Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 23 marca 2014

San Jose, Alajuela, Cartago, Wulkan Irazu - Costa Rica



 Zwiedzamy Muzeum Costa Rica

Muzeum w San Jose
Hotel miałam zapłacony do 14 marca, ale to był piątek, dzień najmniej odpowiedni do podróży. Początek weekendu, to przepełnione autobusy, korki na drogach i pełne  hotele w miejscowościach turystycznych.
 
Galeria obrazów w muzeum
A ja wybierałam się przecież do Limon, miasta położonego po przeciwnej stronie kraju,  nad Morzem Karaibskim. Przedłużyłam z tego powodu pobyt w San Jose o trzy dni,  do poniedziałku i poszłam do Muzeum Costa Rica, mieszczącego się u wylotu drogi na Alajuela.
 
Rzeźba
Zobaczyłam to muzeum z autobusu, gdy wracałam z Alajuela, miasteczka znajdującego się po drugiej stronie lotniska. Właściwie, to lotnisko winno nazywać się Alajuela, bo znajduje się 2 km od tego miasta, a nie San Jose, do którego jest 20 km.
 
Obraz w muzeum
Miasteczko, jak miasteczko, ale posiada wulkan Poas i ten wulkan chciałam zobaczyć. Nic z tego nie wyszło, ponieważ tego dnia chmury zasnuły niebo tak dokładnie, że nic nie było widać. Nawet góry otaczające mesetę, zginęły z pola widzenia.
 
Instalacja w muzeum
Poza tym, kogo zapytałam o drogę do wulkanu Poas, to nikt nie wiedział, nawet policjanci. Było to dla mnie bardzo dziwne, ponieważ czytałam relację w poważnym polskim piśmie o podróżach, gdzie napisano, że Alajuela leży u stóp wulkanu Poas.
 
rzeźby
Skoro u stóp, to powinnam już z daleka ten wulkan widzieć. Ok., były chmury, ale mieszkańcy i miejscowi policjanci w Alajuela nie wiedzą, gdzie idzie się do wulkanu?
 
Znane nam postacie w muzeum w Kostaryce
Informacji Turystycznej też w Alajuela nie znalazłam i nikt mi nie potrafił powiedzieć, czy jest w tym mieście Biuro Informacji Turystycznej, czy nie ma.
 
w muzeum
Poprzestałam więc na obejrzeniu samego miasta. Zaraz przy terminalu autobusowym znajduje się Plac Juana Santamaria, z jego pomnikiem, bo to jest bohater narodowy.

Wejście do parku
Bardzo schludny Park Centralny im. Tomasa Guardia, z piękną zabytkową fontanną zachęcił mnie do odpoczynku w cieniu drzew, skąd spokojnie mogłam przyjrzeć się otaczającym go budynkom i ludziom siedzącym na kamiennych ławkach.
 
Dzieła artystów Kostaryki
Alajuela robi wrażenie spokojnego, trochę sennego miasteczka, w którym życie toczy się bez pośpiechu. Ludzie chodzą wolno, wysiadują na ławkach, nie liczą czasu.
 
Mural w muzeum o płodności i rodzeniu. Wymowny.
Dłużej zatrzymałam się przy neoklasycystycznej Katedrze z przełomu XVIII i XIX wieku.

Na dziedzińcu. Wewnątrz jest miniatura tej rzeźby. Praca na roli.
Katedra posiada typowy dla budownictwa kolonialnego biały front z dwoma wieżami i bardzo długą część główną.
 
Rzeźby na dziedzińcu muzeum
Budowla zakończona jest charakterystyczną czerwoną kopułą z małymi okienkami. Bardzo ładny kościół. Posiada trzy nawy, wszystkie zdobione pięknymi ornamentami.
 
Katedra w Alajuela
Zajrzałam do podwórka, a właściwie ogrodu wewnętrznego Centrum Kultury Alajuela. Alajuela Cultural Center mieści się w dawnym budynku Municipal Palace.
 
Wnętrze Katedry
Nadal mieści się tutaj Archiwum Miejskie, ponadto działa  średnia szkoła muzyczna, Miejskie Konserwatorium oraz Biuro Promocji Sportu i Biuro Promocji Kultury 
 
i w drugą stronę. Galeria.
Idąc do historycznej części miasta, natknęłam się na Teatr Miejski. Naprawdę w tej Kostaryce mają słabość do teatrów. Są wszędzie, tak jak u nas kiedyś w Polsce kina. Kina zostały wyparte przez telewizję i video, ale do teatrów ludzie nadal lubią chodzić.
 
Teatr Narodowy w Alajuela
Zaskoczył mnie widok czarnego budynku „La Bohemia Rock Bar”. No, no, w takim małym miasteczku taki czarny Rock? Pamięć o wielkich muzykach trwa tutaj nadal.

Frontowa ściana Rock Baru
Gdy zobaczyłam „Hotel La Vulcanos” pomyślałam, że może tędy idzie się do wulkanu, bo z zasady, hotele i restauracje przyjmują nazwy atrakcyjnych obiektów, w pobliżu których są usytuowane. Ale żadnego drogowskazu do wulkanu nie było.
 
Wejście do Parku Miejskiego
Obejrzałam również śliczny kościół z Aniołami pn. Santuario del Santo Cristo. Mam słabość do Aniołów, więc musiałam koniecznie wejść do tego kościoła na chwilę.
 
Kościół z Aniołami
Całości dopełniła wizyta w Mercado Central, gdzie wypiłam świeżo wyciśnięty sok z ananasa, obejrzałam większość stoisk i kupiłam na kolację cztery soczyste mandarynki.
 
Centrum Kultury
Gdy wyszłam na ulicę, zobaczyłam autobus jadący do San Jose. Pokiwałam ręką i zatrzymał się, mimo że nie było przystanku. Wróciłam do domu, nie zobaczywszy wulkanu Poas. Bilet autobusowy z San Jose do Alajuela kosztuje 535 colonów.
 
Centrum Kultury w Alajuela
Następnego dnia wróciłam pieszo śladem autobusu, aby zwiedzić Muzeum Costa Rica dojrzane z autobusu. Trafiłam bez problemu i spędziłam tam przyjemnie przedpołudnie.
 
Na skarpie siedzi bardzo duży pan. On wyraźnie trzymał coś w ręku. Ale co?
Obrazy i rzeźby artystów kostarykańskich były bardzo interesujące, jak również murale na ścianie, w drewnie i na złotym naszyjniku.
 
Kobieta sprzedająca arbuzy. Muzeum Costa Rica
Ale skąd w takim muzeum wziął się Lenin? Dostojewski? Tołstoj? W Centralnej Ameryce?
 
Nawet go podkolorowali
Wulkan Poas nie dawał mi spokoju. Wzięłam rozpiskę autobusów, gdzie wyraźnie było napisane, że z Terminalu P-5, jadą autobusy do Aeropuerto Internacional, Alajuela, Volcan Poas i Fraijanes.
 
Murale w drewnie na galerii
Pokazałam tą rozpiskę kierowcy autobusu na Terminalu P-5, w końcu to jego firma te informacje opracowała, to powinien wiedzieć gdzie ich autobusy jeżdżą, a gdzie nie.
 
i na złotym naszyjniku. Za szybą.
Kierowca kiwał głową ze zrozumieniem, ale powiedział, że oni tylko do Alajuela jeżdżą, ale on tam wulkanu nie widział. Ja przecież wiem, że wulkan nie stoi przy Terminalu autobusowym, ale ktoś powinien wiedzieć, jak się do niego dostać.
 
Cabeza na dziedzińcu muzeum
Skoro miasto leży podobno u stóp wulkanu i w rozkładzie jazdy autobusów napisano, że do wulkanu autobus jeździ, to przynajmniej powinno być go z daleka widać, nawet jeśli trzeba dalej dojść pieszo 2-4 km.
 
Widok muzeum od strony dziedzińca
Wsiadłam do tego autobusu i znowu pojechałam do Alajuela. Gdy dojeżdżaliśmy do miasta, dokładnie przyglądałam się wszystkim mijanym drogowskazom niebieskim (samochodowym) i brązowym (do atrakcji turystycznych).
 
Ciekawa rzeźba. Muzeum Costa Rica
Wreszcie zobaczyłam brązową tablicę ze strzałką pokazującą kierunek do Parku Narodowego i Wulkanu Poas. Szybko poprosiłam kierowcę, aby zatrzymał autobus i wysiadłam. Postanowiłam iść według strzałki.
 
Pierwsza tablica info
Albo można tam dojść, rozumowałam, albo będzie jakiś inny autobus, który dowozi ludzi w pobliże wulkanu. Ważne, że jest pokazany kierunek i jest droga.
 
Dzielnica domów jednorodzinnych
Pogoda tego dnia była piękna, każda góra wokół miasta rysowała się wyraźnie przed oczami, ale żadnego wulkanu nie zobaczyłam. Coś mi tu nie pasowało.
 
Mały biały domek
Znalazłam się w dzielnicy posiadaczy bogatych domów i condominiów. Widoki były prześliczne, domy różnorodne architektonicznie. Większość domów pilnowali prywatni  ochroniarze, inne miały zainstalowane kamery.
 
Intrygująca rzeźba przed prywatną posesją. Ten na górze patrzy w dół.
W końcu ulice mi się skończyły, posiadłości były ogrodzone razem z ulicami i rozległymi polami , czyli tereny wykupione na własność. Musiałam wrócić do miasta.
 
Condominium Monte Negro. Koniec drogi.
Wracałam inną drogą, bo nie lubię chodzić tymi samymi ulicami dwa razy. Zawsze trzeba coś nowego zobaczyć i zobaczyłam następne tablice, wskazujące drogę do Vulcano Poas, ale z informacją, że jest do niego 30 km!
 
Volcan Poas 30 km
No i sprawa się wyjaśniła. W Alajuela nikt nie znał drogi do wulkanu, bo miasto wcale u stóp wulkanu nie leży, ale 30 km od niego. Dla tutejszych ludzi 30 km, to widocznie  jak za morzem. Skoro wszystko mają na miejscu i stolicę pod bokiem, to nie myślą co jest w drugą stronę szosy, za zakrętem.
 
Wracamy do domu
Alajuela w ogóle można powiedzieć, żyje tylko dla siebie. Tam nawet nie zawiesili tabliczek z nazwami ulic i placów. Wszyscy chodzą na pamięć. Turyści też ich o ulice nie pytają, no bo ulice nazw nie mają, to o co pytać?
 
Zejście do miasta
Żeby trafić z powrotem na terminal autobusowy do San Jose, musiałam poobserwować teren i zapamiętać znaki szczególne. Na szczęście nie było to trudne, bo przed terminalem był park z placem zabaw dla dzieci. Każdy tu wskaże drogę.
 
Na terminalu autobusowym w Alajuela
Oprócz tych dwóch drogowskazów, które z trudem podczas drugiej bytności w mieście znalazłam, nie ma żadnej wzmianki o wulkanie, żadnej promocji, reklamy, jako atrakcji turystycznej znajdującej się w pobliżu, żadnych wskazówek, czym można dojechać lub mapki dla jadących samochodem, nic.
 
Dzielnica bogatych ludzi
Jedno jest pewne, że prędzej można powiedzieć o lotnisku, że leży u stóp Alajuela, bo 2 km od niego, chociaż mówi się, że znajduje się ono w San Jose, które jest 20 km dalej, niż że wulkan Poas leży u stóp Alajuela.
 
Sklep w dzielnicy bogatych ludzi.
Tak to jest ufać przekazom ludzkim. Zrobiłam zakupy na ostatni weekend, który spędzać będę w San Jose, w eleganckim i bardzo dobrze zaopatrzonym sklepie samoobsługowym w Alajuela  W poniedziałek rano wyjeżdżam bowiem do Limon.
 
Jestem już na dole. W dzielnicy biedniejszych ludzi
Ale w sobotę jeszcze spróbuję dojechać do wulkanu Irazu. Łatwo się nie poddaję. Na tej samej rozpisce podano, że z Terminalu P-11 autobusy jeżdżą do El Volcano Irazu i nigdzie więcej. Może rzeczywiście tam jeżdżą? Zaraz jutro rano to sprawdzę.
 
Wycieczka zbiera się na ulicy. Przodem: Jerry Espinoza.
No i sprawdziłam. Plątałam się wokół Teatru Narodowego dobre dwadzieścia minut i nigdzie nie mogłam znaleźć terminalu P-11, który według mojej mapki powinien się tam znajdować. Były po obu stronach ulicy przystanki zwykłych autobusów (parady), a o wulkanie Irazu żadnej informacji.
 
Piekne widoki z góry
W końcu zapytałam kierowcę jakiegoś autobusu, który stał na poboczu. Kierowca był bardzo uprzejmy, bo wysiadł z samochodu i zaprowadził mnie w miejsce, gdzie na betonowym słupie wisiała tabliczka „Vulcano Irazu” i godzina odjazdu, oraz powrotu.

Jedziemy autobusem
Tabliczka była na tym słupie zawieszona tak wysoko, że nigdy bym jej nie zauważyła, nawet gdybym jeszcze kilka razy obok tego słupa przechodziła. Trzeba by chodzić z zadartą do góry głową, aby coś takiego zobaczyć.

Pokonujemy kolejne góry i serpentyny
Chyba, że się wie, tak jak ja teraz. Godzina odjazdu była tylko jedna i pan mi ją przeczytał, ponieważ tak wysoko nic nie mogłam zobaczyć.

Zostawiliśmy za sobą miasteczka, wsie i góry
Otóż autobus do wulkanu jeździ tylko jeden raz dziennie o godz. 8.oo rano, a z wulkanu wyjeżdża o 12.30 i o której do San Jose dojedzie, to będzie. No, proszę!
 
Tak tutaj, według kolejności ludzie wsiadają do autobusów.
Była już 9.30, więc z wyjazdu nici. Pociecha była taka, że jestem w San Jose jeszcze całą niedzielę, więc mogę tam pojechać następnego dnia, a teraz, aby nie tracić dnia,

Ruiny kościoła
przeszłam szybko do terminalu P-16 znajdującym się na skrzyżowaniu Avenida 10 z Galle 5 i pojechałam do Cartago, dawnej stolicy Kostaryki.
Pozostały tylko zewnętrzne mury
Miasto pięknie położone wśród gór. Zabytków z dawnych  czasów pozostało niewiele, ale za to, jak te resztki zagospodarowano !  Wspaniały pomysł!
Wnętrze zagospodarowano na park
Otóż w ruinach po dawnym kościele pw. Santiago de Apostol z 1870r, projektu Germańskiego architekta Franciszka Kurtza, założono park.
mostki, alejki,  źródełka wody
Wszystkie zewnętrzne stare mury kościoła pozostawiono, wejścia, łuki bram z witrażami u góry (odtworzonymi), a w środku pięknie zaprojektowany i utrzymany park. Niesamowita sprawa!
Widać, że mieszkańcy lubią to miejsce
Można sobie spacerować alejkami lub posiedzieć na ławce. Wokół drzewa, kwiaty, oczka wodne, mostki, ławeczki, kamienie z dawnych,  zabytkowych budowli. W samym środku miasta, a jakby na innej planecie.
Okna i bramy zostawiono
Zakochane pary siedzą bezpośrednio na trawie, ukryci za pachnącymi krzewami kwiatów. Ale tak ukryte nie za bardzo, ponieważ w Kostaryce, jak i w innych krajach latynoamerykańskich, młodzi ludzie nie kryją się ze swymi uczuciami. 
położono chodniki, wytyczono alejki
Ściskają się i całują w różnych publicznych miejscach. Na swoich zdjęciach zauważyłam, że często gdzieś tam w tle złapałam całującą się parę, bez specjalnego  zamiaru. Wszędzie się całują, więc trudno ich nie złapać w kadr, przy okazji fotografowania czegokolwiek.
Świetny pomysł z tym parkiem w ruinach
W tym oryginalnym parku nie ma żadnych tabliczek „nie deptać trawników”, ani nic w tym rodzaju, więc ludzie swobodnie siedzą lub leżą wprost na trawie, w takim zabytkowym wnętrzu. Bardzo mi się to podobało.
Trochę historii w dwóch językach
Na zewnątrz, na placu przed ruinami kościoła, nie było już tak ciekawie. Ale gdy zagłębiłam się w stare uliczki z małymi, kolorowymi domkami, mogłam sobie wyobrazić, że pierwsza stolica Kostaryki była kiedyś bardzo ładnym miastem.
Muzeum w Cartago
Weszłam do Muzeum, mieszczącego się w dawnym budynku władz miasta. Obejrzałam prace artystów kostarykańskich, w bardzo interesująco urządzonym wnętrzu. 
W muzeum
Chodzi się tam schodami na galeryjki, półpięterka, gdzie wiszą obrazy, jak również ogląda się je w  salach i podcieniach w patio.

W muzeum
Widać, że ludzie zajmujący się sztuką oraz projektowaniem wnętrz, są tutaj naprawdę zdolni i z polotem. I ważne, że im się chce. W muzeum znajdują się również murale.
W muzeum
I rowery! Akurat realizowany był projekt o historii rowerów i bardzo ciekawie połączono pokaz dzieł malarzy ze starymi rowerami w pasażu murali.
W muzeum
Samo usytuowanie tego muzeum jest bardzo ciekawe. Żółty, rozłożysty budynek widać już z daleka. Po obu stronach ogromne zielone klomby i kwiaty, a po środku płaskie schody wiodące do głównego wejścia.
Murale i rowery
Zanim się jednak dojdzie do schodów, najpierw, przy wejściu do ogrodu stoją dwa filary, imitujące bramę, a na tych filarach znajdują się rzeźby lwów.
Widok na miasto ze schodów muzeum
Do tej bramy wchodzi się prosto z ulicy kolorowych, parterowych domków, przechodząc przez tory kolejowe i ścieżki rowerowe,
Zabytkowe tory kolejowe 
W Cartago zostawiono bowiem na ulicach stare szyny kolejowe, którymi idąc, dojdzie się do budynku stacji kolejowej, w której też urządzają właśnie muzeum, ale kolejnictwa.  
i ścieżki rowerowe
Projekt jest jeszcze w realizacji, więc nie było można tam wejść, ale za siatką już widać stare parowozy i wagony oraz perony stacji.
Dworzec jeszcze nieczynny
Na ulicach, wokół torów ułożono z czerwonej cegły ścieżki rowerowe i chodniki do spacerowania, ale wszędobylskie samochody i tam potrafią wjechać i ustawić się na przykład, na samych zabytkowych torach, 
 
Prace na wykończeniu
wokół których usypano drobne kamienie, takie z jakich zazwyczaj są nasypy kolejowe. Jeśli nie zabronią wjeżdżać tam samochodom, to niebawem kamienie zostaną rozjechane, a rowerzyści nie będą mogli czuć się tam bezpiecznie.
Ludzie już by chcieli oglądać. A może jechać?
Sam pomysł bardzo ciekawy. Takie nieduże miasto, ale widać, że się stara i nie tylko dla turystów, ale dla swoich mieszkańców, aby przyjemniej im się żyło na co dzień.
Wejście do parku w ruinach
Właściwie Cartago ma tylko trzy bardzo ciekawe rzeczy do pokazania - park w ruinach, muzeum i wystawę sztuki wśród klombów oraz zabytkowe kolejnictwo. Gdyby nie te pomysły, miasteczko byłoby smętne i nieciekawe.
Na zewnątrz
Czwartą pozytywną sprawą, jest odnowienie elewacji wszystkich starych domów, przez co jest tak czysto i kolorowo w starej dzielnicy miasta.
Kościół w Cartago
Wszystko to powoduje, że warto było odwiedzić Cartago, pierwszą stolicę Costa Rica.

Św. Franciszek z psem
Po powrocie do domu, poszłam wcześniej spać z obawy, abym nie zaspała rano na autobus do wulkanu Irazu. Codziennie budzę się w Kostaryce o godzinie ósmej.
 
Ja z Jerrym
A na 8..oo, to ja już muszę być na Placu, obok teatru, więc muszę wstać o 6.30 i to już bez robienia sobie kawy w pokoju, tylko ubrać się i wyjść. Z nadzieją, że zdążę wypić kawę czekając na autobus.

Docieramy do Wulkanu  Irazu
Trzy razy się budziłam i sprawdzałam godzinę, ale to ciągle jeszcze była noc. W końcu zobaczyłam, że minęła szósta, wstałam, bo ta ostatnia drzemka mogła okazać się zgubną i znów obudziłabym się o ósmej.
Można tu chodzić tylko wytyczonymi ścieżkami
Oczywiście, jak zwykle byłam za wcześnie. Ale małe cafe były już czynne, można było kupić świeżą, pachnącą, gorącą kawę i kanapkę z kurczakiem, pomidorem i sałatą. Gdy zjadłam śniadanie i wróciłam na przystanek, stali tam już w kolejce ludzie.
Po piasku wulkanicznym można chodzić
Ale co to byli za ludzie?! W skafandrach, polarowych bluzach, wełnianych czapkach na głowie, w grubych skarpetach i wiązanych butach skórzanych, z plecakami i laskami lub zwykłymi kijami w ręku. Boże ty mój? Gdzie ja jadę?
Jestem tutaj!
Spojrzałam na swoje sandały na bosych stopach, podkoszulek z krótkim rękawem i koniec, nic więcej nie miałam. Nawet polaru nie zabrałam z sobą, nawet szalika tego cienkiego, żeby w razie co, narzucić na siebie. Tylko butelkę wody mineralnej kupiłam po drodze.
Podwójne barierki chroniące ludzi
Głęboko naciągnęłam na głowę kapelusz, który na szczęście zawsze noszę z sobą, odkąd spaliła mi się w słońcu twarz (a szczególnie nos) i stoję. Myślę sobie, czy nie wrócić do hotelu, ale to już ostatnia szansa, aby ten największy wulkan w Ameryce Środkowej zobaczyć, bo następnego dnia rano opuszczam przecież  San Jose.
Wulkan Irazu
Wściekam się sama na siebie, bo w końcu miesiąc już tu jestem, a z niczym nie mogę zdążyć. Dosłownie w ostatni dzień na ten wulkan jadę, a przecież już od dawna miałam go w planie i nie zdążyłam. Trudno, jadę, jak stoję. Najwyżej będzie obciach.
Chwilami robią się małe tornada. Trzeba chronić aparat foto.
Przy mnie stoi szczupły chłopak o zabawnej twarzy, a może tylko trochę śmiesznie ubrany, co czyni całą postać zabawną i interesującą jednocześnie. Na głowie ma  kapelusz, taki jak dawniej nosili podróżnicy, z szerokim rondem, wiązany pod brodą na rzemyki. Tylko małej moskitierki przy rondzie brakowało.
Chodzimy wszędzie, gdzie można
Jeansy blado niebieskie, ok., granatowa koszulka z napisami i kwiatami, jak się nie mylę. Na przedramieniach przepaski uciskające, solidne buty, plecak, a w ręku kij, jaki noszą tułacze. Długie blond włosy wychodzą spod kapelusza, broda i okularki.
Krajobraz taki księżycowy trochę
Czy ktoś taki nie jest zabawny? Przedstawiliśmy się sobie, Jeremi – Sofia i zaczęliśmy rozmawiać. Pytam, o co tu chodzi, bo ja jak dziwoląg wyglądam w tym towarzystwie. Może pomyliłam wycieczki? Ja tylko chciałam zobaczyć Volcano Irazu!
Jak na bezludnej planecie
Spokojnie, pocieszył mnie Jeremi. Na wulkan wyglądasz ok., chociaż powinnaś mieć jakiś polar, albo sweter, bo tam na górze bywa chłodno, ale reszta jest, ok.! a my idziemy na treking, dlatego jesteśmy inaczej ubrani i wyposażeni.
odpoczywając, można podziwiając z daleka
Jeremi powiedział, że ich wysadzą z autobusu parę kilometrów wcześniej i oni pójdą ustaloną trasą dla trekingowców, a nas zawiozą wyżej, na sam wulkan. Odetchnęłam z ulgą! W autobusie usiedliśmy razem i całą drogę przegadaliśmy. Jechaliśmy długo.
Jesteśmy na szczycie. Góry zostały pod nami.
Kątem oka widziałam za oknem piękne krajobrazy, ciągle pięliśmy się pod górę, w dole ogromne przepaście, żadnych barierek ochronnych, samochody mijają się na zakrętach. 
Przy głównym kraterze
Po bokach ,co rusz stoją krzyże, znak, ze już niejeden przeszarżował, ale nie mam czasu się bać, bo rozmawiam z Jeremim.
Tylko niebo zawsze tak samo błękitne.
Otóż Jeremi studiował filozofię na uniwersytecie w Kostaryce, ale przez jeden rok studiował na Ukrainie. Odwiedził również Polskę, miasto Kraków. 
Sporo osób przyjeżdża tutaj swoimi samochodami
Zna język rosyjski i trochę polski. Mówi, że gdyby popraktykował, to by sobie polski język przypomniał. Pracuje na Uniwersytecie w San Jose, wykłada filozofię.
W takim plenerze można spożywać lunch
W telewizji obserwuje, co dzieje się na Ukrainie, bo jak już człowiek gdzieś był i się zżył, to go wszystko interesuje, co tego miejsca dotyczy.
Volcan Irazu
Ukraina mu się podobała, chociaż przyjaciół tam nie zdobył. Studenci z krajów latynoamerykańskich trzymali się w grupie, a byli tam wówczas, oprócz Jeremiego z Kostaryki, również studenci z Hondurasu, Meksyku, Nikaragui i jeszcze kilku innych. 
Widoki wokół wulkanu
Ukraińcy nie byli, przynajmniej wówczas jeszcze, otwarci na inne nacje i nie szukali z nimi kontaktu na niwie prywatnej. W Polsce bardzo mu się podobało, jak również w Pradze czeskiej, gdzie też był.
 
Parking i bar przy wulkanie Irazu
Potem pytał o mnie, o moją podróż. Rozmawialiśmy różnie. Trochę po angielsku, po polsku, wplatając słowa rosyjskie i hiszpańskie, jak akurat się składało. Najważniejsze, że się jakoś dogadywaliśmy i wymieniliśmy informacjami i swoimi uwagami.
Z czasem robi się tłoczno na Irazu
Jeremi, to bardzo miły człowiek i otwarty na świat. Opowiedziałam mu, co już w Kostaryce widziałam i że bardzo mi jest miło, że tyle polskich śladów tu spotykam. 
Ciągle ciągną następni ciekawi i zadziwieni
Czy wiesz Jeremi, że przed Teatrem Narodowym w San Jose stoi głowa naszego polskiego wielkiego kompozytora i pianisty Fryderyka Chopina?
Można zajrzeć w krater, ale z bezpiecznej odległości
Wiem, wiem, uśmiechnął się Jeremi i weszliśmy w tematy muzyczne. On bardzo lubi słuchać Chopina, a zaraz potem zaczęliśmy rozmawiać o muzyce współczesnej, potem o książkach, o pisarzach wielkich w Europie i w Centralnej Ameryce. 
Młodzi weszli na wąski murek, aby lepiej widzieć
Potem znów o Ukrainie, o Rosji, o Putinie w odniesieniu do ukraińskiej sytuacji, o stanowisku Unii Europejskiej na to, co się tam dzieje i byśmy mogli tak bez końca, ale dojechaliśmy do punktu zbiórki trekingowców i musieliśmy się pożegnać. Jakiś kontakt? Ok.!
Idzie mgła, ale nie zwracamy jeszcze na nią uwagi
Dałam mu wizytówkę z adresem e-mail, napisze i będę miała jego adres. Zobaczył tam adres na mój blog i bardzo się ucieszył. Włączysz sobie translate i będziesz mógł poczytać, skoro lubisz czytać blogi, mówię.
Mgła schodzi do krateru
A Jeremi odpowiedział mi na to, że będzie czytał po polsku, to sobie znowu język przypomni i z tego właśnie bardzo się cieszy. Bardzo miły gość z Jeremiego. Na odchodnym opisał mi przebieg ich trasy. Wiodła ona w niższej partii wulkanu i wynosiła 15 km. Oni poszli, a my pojechaliśmy dalej, w górę, do wulkanu Irazu. 
Jak tu teraz zejść?
Teraz już przyglądałam się krajobrazom za oknem i ludziom w autobusie. Ci, co jechali na wulkan, wyglądali już podobnie, jak ja, w sandałach lub innych letnich butach, ale mieli cieplejsze okrycia z sobą. Jakieś kurtki, polary, kangurki itp
Za bardzo się chyba oddaliłam w tą wulkaniczną nieckę
Że też ja o tym nie pomyślałam. Ciągle jest gorąco, więc odzwyczaiłam się od myśli, że może być chłodno. Odkąd jestem w Kostaryce, ani raz nie padał jeszcze deszcz. 
Widzę szybko zbliżającą się mgłę i uciekam na twardy grunt
Swoją drogą nie wiem, po co ja to wszystko dźwigam z sobą, bo kiedykolwiek jest coś potrzebne, to okazuje się, że mam to  w walizce, w hotelu. Jestem zła na siebie o to.
Zaraz wszystko zniknie mi z oczu. Za moment.
Ale gdy wysiedliśmy przy wulkanie, na samej górze, pocieszyłam się, że nie jest tak źle. Słońce grzało nieźle, po wysuszonym piasku wulkanicznym całkiem dobrze się chodziło w sandałach. Wokół niecki wulkanicznej ułożono chodnik dla zwiedzających.
Ostatnie zdjęcie i chowam aparat. Mokro.
Ludzie mieli z sobą furę jedzenia i picia. Jedli już, czekając na autobus, jedli w autobusie i jedli przy wulkanie. Ja miałam tylko butelkę wody mineralnej, a w żołądku tą jedną kanapkę, kupioną rano w pobliżu przystanku autobusowego.
Gdy mgła zeszła, zobaczyłam ludzi i nasz autobus
Ale się okazało, że to również żaden problem, ponieważ przy wulkanie Irazu  przystosowano wszystko dla turystów. Była więc restauracja, kawiarnia, sprzedawcy z jedzeniem i pamiątkami. Poszłam tam i kupiłam sobie jedzenie oraz gorącą kawę.
Samochody się odsłoniły i ludzie mogli wrócić  do bazy
Były ławki do odpoczynku dla tych, co nic innego nie chcą, tylko trochę spokoju i dla tych, co już wszystko obejrzeli, zjedli, kupili i czekają na swój autobus. Bilet za wstęp na Wulkan Irazu kosztuje 5.500 colonów.

Wróciła widoczność, mogliśmy jechać
Chodziłam, gdzie tylko było można i oglądałam, podziwiałam, fotografowałam, zabrałam z sobą trzy kamyki wulkaniczne na pamiątkę. W pewnej chwili zobaczyłam, jak idą chmury nad wulkan. Idą i idą, w naszym kierunku.
Ostatnie spojrzenie na ten zadziwiający twór przyrody
To było dziwne uczucie. Drzewa, wulkaniczne nasypy, krawędzie, zaczęły znikać mi z oczu. Po chwili zniknęli mi z oczu ludzie. Obracam się i nie widzę naszego zielonego autobusu. O mało co, nie wpadłam w panikę.
Każdy ubiera na siebie, co ma w plecaku.
Małe samochody (ciągle przyjeżdżali nowi ludzie swoimi samochodami, lub już odjeżdżali) włączyły światła, ale po chwili też zniknęły mi z oczu. Przestałam fotografować, bo zrobiło się mało zabawnie. Mgła zaczęła się skraplać. Nic nie padało, a wszystko robiło się coraz bardziej mokre, jakby się rzeczy w wodzie zamoczyło.
Żegnamy Volcan Irazu
Z trudem wróciłam na miejsce, gdzie był tak zwany taras widokowy, bo obawiałam się, że za chwilę nigdzie już nie dojdę. Nic wokół nie widziałam nawet na metr, ale byli już ludzie, więc stałam się spokojniejsza.
Cały czas będziemy teraz jechać w dół
Ta mgła otoczyła nas wszystkich i skraplając się powodowała, że mieliśmy mokre włosy i ubrania. Ludzie wyciągnęli z plecaków kurtki, peleryny przeciwdeszczowe, a niektórzy parasole. Ja nie miałam nic, więc stanęłam w rowie pod takim szerokim, jak ogromny płaski talerz, liściem i on mnie chronił od tego mokrego powietrza. Zrobiło się naprawdę chłodno.
W dole widać Cartago
Nie mogłam skryć się w tej restauracji, w której byłam na kawie, bo zniknęła z mojego pola widzenia i nie wiedziałam w którym kierunku ona się znajduje. Chodziłam tu i tam, skupiając się na wulkanie, gdy mnie raptem ta mgła zaskoczyła. 
Plantacje
Zupełnie nie wiedziałam, gdzie ja w końcu jestem. Stałam jednak w miejscu, pod tym liściem, bo tu stali ludzie. Gdy mgła się wreszcie trochę przerzedziła, okazało się, że stoimy tuż za naszym autobusem. I dobrze, bo zbliżała się 12.30 i czas był wracać na dół, do gorącego San Jose, tonącego w słońcu.
Pola uprawne
Myśleliśmy, że kierowca nas wpuści do autobusu te parę minut wcześniej, bo właśnie nadszedł. Ale on wszedł tam razem ze swoją dziewczyną i całowali się bardzo długo. Wszyscy grzecznie czekali w tych swoich kapturach, pod parasolami, ja w tshircie.
Pastwiska
Gdy już się nacałowali, dziewczyna wyszła, a on  wpuścił nas do autobusu i teraz cały czas jechaliśmy z góry na dół. Widoki nie do opisania, wspaniała ta Costa Rica!
Wioski w kotlinach
Robiłam zdjęcia przez szybę w autobusie, ale one nie oddadzą realnego piękna przyrody, poza tym autobus trzęsie, szyby brudne, ale nie mogłam się powstrzymać, widząc takie cuda natury!
I te przepiękne pomarańczowe lasy
Późnym popołudniem wróciłam do hotelu, bo przecież musiałam się spakować na podróż do Limon. Wyjeżdżałam następnego dnia rano. 
które, jak dywany słały się po stokach gór
Autobusów do Limon jest sporo, więc nie musiałam zdążyć na konkretną godzinę, ale wolałam wyjechać jak najwcześniej, żeby w Limon spokojnie, za dnia, znaleźć jakiś hotel i zakwaterować się.
Niesamowity widok, nie do uchwycenia aparatem
Z pakowaniem się mam zawsze problem i nie lubię tej czynności wykonywać. Nikt jednak tego za mnie nie zrobi, więc muszę jakoś dojść z tym wszystkim do ładu sama.
W San Jose muzyka i ludzie tańczą na ulicy
Rano pożegnałam się z Lukasem, bo on był akurat na dyżurze w recepcji, tak jak pierwszego dnia, miesiąc temu, kiedy mnie przyjmował. 
Niedziela w San Jose
Wymieniliśmy pożegnanie w różnych językach, zostawiłam im z dedykacją (dla Lucasa, Jowaniego i Daniela) książeczkę o Warszawie w języku hiszpańskim, przybiliśmy piątkę, Lukas zniósł mi na dół walizki i ruszyłam w dalszą podróż!
Clown pozuje specjalnie dla mnie.
Pura Vida!  cieszmy się życiem takim, jakie mamy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz