łodzi.
Gruby wciąż przy burcie. Chinka na długości sznurka penetruje dno

Hiszpanie, Kanadyjczycy i Nelli już dawno swobodnie skoczyli do wody i oddalili się sporo od łódki, spokojnie i ze znawstwem badając urozmaicone życie morskie. Zdawało się, że spóźniony Americo uczyni za moment to samo i dobije do grupy.
Americo wzbudził w końcu współczucie u Nelli, podpłynęła dać mu wskazówki
Tymczasem piękny, smukły czarny Americo, o urodzie Jamajczyka, miotał się na łódce, nie mogąc sobie poradzić z długimi do kolan gaciami pętającymi mu się między nogami. Próbował ich się pozbyć, zostając w mini slipkach założonych pod spód specjalnie na tą okazję, ale mokre już gacie nie dały się wyprostować, żeby z nich wyciągnąć nogi. O co chodzi, Americo? Zapytałam z troską. Help You?
Nelli odpłynęła, Americo znów się gramoli na pokład
Zapatrzona w Chinczyków, nie zwróciłam z początku uwagi, że tuż obok mnie Americo w dziwnych pozach skacze po pokładzie, wskakuje do wody, znowu z niej wyskakuje, wspinając się nieporadnie na łódź, czyni dziwne skłony i przysiady, chcąc pozbyć się w końcu tych zaplątanych wokół niego mokrych gaci. Ostatecznie  udało mu się pozbyć, ale obu par na raz. Widocznie to były takie gacie nierozłączki i jedne bez drugich nie chciały istnieć. Trwało to moment i Americo uśmiechając się czarująco wskoczył ponownie do wody.
I co tu począć? Chińczyk też wisi za burtą, a dziewczyny szaleją

Zdawało się, że teraz lekki już i swobodny, popłynie w stronę snorkelingowców, aby razem z Nelli kosztować przyjemności podziwiania życia podwodnego, ale tak się nie stało. Wyraźnie sobie nie radził z oddychaniem przez rurkę. Rozejrzałam się za jego dziewczyną, ale ona była daleko. Nie może go przecież bez przerwy niańczyć i wspierać, bo przypłynęła tu nurkować i penetrować dno morskie, a nie opiekować się  partnerem.Co pewien czas podpływała jednak do łodzi, żeby sprawdzić, czy wszystko z jej chłopakiem jest w porządku.
Uwiązana na sznurku Chinka w kole, spokojnie bada dno morskie

Americo, jak szybko wskoczył do wody, tak szybko próbował znowu dostać się na łódź z zupełnie dla nas nie wiadomych powodów. Miał kłopoty z gramoleniem się na burtę, na co wszyscy troje pozostający na pokładzie patrzyliśmy z ogromnym zainteresowaniem, obserwując wyrozumiale jego poczynania. Valencio, kiwając głową, stwierdził krótko: nie potrafi. Chodziło oczywiście o całkowity brak umiejętności oddychania fajką.
ona wzięła z sobą aparat i robi zdjęcia pod wodą!
Ja dodałam, że jakoś krzywo ma założoną tą maskę. Dusi się, więc dlatego znowu ucieka na łódkę.Valencio podszedł do Americo i prawidłowo założył mu maskę, pokazując, jak ma  oddychać fajką. Americo podziękował szerokim uśmiechem i  znowu wskoczył do wody, co właściwie szło mu najlepiej z wszystkich dotychczas wykonywanych tutaj czynności. 
Americo, wracaj do wody, nawołuje Nelli

Niestety, po chwili znowu wypłynął na powierzchnię i trzymając się kurczowo burty, prychał i kaszlał, próbując pozbyć się wody z płuc. On się udusi, powiedziałam do Valencio. Może niech już da sobie spokój? 
Na szczęście Americo wszystkie swoje niepowodzenia przyjmował z humorem
Mimo, że Americo wyraźnie miał kłopot z maską i fajką, był niestrudzony w ponawianiu prób i nawet w sytuacji, gdy oczy wychodziły mu z orbit przy wiecznym zachłystywaniu się wodą, spoglądał na nas i uśmiechał się szeroko, odsłaniając swoje silne, ogromne, białe zęby, po czym znowu znikał pod wodą. Ambitny chłopak.
Andreas przyglądał się wyczynom turystów ze stoickim spokojem

No, nie. Takiego cyrku już dawno nie oglądałam. Na dodatek Chińczyk,ten gruby z kolei, będący solo, nie przygotował się należycie na pływanie, a bardzo chciał, więc zdjął spodnie, pozostając w białych, chińskich przezroczystych majtkach, jakie kupuje się w marketach z ogromnych pudeł pn."wszystko po 5 zł" i ukazując się nam w różnych zadziwiających, jak na człowieka z taką tuszą pozach, próbował swoich umiejętności w badaniu dna bez maski, która wyraźnie mu przeszkadzała i którą ostatecznie wyrzucił z wody na pokład łódki. 
Mimo pewnych kłopotów,wszyscy w wodzie świetnie się bawili

Kiwał do Americo, aby uczynił to samo, ale konwersacja obu panów była bardzo krótka, bo obaj, znajdując się na przeciwnych burtach łodzi, wpadali co rusz pod wodę, żeby od początku zacząć mozolne gramolenie się na pokład. Tylko tutaj bowiem czuli się bezpiecznie, chociaż zabawiali tu jedynie na mgnienie oka, co rusz ześlizgując się do wody, aby od początku zacząć pracę nad wydostaniem się na łódź. To była wyraźnie walka o życie!
Jest ok, pokazuje chudy Chińczyk. Bawi się świetnie. My na pokładzie, też.

Americo w żaden sposób nie dając sobie rady z maską i rurką, dał w końcu za wygraną. Jego dziewczyna natomiast, była świetna w pływaniu i nurkowaniu. Udręczony Americo usiadł więc sobie spokojnie na łodzi i resztę czasu poświęcił na obserwowanie Nelli, z ogromnym uznaniem w oczach.
Nadszedł czas wyławiania turystów z morza


Czas spędzony na łodzi i obserwowanie badających życie podwodne współuczestników wycieczki, było naprawdę bardzo interesującym i przyjemnym zajęciem, co również przyznał sam kapitano. W końcu Valencio zwołał wszystkich do łodzi, odliczył, czy mu się nikt nie utopił i ruszyliśmy w dalszą wodną drogę po Morzu Karaibskim.
Wszyscy się odliczyli i wszyscy zadowoleni. Nelli wprost promienieje.


Następnie wzięliśmy w posiadanie jedną z bezludnych uroczych wysepek, o nazwie takiej, jak mój hotel "Cayo Zapatillo", na której zostawiono nas na pastwę losu, więc poddaliśmy się całkowicie i bez reszty urokowi wyspy.
Bezludna wyspa Cayo Zapatillo

Pływaliśmy w kryształowo czystej wodzie i leniuchowaliśmy w cieniu drzew na plaży. Kapitan powiedział, że teraz mamy czas wolny dla siebie i odpłynął. Nie zabrał z sobą nawet Andreasa. Poczuliśmy się, jak Robinson Cruzoe na bezludnej wyspie.
Kapitan zostawia nas i odpływa

Wyspa była cudna! Woda w lazurowym kolorze, całkowicie przezroczysta. Piasek na plaży żółty, czyściutki. Ani jednego śmiecia na ziemi, tylko naturalne, walające się pnie lub części konarów drzew, spadające samoistnie na ziemię, a teraz anektowane przez turystów na siedziska lub do rozwieszenia i suszenia przemoczonych na łodzi  ubrań. 
Bardzo czysta i ciepła woda. Śladu życia na ziemi.

Za nami soczyście zielona ściana lasu, dająca upragniony cień. Stada ptaków unoszące się w powietrzu i pojedyncze ptaki gwiżdżące gdzieś wśród koron drzew. Bajka! Upatrzywszy sobie polano Ceiby leżące w półcieniu, ułożyłam tam swoje rzeczy, przebrałam się w kostium kąpielowy i ruszyłam do morza.
Żadnego śladu stopy ludzkiej na piasku (bo wiaterek zamiótł piasek)

Wydawało mi się, że tym razem naprawdę dobrze się przygotowałam na taką wycieczkę, co rzadko mi się dotychczas zdarzało. Nie zapomniałam kostiumu kąpielowego, wzięłam słoneczne okulary, zamieniłam sandały na wygodne, ale kryte buty, aby zabezpieczyć nogi przed ewentualnymi ukąszeniami pełzających po ziemi  mieszkańców dżungli. 
Kapitano odpływa, Andreas zostaje z nami
Spakowałam mały ręczniczek do ocierania potu z karku i twarzy, cienki kapelusz do ochrony głowy przed palącym słońcem, pareo, aby mieć się pod czym przebrać i na czym usiąść na plaży, a potem czym się wytrzeć do sucha, gdy trzeba będzie się ubierać.
Na szczęście zostawił nam pudło z lodem na butelki z wodą mineralną
Wzięłam też mokre chusteczki higieniczne dla dezynfekcji rąk w sytuacjach tego wymagających, jedną kanapkę, dla zaspokojenia ewentualnego napadu gwałtownego głodu, dużą butelkę wody mineralnej, aby się nie odwodnić, małą, cienką pelerynę w razie deszczu.
Każdy wybrał odpowiednią dla siebie formę wypoczynku
Nie zapomniałam o małym i dużym aparacie fotograficznym, z na full naładowanymi bateriami, o zapasie kart do zdjęć, małym notatniku i długopisie, na zapisanie niektórych trudnych nazw, które mogą ulecieć z głowy, aby potem nie wciskać kitu do bloga, tylko rzetelnie oddać prawdę. 
Jest tablica, że wyspa należy do National Park Marino
Na koniec wrzuciłam kilka miętowych cukierków, dla odświeżenia swojego wnętrza, no, po prostu byłam z siebie dumna, że tak należycie się przygotowałam na tą wycieczkę. Z tego powodu musiałam zrezygnować z małego plecaczka na sznureczkach i przepakować się w ten większy plecak! Nie byłabym jednak sobą, gdybym czegoś nie poplątała lub nie zapomniała zupełnie, całkowicie i na śmierć!. Czego tym razem zapomniałam? otóż, kremu z UV! 
Można co pewien czas schować się w cieniu drzew
Prawie trzy godziny na otwartej plaży, w wodzie, w prażącym niemiłosiernie słońcu, bez kremu UV! Teraz goję skutki swojej sklerozy, siedząc w pokoju hotelowym i pisząc ten tekst. Co chwila nakładam nową warstwę kremu na piekące żarem spalone policzki, kark, ramiona i plecy. I na przemian, co pewien czas wchodzę pod zimny prysznic dla schłodzenia całego ciała.
Zostawiam rzeczy na piasku i idę do wody

Na bezludnej wyspie, dziewczyna z Bangladeszu, z dużym aparatem fotograficznym i obiektywem ogromnym, jak lufa działa bojowego zostawionego w forcie przez kolonizatorów, natychmiast oddaliła się samotnie brzegiem morza i po chwili zniknęła nam z oczu. Chce obejść wyspę dookoła, czy co?
No i gdzie mi będzie lepiej?

Pozostali rozproszyli się, wybierając najwygodniejsze dla siebie miejsca do biwakowania. Jedni siedzieli w cieniu, wpatrując się w morze, niektórzy poszli do lasu, a inni natychmiast weszli do wody. Chudy Chińczyk ze swoją dziewczyną, znowu pożyczyli od kapitana maski z fajką i ona próbowała go uczyć  prawidłowego oddychania rurką pod wodą. 
Jak widać, daleko można iść w morze po płyciźnie

Szło mu średnio, więc dziewczyna kazała mu ćwiczyć, a sama znowu zapamiętale penetrowała wnętrze morza, chociaż nie miała już kapitana, aby przywiązać się do niego sznurkiem. Zaryzykowała życie na płyciźnie, posługując się jedynie kołem ratunkowym. W pobliżu Nelli z Americo całowali się zapamiętale, bardzo już widocznie spragnieni samotności. 
Gdzie spojrzeć, to cudnie!

Do wyspy podpłynęła inna łódź z turystami, ale widząc, że wyspa  już zajęta, odpłynęli w poszukiwaniu innej, żeby mieć ją tylko dla siebie. W końcu jest tutaj wystarczająca ilość niezamieszkałych wysp, na których można przebywać tylko we własnym towarzystwie.
Patrząc w drugą stronę, też pięknie

Wszystkich wysp w archipelagu Bocas jest kilka tysięcy. Jest więc w czym wybierać. Zamieszkałych, znanych i odwiedzanych jest tylko dziewięć. Wycieczki przywożone są na jedną z dwóch małych wysepek, Cayo Zapatillo 1 lub 2, leżących obok siebie, bo znajdują się na trasie turystycznej po Nacional Marina Park.
Obcy wysiedli, zrobili kilka zdjęć i odpłynęli, zostawiając nas w spokoju

Trasa naszej wycieczki wiodła z Isla Colon, gdzie zamieszkałam na jakiś czas, do Isla Cristobal, w pobliżu której swoim zachowaniem dokuczaliśmy delfinom, potem do maleńkiej wysepki Cayo Coral, gdzie zamówiliśmy posiłek, który zaserwowano nam w powrotnej drodze, a następnie na Cayo Zapatillo właśnie.
W naturalny sposób zieleń wdziera się na plażę


Wszystkie te małe wysepki  znajdują się w obrębie  National Marina Park, znajdującego się na liście zabytków UNESCO. Żeby móc je odwiedzić, musieliśmy dodatkowo zapłacić po 10 $ za bilet wstępu na teren Parku Narodowego. Tylko w Cahuita w  Costa Rica, wstęp do National Park był za darmo. I to tylko od jednej strony, wchodząc z miejscowości Cahuita. Wchodzący do NP od strony przeciwnej, musieli wykupić bilet.
Tubylcy tędy przepływają codziennie, w drodze do domu


Nieuchronnie nadszedł czas powrotu. Mały Andreas biegał po plaży, zwołując wszystkich rozleniwionych kąpielą wodną i słoneczną członków grupy, aby zaprowadzić nas na inny cypel wyspy, gdzie zacumowała nasza łódź z kapitano Valencio. Mały dostał chyba cynk o zmianie miejsca zbiórki przez komórkę, którą wszyscy dosłownie tu mają.  Mali i duzi.
Naturalny las tropikalny

Gdy doszliśmy do łodzi, Bangladeszka już tam była, mimo, że ten cypel znajdował się dokładnie w odwrotnym kierunku, niż ona poszła, po wylądowaniu na plaży. Ona naprawdę obeszła naokoło tą wyspę! Po tylu emocjach wszyscy byliśmy już głodni, więc z przyjemnością ponownie popłynęliśmy na małą wysepkę Cayo Coral na obiad.
Idąc w stronę cypla
W jedynej restauracji na mini wysepce Cayo Coral, która znajduje się na palach w wodzie, każdy indywidualnie zamówił sobie wcześniej obiad. Można tam było również skorzystać z wc, umyć ręce, wypić kawę lub wyciskany na poczekaniu sok z owoców tropikalnych.  Skorzystałam z tych wszystkich dobrodziejstw.
Americo i Nelli donieśli na cypel lodówkę z lodem


Pani za ladą miała nasze zamówienia spisane w ogromnym zeszycie. Każde zamówienie było  opatrzone imieniem zamawiającego, żeby się nie pomyliło. Serwując dania, wywoływała nas po imieniu. Dodatkowo można sobie było do obiadu zamówić piwko, z czego skwapliwie skorzystaliśmy.
Bardzo jestem głodna! Ci wodni wyczynowcy chyba jeszcze bardziej.

Ceny kształtowały się od 10 do 25 $, a niektóre nawet więcej, jeżeli były to  grand dania z owocami morza lub rybami. Na wyspach, a już szczególnie znajdujących się na trasie turystycznej, wszystko oczywiście jest droższe, niż na lądzie. Produkty bowiem trzeba dowozić tu łodziami, co czyni dodatkowe koszty. Ryby z kolei, wszędzie są drogie.
Nelli i ja, w oczekiwaniu na obiad

Do mojego stolika przysiadła się ta ładna dziewczyna z Bangladeszu, a po chwili wypatrzyli nas Nelli z Americo  i zmienili stolik, przysiadając się do nas. Rozmawialiśmy sobie o wrażeniach z tej wycieczki i innych podróżach. Byłam zdziwiona rozmownością i poczuciem humoru Bangladeszki, która do tej pory trzymała się raczej na osobności. 
Rybacy wrócili z połowu krabów. Widać jaka czysta jest woda.

Miałyśmy wspólny temat, ponieważ odwiedziłyśmy te same kraje w Central America. Wymieniałyśmy się doświadczeniami. Najmniejszym entuzjazmem obie obdarzyłyśmy Gwatemalę, jeżeli chodzi o ludzi. Przyroda i zabytki Majów w tym kraju, niezaprzeczalnie budziły w nas ogromne zainteresowanie i podziw oraz miłe wspomnienia.
Obiad się opóźniał, bo każdy chciał mieć zdjęcie z krabami

Mieszkańcy Gwatemali nie przekonali się widocznie jeszcze do obcych, bo nie są dla nich przyjemni. Bangladeszka (Swoje imię powtarzała mi ze trzy razy podczas tej wycieczki, ale jest ono dla mnie za trudne do zapamiętania, więc dałam sobie z tym spokój) powiedziała, że uniknęła przynajmniej w tej podróży nabierania na kasę i zawyżania cen. 
Bałam się, że nasz obiad się przypali, bo kucharki zwisały nad łódką

Na moje pytające spojrzenie wyjaśniła, że ma skórę czarną, jak oni, więc brali ją za swoją. Ty masz białą skórę, Sofija, to z pewnością nie raz zapłaciłaś więcej za to, co kupiłaś, śmiała się. W Azji też była brana za obcą, więc ma doświadczenie.


Chinka z lewej i dziewczyna z Bangladeszu, po środku.
Opowiedzieliśmy o  zmaganiu się Americo z maską i wodą, ponieważ Bangladeszka była jedną z tych, co w wodzie czują się, jak ryby, więc nie było jej przy łodzi i nie wie, jakie atrakcje ją  ominęły. Wszystkie trzy zaśmiewałyśmy się z Americo-snorkelinga, a on razem z nami. 
Nelli też chce zdjęcie z krabem, ale minę ma nietęgą

Dla Nelli było to interesujące, bo nurkując zapamiętale, nie widziała co jej chłopak wyprawiał obok łódki. Ostatecznie przez całą wyprawę snorkelingową nie oddalił się nawet na krok od  burty łodzi. Podobnie zresztą, jak chudy i gruby Chińczyk. Wszyscy posiadali na szczęście duże poczucie humoru  świetnie się bawiliśmy wspominając ich przygody.
W końcu panie rozliczyły się z rybakami, to zaraz dostaniemy obiad.

Obiad wspaniale smakował po przygodach i długim przebywaniu w wodzie. Zadowoleni, bo pełni wrażeń, syci i opici, wróciliśmy na łódź. Kapitano Valencio skierował łódkę w przesmyk między wyspami Isla Popa i Isla Bastimento, obierając kierunek na Isla Solarte, gdzie zamieszkują Oso Perezoso, czyli poczciwe leniwce.
.
jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i płyniemy dalej

Na trasie, co rusz spotykaliśmy inne łodzie z turystami, z którymi wymienialiśmy pozdrowienia, machając do siebie przyjaźnie i nawzajem się fotografowaliśmy. Z wyspy Solarte wróciliśmy na swoją wyspę Colon i to był koniec wycieczki. 
Żegnamy gościnną wysepkę i odpływamy

Żegnaliśmy się w porcie, jak dobrzy znajomi, ponieważ bardzo przyjemnie spędziliśmy razem niedzielę i wszyscy uznaliśmy wycieczkę za bardzo udaną. 
Widzicie go? Oso Perezoso? Isla Solarte.

Podeszłam jeszcze do kapitano Valencio, aby uścisnąć mu dłoń i podziękować za bezpiecznie i mile spędzony czas na jego łodzi. Było ok., Sofia? Upewniał się zadowolony. Ok., kapitano, było bardzo ok.! 
Oni też przypłynęli, żeby obejrzeć leniwce
Wróciłam do hotelu i zobaczyłam, jak mnie urządziło słońce! To już nie było, ok.! niestety. Wszystko mnie boli i piecze. Kilka dni minie, nim z tego wyjdę.
W Parku Bolivara zapalili już lampy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz