Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

środa, 30 października 2013

c.d.info o Gwatemali

 c.d.opowieści o Gwatemali i jej mieszkańcach
 
Brenda

Przed jazdą tymi ogromnymi, kolorowymi autobusami ostrzegano mnie, twierdząc, że nie są bezpieczne i jeździ nimi tylko najbiedniejsza część społeczeństwa. Zaryzykowałam i na szczęście nic złego się nie stało (chodzi tu głównie o niebezpieczeństwo wynikające z przypadków zatrzymywania przez Maras autobusów i okradanie pasażerów, a nawet uprowadzanie i zabijanie turystów).

gospodarz w wieży księżniczek wiesza hamak
Mimo, że było ciasno, w całym autobusie przyjemnie pachniało mydłem i dobrymi perfumami. Sami wiemy, jak w naszych polskich miejskich autobusach w Warszawie śmierdzi. Nieraz nawet zmuszona byłam wysiadać w połowie drogi, żeby wsiąść do następnego, bo się wytrzymać nie dawało. Myślę więc, że mój podziw dla Gwatemalczyków  z powodu zachowania higieny osobistej, jest właściwy. Bujna przyroda Gwatemali powoduje, że również występuje tu dużo egzotycznych ptaków. O białych i czarnych Flemingach już wspominałam, ale są tutaj również bardzo kolorowe ptaki. Jednym z najważniejszych dla Gwatemalczyków jest Quetzal, od którego nazwę wzięła waluta gwatemalska.

Przyszły i zrobiły rewolucję!
Zielony Quetzal Herbowy, z długim, jak tren ogonem, jest ptakiem narodowym Gwatemali, stanowiąc jej symbol. Jego wizerunek widnieje na fladze narodowej państwa i umieszczony jest w państwowym herbie, stąd nazwa – herbowy. Dla Gwatemalczyków jest on symbolem wolności i podobno tak jest rzeczywiście. Zamknięty w niewoli – ginie.

30 października 2013r – środa

Czas się zbierać w dalszą drogę. Chyba żaden turysta nie przesiedział tak długo w Livingston, jak ja. Chyba, że zakochał się w tym miasteczku na końcu świata i został tu na stałe. Ale było mi dobrze u Manueli, w jej pałacyku z bajki o pięknej księżniczce, która z wieżyczki wyglądała swojego księcia na horyzoncie Morza Karaibskiego. I chyba po nią przypłynął i zabrał z tego cypla morskiego, bo żadnych księżniczek już tutaj nie widzę.

Są księżniczki! śliczne i radosne!
Młode dziewczęta są pewne siebie, pracowite i przedsiębiorcze. Po ulicach więcej szwęda się mężczyzn. Kobiety są zapracowane. To głównie one zarządzają rodzinnym biznesem, same prowadzą wyrób i sprzedaż tortilli, prowadzą sklepy, jeżdżą samochodami i skuterami organizując zaopatrzenie i załatwiają sprawy papierkowe w Municipial Nawet u Manueli to widzę Ona, córki i młode pracownice bez przerwy coś robią. Gospodarz, wystarczy, że  ma na wszystko oko, ale jest bardzo miły i uprzejmy.

z werwą zabrały się do pracy
Robi tylko to, o co go poprosi Manuela. W tej chwili przyjechał transport z nowymi krzesełkami i stolikami, które trzeba rozładować, powkładać do stolików nogi i to wszystko poustawiać w dużej sali, na tarasie i na podeście przy basenie oraz wnieść do wieżyczki księżniczki, skąd rozciąga się piękny widok na  całe morze, ponieważ szykuje się jakieś święto i lato przyszło! Zakochane pary będą mogły spędzić w wieżyczce niezapomniane chwile, oczywiście po kolei, bo tam się mieści tylko jeden stolik i jeden hamak.

zajęły każde wolne miejsce w ogrodzie
Manuela zarządziła, kto ma co robić i do pomocy przydzieliła im męża, a sama zniknęła w kuchni.  Dzisiaj gotuje się bowiem więcej potraw, bo spodziewana jest większa liczba gości. Praca wre, ja piszę i od czasu do czasu pstrykam dziewczynom zdjęcia. Nie mają do pomocy ani jednego chłopaka! Oglądam się też za Brendą, która w tym zamieszaniu gdzieś się podziała i nie zrobiła mi dolewki kawy.

bębniarz
Naprawdę, dzisiaj z samego rana przyszło lato! Moje zielone spodnie rybaczki są za grube na taką pogodę, a Manuela wczoraj zabrała wszystkie moje rzeczy do prania i nie mam nic cienkiego, w co mogłabym się przebrać. Oczywiście, mogłabym pokopać trochę w torbie podróżnej i coś znaleźć, ale to wieczne przewracanie w torbie i plecaku doprowadza mnie do szału. Niech już pozostaną spakowane do jutrzejszego wyjazdu. I tak muszę dopakować tam jeszcze te wyprane rzeczy, które odbiorę po południu. Zawsze przed wyjazdem z danej miejscowości daję rzeczy do prania, aby do następnego miejsca zabrać z sobą wszystko czyste. Z Livingston wyjeżdżam jutro rano, czyli w czwartek, 31 października. Manuela zamówi mi taxi, abym przed 9.oo rano była już w porcie, bo jeszcze bilet muszę kupić i znaleźć odpowiedni peron, to znaczy pomost, z którego moja łódź odpływa, a jest ich tam kilka.

w porcie Livingston

Wracając do opowiści o Gwatemali:

W czasie różnych fiest i świąt można obejrzeć rdzenne tańce narodowe, zorganizowane na wzór teatrów ulicznych, jakie widziałam w Barcelonie. Mieszkańcy przebrani w kolorowe stroje i maski, odgrywają wówczas sceny z historii swojego kraju. Na przykład, brutalny najazd Hiszpanów na wolny indiański lud gwatemalski. Słynny w całej Ameryce Łacińskiej muzyk śpiewający ballady, Ricardo Ariona, to również obywatel Gwatemali.

 
również przy basenie będą siedzieć
Gwatemalczycy to naród sentymentalny. Oprócz słuchania rzewnych ballad, z prawdziwą pasją oglądają od rana do nocy tasiemcowe filmy z czasów kolonializmu (typu O,Hara). Telewizory stoją w każdym sklepowym baraku, w restauracjach, hotelach, biurach podróży, po prostu wszędzie. Jak nie ma kogo obsługiwać, to ogląda się telewizję i wszędzie idą te łzawe filmy z dawnych czasów. No, chyba, że jest mecz!  Mecze odbywające się w Hiszpanii lub z udziałem hiszpańskich piłkarzy, traktowane są jak narodowe i mają tu pierwszeństwo przed wszystkimi innymi programami! I są w kółko  powtarzane, jak u nas wiadomości na TVN-24, naturalnie, jeżeli akurat nie idzie nowy odcinek filmu o dawnych czasach kolonializmu w Central Ameryce.

Takie coś na każdym stole dla absolwentów ustawiono
Jest podobno taki film, pt.„La Hija del Puma” (Córka pumy) , który można obejrzeć w szkole dla obcokrajowców, o wojnie domowej w Gwatemali. Ciężki, nie wszyscy wytrzymują nerwowo i wychodzą z sali przed końcem filmu, gdyż pokazuje on bez zahamowań, jaką jatkę Gwatemalczycy sami sobie zgotowali. W 1960r interwencja Amerykanów doprowadziła do tego, że teraz tubylcy nie cierpią Amerykanów, chociaż, jak wszyscy (równieżPolacy) do Stanów by chcieli wyjechać na stałe. Taki pogmatwany ten świat jest, że tęskni się do dawnego życia pod rządami najeźdźców, kolonialistów, torturuje i zabija się nawzajem swoich, do interweniujących o zakończenie zbrodni czuje się nienawiść, ale chciałoby się żyć w kraju wroga. Trudno nadążyć za ludzkimi odczuciami i subiektywnymi  racjami. Lepiej tego nie ruszać.
Bohaterką filmu „Córka Pumy” jest Nineth Montenegro, której udało jej się uciec do USA, dzięki czemu przeżyła, a po wojnie wróciła i weszła w politykę, jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa. Wspólnie z Rigobertą Menchu Tum, wywodzącą swój rodowód od Majów, z indiańskiego plemienia Quiche, która w 1992r  dostała nagrodę Nobla, założyły partię „Encuentro por Gwatemala”, w wolnym tłumaczeniu: szukam nowej drogi dla Gwatemali. Ta druga pani kandydowała na Prezydenta kraju, nie została nim jednak, długo żyła na emigracji w Meksyku, ale parę lat temu wróciła do swojego kraju.
Od 2012r Prezydentem Gwatemali jest Otto Perez Molina ur.01.12.1950r, wojskowy, wykształcony w Stanach Zjednoczonych, od 2001r przywódca „Patrtido Patriota” czyli Partii Patriotycznej.
Andrzej Bobkowski, polski pisarz („Dzienniki”), który wyemigrował do Gwatemali po II wojnie światowej, założył tutaj pierwszy sklep modelarski. Opisywał swoje życie w Gwatemali i początek wojny domowej. O innych Polakach w Gwatemali nie mam informacji. Są tutaj Niemcy, Anglicy, Holendrzy, Amerykanie, którzy zajmują się turystyką, trafił się Japończyk, Francuz i jeszcze pewnie kilka innych przedstawicieli różnych państw by się znalazło, którzy zorganizowali tutaj swój biznes i tacy, którzy osiedlili się tu na stare lata z jakiś powodów. Nie ma tu jeszcze Chińczyków :)
dziewczęta przy pracy
Teraz muszę zakończyć pisanie, żeby nie przeszkadzać młodzieży. Dowiedziałam się właśnie, co to za uroczystość tu dzisiaj będzie. Otóż młodzież będzie świętowała ukończenie szkoły! Ja już wczoraj w mieście widziałam kobiety niosące takie bordowe berety, z dwoma frędzelkami u boku, jakie na filmach amerykańskich widziałam u młodzieży odbierającej dyplomy po ukończeniu szkoły! One te berety niosły dla swoich dzieci, maturzystów.

teren hotelu po zmianach
 Gospodarz mi wszystko wyjaśnił i powiedział, że będzie dzisiaj trochę głośno we Flamingos, bo młodzież będzie się bawiła przy muzyce na żywo.  Odpowiedziałam, że mi to absolutnie nie przeszkadza i że się cieszę mając okazję zobaczyć taką uroczystość.

trochę info o Gwatemali



28 października 2013r- poniedziałek

już przeglądam połączenia z Puerto Barrios
 W Livingston cały czas panuje jeszcze pora deszczowa, z czego należy wnioskować, że podawane w różnych informacjach dane o klimacie  Gwatemali są mylne lub pora sucha nastaje inaczej, w różnych częściach kraju. Z Internetu mam dane, które mówią, że pora sucha trwa od października do maja. Tymczasem październik już się kończy, a deszcze i wichury wprost szaleją nocami. Deszcze również padają za dnia, chociaż już z mniejszym nasileniem. Woda w morzu jest wzburzona i brudna. Temperatura jednak cały czas wysoka i bardzo duża wilgotność powietrza, co nie jest korzystną sytuacją. Rzeczy są wiecznie wilgotne, wyprane – nie chcą schnąć. Komary bez przerwy atakują, szczególnie w nocy, pomimo stosowania różnych środków odstraszających.
praca twórcza na ulicy
 W moim pokoju pojawiły się dodatkowo jakieś małe mrówki, które w ogromnych ilościach, jak wojsko, karnie w szeregu kroczyły przez całą ścianę od okna do wezgłowia mojego łóżka i znikały między materacem, a drewnianym spodem łóżka. Zawołałam Brendę, żeby zobaczyła co się dzieje, za nią przyszła Manuela, a na końcu jej mąż. Wszystko zostało z wielką uwagą i zdziwieniem obejrzane, po czym przydzielono mi nowy pokój o numerze 2, do którego bezzwłocznie przeprowadziłam się, a gospodarz miał się zmierzyć z mrówkami za pomocą silnego środka chemicznego. Zabrałam tylko swoje rzeczy osobiste i  wentylator, ponieważ pościel Manuela i tak chciała mi dzisiaj wymienić, więc zajęłam pokój świeżo wysprzątany, wyposażony w czystą pościel i ręcznik. Na korytarzu musiałam jeszcze swoją torbę podręczną porządkować i trzepać, bo te niezmiernie pracowite stworzenia zdążyły ją również zaatakować. Nie wiem, dlaczego Manuela nie stosuje w swoim hotelu moskitier nad łóżkami, skoro każdy pokój, pod sufitem ma ażurowe ścianki, przez które to otwory nie tylko komar, ale i quatzel by się przecisnął, jak byłby ambitny. Natomiast okna są zabezpieczone siatką, stwarzając poczucie bezpieczeństwa, dopóki człowiek się na sufit nie zapatrzy.
Jedna z dwóch ulic Livingston
Dobrze właściwie, że te gwałtowne, niezmiernie obfite nocne deszcze są tutaj, bo gdyby w takiej formie i ilości występowały w moim kraju, nieszczęście byłoby gotowe. Gdyby na przykład w Warszawie, chociaż jedna noc zdarzyła się z taką ilością deszczu, jaka była ostatniej nocy, mielibyśmy stolicę już zatopioną. Ludzie byliby ewakuowani, pompy nie nadążałyby z  wypompowaniem wody z piwnic i mieszkań, Towarzystwa Ubezpieczeniowe straciłaby duże pieniądze na wypłaty odszkodowań za zalanie mieszkań i zatopienie samochodów, a Prezydent stolicy i Premier kraju wzywani by byli przez panów Kaczyńskiego i Macierewicza do natychmiastowego podania się do dymisji wraz z całym Rządem za bezsilność wobec działań natury. 

Port w Livingston
Natomiast w Gwatemali nic takiego nie ma miejsca. Ludzie zabezpieczają, jak mogą, swój dobytek, woda zmywa do czysta ulice i bocznymi kanałkami spycha wszystko do morza, oszczędzając pracy miejskim służbom oczyszczania miasta. Moi gospodarze codziennie już od świtu szuflują wodę z zagłębień, gdzie się zatrzymała, a Brenda ogromną szczotką ściąga resztki wody z wyłożonych płytkami alejek tego czarodziejskiego podwórka, wprost do morza. Nikt nawet nie poświęca chwili myślom o Rządzie, bo wszystkie myśli skupiają tu głównie na swojej rodzinie i biznesie.

w porcie zawsze panuje ruch
Kilka ciekawostek o Gwatemali:

Gwatemala jest Republiką, Prezydenta wybierają co 5 lat i jest on jednocześnie szefem Rządu. Władzę ustawodawczą sprawuje Kongres Narodowy, liczący 116 Deputowanych. Kraj ten zamieszkuje ok. 14 milionów mieszkańców. Prawie 50% wśród nich, to rdzenni Majowie, pozostali, to wymieszane pokolenia po kolonizatorach hiszpańskich oraz sprowadzanych przez nich do pracy na plantacje kawy i trzciny cukrowej, Afro Amerykanach. 
Dwie ulice na krzyż, a każda wchodzi do morza
Gwatemalę napadał również lud zwany Tlaxcaltecas, który jednak coś pożytecznego po sobie zostawili, nadał on bowiem wszystkiemu nazwy geograficzne, które używane są do dnia dzisiejszego.  Gwatemala pochodzi od słowa Quauhtetlemallan, które oznacza „miejsce wielu drzew” i to się jeszcze nie zmieniło, mimo słabo zauważalnej ochrony środowiska naturalnego. Gwatemala tonie cała w zieleni i  gęstych, górzystych lasach. 
Przypłynęła wycieczka Rosjan
Ogromne łańcuchy górskie przechodzą przez środek kraju, oddzielając nizinny teren Peten z gęstymi lasami tropikalnymi na północy, od nizinnego obszaru wybrzeża Morza Karaibskiego, z największym jeziorem Izabal (589,6 km2), po którym przez kilka godzin płynęłam łodzią, pełna podziwu dla tutejszej przyrody. Płynąc tym jeziorem, można również przyjrzeć się wyspie czarnych flamingów oraz indiańskiej wiosce, egzystującej nad brzegiem, w swojej dawnej formie. Nieraz można natknąć się na delfiny słodkowodne. Ja się niestety nie natknęłam, chyba dlatego, że tego dnia duży ruch panował na Rio Dulce, a delfiny z pewnością nie lubią tłumów.

trochę zdezorientowani
Największą rzeką Gwatemali, jest Rio Motagua, o długości 400 km, ciągnąca się od zachodu, w pobliżu Chchicastenango, w poprzek Gwatemali, przepływając obok miast: Mixco Viejo, San Cristobal Acasaguastlan, Rio Hondo, Morales, po czym mijając na wschodzie przejście graniczne do Hondurasu w miejscowości El Cinchado, łączy się z pasem granicznym, żeby po minięciu Los Quineles, wpaść wreszcie do Morza Karaibskiego  w granicznym mieście  Barra del Montagua.

Przewodniczka grupy przepytuje bębniarza
Rio Polohcic (240 km), niemal o połowę krótsza od Montagua, płynie po wschodniej części kraju, łącząc się z Lago De Izabal, największym jeziorem Gwatemali, aby wymieszana z jego wodami, połączyć się z Morzem Karaibskim w mieście Livingston, w którym obecnie piszę te słowa, siedząc w ogrodzie hotelu „Flamingos” i wsłuchując się w bicie fal o brzeg, tuż za moim stolikiem. W chwilach odprężenia przyglądam się przepływającym łodziom, motorówkom i statkom oraz intrygującej mnie od pierwszego dnia, ogromnej figurze, wyciosanej w kamieniu, stojącej samotnie na mini wysepce w odległości około 200 m od brzegu.
Zamyślona Gwatemalka
Gwatemala ma bardzo dużo rzek, odprowadzających  ogromne ilości wody do mórz, na południu i północnym wschodzie kraju. Do Pacyfiku, wpada dosłownie co kilka, kilkanaście kilometrów jakaś rzeka – Rio Los Escalavos, Rio Maria Linda, Rio Coyolate, Rio Nahualate, czy Rio Samala. Niewielka rzeka Rio Naranja, na pewnym odcinku łączy się z granicą meksykańską, na przejściu granicznym w  Tecun Uman i wpada do morza w miejscowości Tilapa, a tuż za granicą, już w Meksyku, płynie następna rzeka.

dzień, jak co dzień
Obfitość wody w Gwatemali jest ogromna - w rzekach, jeziorach, wodospadach i morzach, dodatkowo z nieba dostarczana jest w nieograniczonych ilościach i bez zamówienia. Stąd przyroda Gwatemali taka bujna i różnorodna i ciągle samo odradzająca się, nie wymagająca pracy ludzkich rąk. Z tych powodów, Gwatemala często jest nazywana krajem wiecznej wiosny. Wystarczy tylko chronić tą przyrodę przed bezmyślnym niszczeniem, przy okazji rozwoju cywilizacyjnego.  

transport publiczny w Livingston
W środkowej części Gwatemali płynie Rio Negro, przechodząc płynnie w Rio Chixoy o Negro, która za Salinas Nueve Cerros, przekracza granicę z Meksykiem i sama stając się granicą płynie obok majańskich piramid. W  pobliżu dopływu (po gwatemalskiej stronie),  Rio La Pasion, przechodzi przez przejście graniczne w Bethel, obok piramid Majów w Piedras Negras, żeby w końcu zniknąć z oczu za granicą, po stronie meksykańskiej.

handel uliczny
Do przejścia granicznego z Meksykiem w El Ceibo, ciągnie się również rzeka Rio San Pedro, przepływając w pobliżu budowli Majów, El Peru i La Joyanaca, a która swój początek bierze na północ od Lago Peten Itza, przy Flores, dokąd  prowadzi moja podróżnicza droga. Na północny wschód od Flores istnieje największe zagęszczenie budowli majańskich, ciągnących się od północy do granic z Meksykiem, a od wschodu z Belize.Jednocześnie jest to teren o wiele uboższy w rzeki, z wyjątkiem piramid Kinal, Rio Azul, San Bartolo i Xamakabatun. Między tymi piramidami, wiją się odgałęzienia rzeki Rio Azul, która na północy również przekracza granicę z Meksykiem.

Druga z dwóch ulic Livingston
Największymi zaś górami w Gwatemali są: Alto Cuchumatanec, Sierra de Chama, Sierra Las Minas i Sierra Madre, które ciągną się od Meksyku, przez Gwatemalę, aż do Hondurasu. Rzeka Motagua płynie doliną między Sierra Madre, a Los Altos. W tamtym rejonie znajduje się też największy wulkan Tajumulco (4220 m n.p.m.) oraz Park Narodowy Tikal z największymi piramidami Majów, gdzie właśnie się kieruję w swojej wędrówce przez ten zadziwiający kraj.

Drzewo owocowy w przydomowym ogródku

Gwatemala podzielona jest zasadniczo na cztery części:
1.Nizina Peten
2.Wybrzeże Morza Karaibskiego
3.Łańcuchy górskie
4.Wybrzeże Pacyfiku.

Błękitny sklep-kawiarnia
Cywilizacja zaczyna się od Rio Dulce. Ogromy most pobudowany nad jeziorem, pod którym mieszkałam w Backpackers, prowadzi do Tikal, krainy Majów, na północ kraju. Gdy będę tam jechała z Puerto Barrios drogą lądową, znowu przejadę po moście nad całym kompleksem hotelu Backpackers, przyjacielskim dla turystów, prowadzonym przez Europejkę, która w pewnych momentach wyglądała jednak na smutną i osamotnioną w tym otoczeniu.   Tylko przez moment, gdy spotkałam ją w mieście spacerującą samotnie, zamyśloną i smutną. Wróciła wówczas ze mną do centrum i pomogła przy bankomacie. Wieczorem w hotelu, swoim królestwie, znowu była uśmiechnięta i wszystkim życzliwa.

czasem można spotkać samotnego podróżnika
Zauważyłam, że od obszaru łańcuchów górskich, po wybrzeże Pacyfiku kraj posiada największe zagęszczenie miast i dróg, czyli w rejonach - patrząc od zachodu: San Marcos, Quetzaltenango, Totonicapan, Chimaltenango, wokół stolicy Ciudad Guatemala oraz na południowym wschodzie: Jalapa, Santa Rosa, Zacapa i Chiquimula.

czasem przypłynie kilka osób na godzinkę lub dwie
W środkowej części kraju (ze względu na bardzo wysokie góry) dróg jest mało, ale za to jakie widoki na trasie! Oszałamiające! Te istniejące, biegnące między stromymi ścianami gór, a przepaściami, są ciągle naprawiane ze względu na bezpieczeństwo podróżujących. Łączą one najważniejsze  miasta, jak Ciudad Guatemala, przez Coban w kierunku Flores i dalej na północ, do Carmelita, gdzie zaczynają się piramidy Majów, dochodzące do Narodowego Parku El Mirador. Od Ciudad Guatemala można też przejechać drogą do Lago de Izabal, lub zostawiając po lewej stronie jezioro, jechać wprost, wzdłuż Rio Motagua, do Puerto Barrios, do którego w czwartek muszę popłynąć z Livingston drogą wodną, ponieważ z Livingston żadnej utwardzonej drogi nie ma, w żadnym kierunku.
Mapa Livingston
W dżungli żyją po dawnemu Indianie. Jedną taka wioskę mijaliśmy płynąc jeziorem Izabal, ale w głębi dżungli takich wiosek jest więcej. Niektóre wycieczki chodzą z przewodnikami do wioski El Estor, położonej na wschód od Coban. Idzie się do niej 7 km pieszo przez dżunglę, mijając po drodze inne małe społeczności wiejskie, czy też plemienne, o nazwie Teleman, Tucuru, La Tinta i inne, które nie są nawet na żadnej mapie zaznaczone. Ludzie żyją tam, jak dawniej, w bambusowych domkach, krytych palmowymi liśćmi. Kobiety noszą huilpile, czyli tradycyjne, cienkie tuniki bez rękawów. Dzieciaki biegają nagie. Kontakt z cywilizacją mają głównie mężczyźni (!), którzy wypuszczają się do miasteczek po zakupy. Nie wiem skąd pozyskują pieniądze. Może sprzedają w mieście złowione przez siebie ryby i zebrane owoce lasu?, a może Rząd wypłaca im jakieś zapomogi? Nie zgłębiłam jeszcze tego tematu.

mijane wioski
Livingston uważane jest tutaj za ostatni punkt na Ziemi, za którym już nic innego nie istnieje. Jest to dawne miasteczko portowe, otoczone Morzem Karaibskim z jednej strony, a z innych stron gęstą, bagnistą, trudnodostępną dżunglą, stąd to poczucie odosobnienia, a wręcz osamotnienia mieszkańców. (i chyba dlatego tak tutaj dużo komarów w nocy! Przez te bagna!)

warzywa takie, jak u nas
Do Livingston można dostać się jedynie drogą wodną z Rio Dulce lub z oddalonego o 20 km Puerto Barrios. To właśnie z powodu Puerto Barrios, Livingston straciło na znaczeniu i z tętniącego życiem miasta portowego stało się zapyziałą, zaniedbaną i osamotnioną osadą, do której nawet niewielu turystów zagląda, ze względu na brak atrakcji i brak przyzwoitej bazy turystycznej.

Dobrze, że tutaj nie trafiłam. Chociaż się upierałam.
W ostatnich latach ludzie bardziej przedsiębiorczy, jak np. rodzina Manueli, próbują wykorzystać walory turystyczne miasteczka, ze względu na jego historię i położenie. Zakładają nowe hotele lub przystosowują stare budynki do wynajmowania kwater turystom, otwierają restauracje z prawdziwego zdarzenia, zamiast sprzedawać posiłki w blaszanych barakach lub bezpośrednio na ulicy. Bardziej też dbają o czystość we własnym otoczeniu. Niestety, to co za bramą, nie mieści się zazwyczaj w ich planach estetyzacji terenu. Bo to obce śmieci, a co obce, to nie warte uwagi.

Przed Lamingos chłopcy grają w kulki
Artyści wykonują swoją sztukę na oczach przechodniów, przez co bardziej zwracają na siebie uwagę wycieczek i zawsze znajdzie się jakiś chętny na kupno dzieła rzeźbiarza, malarza, wyrobnika pamiątek, czy klientka dla pani, zaplatającej dziesiątki cienkich warkoczyków na głowach turystek, na które następnie zostają nanizane kolorowe koraliki. Co też uważam za sztukę niemałą, wykonanie takiej pracy.

moje codzienne śniadanie
Nie ma tutaj artystów wykonujących tatuaże, których na przykład jest niezliczona ilość w krajach azjatyckich. Tatuaże w Gwatemali dyskryminują człowieka, przypisują go do grupy terrorystów, bandytów, ludzi spoza marginesu społecznego. Tak zwani gangsterzy gwatemalscy zwani tutaj Maras, są wytatuowani. Podejrzewam, ze chodzi o tych spotkanych przeze mnie na targu rybnym mężczyzn, z podgolonymi głowami, tatuażami i nagimi maczetami przy boku.

Gwatemalczyk z maczetą przy boku
Nikt ze społeczeństwa  z nimi nie chce się zadawać, nikt Maras nie da pracy, ani nie zaliczy do grona znajomych. Rząd nie wymyślił jeszcze sposobu, jak zmotywować tych ludzi, aby zechcieli żyć w sposób zgodny z przyjętymi normami. Wysyła na ulice patrole policyjne, (w Livingston wystarcza jeden terenowy, częściowo opancerzony samochód z dwoma policjantami, w tym jeden kierowca) które patrolują teren i mają Maras na oku.

przed sklepem
Policja turystyczna pilnuje bezpieczeństwa mieszkańców i nielicznych turystów, ostrzegając również przed wieczornymi spacerami po mieście i to wszystko. Bo Maras pojawiają się zawsze o zmierzchu. Każdy mieszkaniec, jeśli go zapytać, powie, gdzie nie należy chodzić, bo tam są Maras. Natomiast karaibskich piratów już tutaj nie ma.

inna uliczka Livingston
Najbardziej niebezpiecznymi rejonami w Gwatemali jest Zacapa i północ kraju, na pograniczu z Meksykiem. Niemniej, należy unikać samodzielnego  wypuszczania się w dżunglę, do wodospadów, wulkanów itp. Zdarza się, że idąc nawet z przewodnikiem, można zostać napadniętym, z różnym skutkiem końcowym.

Podwórko szkolne
Mimo to, wyraźnie widać, że Gwatemala jest już gotowa przemóc swoją niechęć do obcych i otworzyć się na turystów, bo widzi, że świat się zmienił i nie można wiecznie żyć w izolacji, a turystyka może sprawić, że sytuacja materialna ludzi poprawi się znacznie.

Lavendaria i laundry, czyli drogeria i pralnia w jednym
Nowy Rząd podobno stawia na turystykę i wszelkimi sposobami próbuje zaprowadzić w kraju porządek, żeby został on przez turystów uznany za bezpieczny.  Ale jak widać, rozwojem turystyki na razie głównie zajmują się przybysze z innych krajów i to oni głównie czerpią z niej zyski. Takich, jak rodzina Manueli, tworzących rodzimy i  rodzinny biznes jest jeszcze bardzo mało. Ale to właśnie tacy ludzie przecierają szlaki.

Klasa w szkole podstawowej
 Czas: gdy to piszę, jest właśnie 28.X.2013r godz. 20.30, laptop, który pozostał na czasie warszawskim, wskazuje godz. 3.30 rano 29.X.2013r. Przybywając do Gwatemali, trzeba więc cofnąć zegarki o całe 7 godzin.


29 października 2013r - wtorek


Livingston w zasadzie można całe obejść w pół godziny. Od strony nadbrzeża, gdzie przypływają łodzie pasażerskie i transportowe, ciągnie się jedna dłuższa ulica, następnie pod kątem 90o, druga dłuższa ulica, dochodząca do morza (na końcu której, znajduje się  mój bajkowy Flamingos, w którym się zatrzymałam) i tutaj w zasadzie miasteczko się kończy. Jest kilka małych, nieraz ślepych, nieraz dochodzących do granicy  wody, małych uliczek z kilkoma domami lub blaszakami mieszkalnymi, ale tam nie ma zupełnie po co chodzić.

Ratowniczki na zakupach
Mając jednak tak korzystne pod względem turystycznym położenie w zatoce Morza Karaibskiego, a z drugiej strony, drogę wodną przez piękne Rio Dulce, można pokusić się o przekształcenie Livingston w bezpieczne, turystyczne miasteczko tętniące życiem dzień i noc. Tylko kto to ma zrobić?

Przed warzywniakiem (ciekawa waga w oknie)
Mieszkańcy z nudów głównie leżą w hamakach lub snują się po kamiennym parku przy przystani, a gdy wieczorem się nieco ochłodzi, przenoszą się do knajpek, gdzie grają na różnych instrumentach, bębnach, a nawet czymś takim ze skorupy żółwia (chyba?) i tańczą. A jak nie grają, to puszczają na magnetofonie płyty ze swoją tradycyjną muzyką i też tańczą. Popijają swój ulubiony drink Coco Loco, którym właśnie przed chwilą uraczyła mnie Brenda i dużo ze sobą rozmawiają.

wszyscy się tu znają
Tak, wyraźnie odnoszę wrażenie, że to bardzo otwarci (dla siebie), gadatliwi ludzie. Stoją grupkami na ulicach i pogadują sobie. Po wyjściu z kościoła nie idą do domu, tylko urządzają sobie pogaduszki na środku chodnika lub siadają na ławeczkach (w parku lub na ulicach na przystankach furgonetek, stanowiących tutaj transport publiczny). Młode dziewczęta i chłopcy siedzą przy butelkach z coca-colą i gadają, śmieją się, wygłupiają – bardzo towarzyski naród.
Codziennie wieczorem, tymi zalewanymi przez morze ścieżkami, przychodzą do Flamingos zaprzyjaźnione grupy ludzi, łączą po dwa lub cztery stoliki, według potrzeb i jedzą oraz rozmawiają prze dwie lub trzy godziny. Bez przerwy jedzą i rozmawiają. Potem nagle wszystko cichnie i znowu tylko słychać tłuczenie się morskich fal o betonowe zabezpieczenie brzegu, przed bramą hotelu.

i jeżdżą sobie po mieście, po tych dwóch ulicach
Nawet mali chłopcy, co przychodzą nad sam brzeg morza, żeby przed wejściem do Flamingos grać w kulki, bez przerwy sobie coś opowiadają. A przychodzą tutaj, ponieważ przed moim hotelem jest najszerszy pasek ziemi, na którym można narysować trójkąt i grać. W innych miejscach, domy od morza odgradza tylko wąska ścieżka, na której trudno się minąć dwóm osobom i która bez przerwy zalewana jest wodą, więc trzeba iść boso.

wieczorna nauka gry w pustej szkole
Co pewien czas do przystani dobija łódź, tak zwana: colectivo lanchas, z której wysypuje się wycieczka z jakiegoś egzotycznego dla tutejszych ludzi kraju europejskiego lub azjatyckiego i wtedy jest się czemu poprzyglądać z pozycji hamaka lub plastikowego krzesełka. Wycieczka z własnym przewodnikiem przemknie przed nimi, jak powiew zanieczyszczonego innym zapachem wiatru, zostawiając za sobą obcą tutaj woń różnych perfum, zmieszanych z ludzkim potem. I po atrakcjach.
Właśnie zaczęły się wakacje
Bo muszę w tym właśnie miejscu napisać, że bardzo mnie pozytywnie zaskoczyła absolutna czystość osobista Gwatemalczyków. Człowiek może być w roboczym ubraniu, w niedbałym, rozciągniętym podkoszulku i opadających krótkich letnich portkach, ale jak się miniemy, snuje się za nim zapach czystości i bardzo często dobrych gatunkowo perfum, połączonych z zapachem czystego ciała. I u kobiet, i u mężczyzn, bez względu na wiek. To było również wyraźnie odczuwalne w chickenbusach, którymi dotychczas podróżowałam. 

c.d.n




poniedziałek, 28 października 2013

Niedziela w Livingston



27 października 2013r –Domingo - niedziela

białe flamingi i pies
 Zaraz po śniadaniu wzięłam laptop i poszłam do Travel Agency, żeby sprawdzić pocztę i przerzucić na blog rozdział i zdjęcia z Livingston. Wczoraj zdążyłam umieścić tylko Rio Dulce i San Felipe. Miałam zamiar również porozmawiać z tą panią, co mnie wczoraj obsługiwała, ponieważ doliczyła do rachunku 20 Q za Internet. Rozmawiałam przecież z panem z kantorku Travel Agency i powiedział, że Internet jest Wi-Fi. Nie wiem o co tu chodzi.

chłopiec z rybami
  Po drodze usłyszałam w Kościele Ewangelickim granie i śpiewanie z towarzystwem bębnów, więc weszłam i zasiedziałam się do końca nabożeństwa. Jeden z panów grających na bębnie pokazał mi na migi, że mogę robić zdjęcia. Naprawdę? Nie dowierzałam. Podziękowałam mu skinieniem głowy i uśmiechem i zaczęłam fotografować.
Dziewczyny tańcząc, niosą świece do ołtarza
Po chwili zauważyłam innego pana, należącego do wspólnoty, który przez cały czas nagrywał mszę, jak gdyby z urzędu. Nie wiedziałam, że kościoły prowadzą taką dokumentację. Niemniej, poczułam się raźniej, że nie fotografowałam sama, jako turystka, zaskakując ludzi, ale że jest na takie rzeczy przyzwolenie.

główny ołtarz
Ksiądz w skupieniu wygłaszał swoje kazanie, ale już młode dziewczyny wyznaczone do pełnienia pewnych ról, tanecznym krokiem w rytm bębnów przechodziły przez kościół, jednocześnie śpiewając.
Bardzo ekscytujące wydarzenie dla mnie. Trudno było nie poddać się nastrojowi panującemu podczas tej niedzielnej uroczystości. Ludzie byli odświętnie ubrani, mieli też inne fryzury, niż noszą codziennie. Zarówno część kobiet, jak i wszystkie dziewczynki, miały poplecione cienkie warkoczyki, mnóstwo warkoczyków, a dodatkowo wplecione w nie kolorowe koraliki.

bębniarze
Na co dzień noszą raczej rozpuszczone włosy, związane gumką w koński ogon, a małe dziewczynki przeważnie w dwa kicki i tyle. Ale w niedzielę było wszystko dopracowane w szczegółach. Moda na fryzury dla nastolatków, jest dla mnie zaskakująca.

wspólne śpiewanie
 To, że młodzi chłopcy stawiają sobie czubek włosów na żel, już mnie nie dziwi, ale tutaj robią to również młode panny. Grzywki wyżelowane, aż błyszczą z daleka i są skutecznie przylepione na płask do całego czoła. Taka moda, trudno z modą dyskutować.
wierni w kościele
  Ludzie w kościele nie mieli już takich ponurych min, jak na ulicach. Patrzyli na mnie przyjaźnie i uśmiechali się. Może ta świąteczna atmosfera na nich zadziałała? Zostałam do końca nabożeństwa, więc jak się na końcu żegnali i przekazywali sobie znak pokoju, również podchodzili do mnie, ściskali mi rękę i chyba dobrze mi życzyli. Ja im również. Bardzo sympatyczny był ten niedzielny poranek.
Gdy się już ze wszystkimi pożegnałam i napatrzyłam się na przedkościelne pogaduszki sąsiedzkie, poszłam do Travel Agency. Zamówiłam cappuccino, którego wczoraj nie dostałam, bo z jakiś względów nie działała maszyna do sporządzania tego rodzaju kawy.

kobiety gwatemalskie
Kelnerka mówiła, że to z braku energetyki, ale laptop ładował się w kontakcie, więc chyba o coś innego chodziło. Dzisiaj była ta sama kelnerka i tak, jak wczoraj, chodziła po sali, jak chmura gradowa, chociaż wiele pracy nie miała, bo w lokalu byłam tylko ja i jeden chłopak, pijący w kącie piwo. Dzisiaj laptop miałam naładowany, więc nie korzystałam z energetyki.

wspólne śpiewanie
 Napisałam do Oliwii w Warszawie i do Pawła w Sri Lance i uzupełniłam wpisy na blogu oraz załączyłam kilka zdjęć. Ta kelnerka ciągle pytała, co ja jeszcze zamawiam, ale ja poza cappuccino i wodą mineralną nie odczuwałam potrzeby jedzenia, bo byłam po śniadaniu.

w czarne worki na kiju, dziewczyny zbierały ofiarę
Dopiero, gdy skończyłam pracę, spakowałam laptop, poprosiłam o rachunek i z tego powodu wpadłam w pasję, sprawa się wyjaśniła. Otóż, znowu do rachunku kelnerka doliczyła mi 20 Q za Internet. Tak, jak wczoraj.

wyniesienie krzyża
Podeszłam z tym rachunkiem do pana z Travel Agency i poprosiłam o wyjaśnienie, bo informacja nad jego biurkiem wisi taka, że w tym lokalu Internet jest Wi-Fi, co ogólnie znaczy, że nie płaci się za korzystanie z niego. Dlatego też nie ma wywieszonego cennika ile trzeba zapłacić za minutę, 10 minut, czy godzinę, więc ja tu czegoś nie rozumiem.

wyprowadzenie księdza
  Pan zapytał czy mówię w espaniola? Nie, odpowiedziałam zgodnie z prawdą. W english? nie, proszę pana, ani w germany, ani w Russia, ani w żadnym innym, poza polonez, ale proszę mówić, co trzeba, to zrozumiem.

pogaduszki przed bramą
No więc pan wyjaśnił mi, że Internet jest tu rzeczywiście free, ale jeżeli się konsumuje. A ja nie konsumowałam. Jak to? przecież wczoraj dwa piwa tu wypiłam, a dzisiaj kawę i wodę mineralną zakupiłam, ja naprawdę nie mogę ciągle konsumować, bo się odchudzam! 

i na ulicy
  Wypaliłam tak z głupia frant, bo wstyd mi było powiedzieć, że ich potrawy mi nie smakują, więc nie mogę zmuszać się do jedzenia czegoś takiego i jeszcze za to płacić  więcej, niż płacę za normalne jedzenie w Polsce. 

nie każdy chce wracać do domu
Ale przecież siłą mnie tu do Gwatemali nikt z nich nie zaciągał, więc nie mogę robić przykrości ludziom z tego powodu, że ich jedzenie jest dla mnie okropne. Dla nich jest smaczne, bo konsumują bez umiaru, od rana do wieczora.

handel w niedziel nie jest zabroniony, więc po mszy, na zakupy
Rzeczywiście, tanio tu nie jest. Już samo piwo kosztuje 15 Q, czyli 2 $, co daje 6,40 zł i jest to w butelce 0,33 l!. W Polsce mam 0,5 l za 3,40, 4,20, w zależności od marki. O jedzeniu już nie wspomnę, bo jest nieporównywalne.

można też na ulicy rozwijać własne hobby
Trudno nawet opowiedzieć, co to jest na talerzu i co by nie było, kosztuje najmniej 30 Q, a coś z mięsem lub rybą, 80 Q do 120 Q. Ryba, ile zaważy, ale nie wiem, czy ważą żywą, czy już usmażoną. Odkryłam, ze pod pewną, niezrozumiałą dla mnie nazwą dania w menu, kryją się trzy placuszki, obok nich na talerzu leżą trzy mini plasterki melona, a do tego podawany jest płynny miód.

stragany z ciuchami też pracują w niedzielę
Ta potrawa wreszcie przypominała mi coś normalnego i od chwili tego odkrycia, zamawiam te placuszki na każde śniadanie, a do tego kawę z mlekiem. Coś w końcu muszę jeść. Wszystkie dania zamawiane dotychczas, były niesmaczne. Ja naprawdę chciałam się przemóc i jeść te potrawy, dlatego codziennie zamawiałam inną, aby trafić w końcu na coś zjadliwego, ale niestety, zmuszałam się do jedzenia, żeby nie zostawić wszystkiego na talerzu i nie obrazić gospodarzy.

Paulo w pracy
 Dlatego już ich nie zamawiam. Menu jest sztywne, wydrukowane raz, na zawsze i nic nowego nie jest klientom oferowane. Żadnego wyboru nie mam, poza tym, że czasem kupię sobie suchą bułkę, która też nie jest taka, jak nasza, bo natychmiast kruszy się w ręku. Ale z jakiejś tam mąki jest, więc mogę ją czasami zjeść, aby zapchać żołądek.

jeden dom spłynął z deszczem, postawiono drugi
Aż trafiłam na te placuszki. Skoro jednak jadam je na śniadanie, nie mogę znowu ich konsumować w Travel Agencia, zresztą nawet nie wiem, czy tam taką potrawę mają. W ich menu, wszystko zaczyna się od 50 Q. Myślałam, że ich tu przechytrzę i w Travel Agencji zatrzymam się na cappuccino lub piwie, udając, że jadłam już w swoim hotelu, a w hotelu udam, że jadłam już na mieście i dlatego nie konsumuję.

ta pani sprzedaje losy na loterię
Ale ten fortel nie przeszedł. Pewnego wieczoru, zaniepokojony gospodarz hotelu, osobiście przyszedł do mojego pokoju, zapytać, dlaczego nie przyszłam na kolację! I jak tu nie polubić takich ludzi? We Flamingo,s są dla mnie wszyscy bardzo uprzejmi, wiec czuję się bardzo winna z tego powodu, że nie mogę z apetytem jeść ich posiłków i chwalić gospodynię za wyjątkowe umiejętności kulinarne. 

na przystanku furgonetek osobowych
  Troszczą się tu o mnie, sprawdzają, czy jestem już w pokoju, zanim zamkną na noc bramę, żebym nie znalazła się w kłopocie, w razie późnego powrotu do hotelu. Ostrzegają, abym była ostrożna i zbyt późno nie wracała, bo nocą nie jest tu bezpiecznie. Doceniam zainteresowanie i liczę się z ich zdaniem. Gdy tylko zapada zmrok, wracam do Flamingo,s. Sama boję się tych młodzieńców z maczetami przy boku.
 
człowiek z maczetą i specyficzną fryzurą na głowie

Być może za dużo uwagi poświęcam temu tematowi, ale mnie osobiście zawsze interesowały takie normalne sprawy, jak na co dzień, podróżując po różnych krajach, radzą sobie podróżnicy w takich sytuacjach. Nie sądzę, aby byli zachwyceni absolutnie wszystkim w każdym zakątku świata.

taki ruch na ulicy w sennym zazwyczaj Livingston, to tylko w niedzielę
 Odmienność kulturowa, w jedzeniu, piciu, modzie, stylu bycia i życia, religii, w zachowaniach w stosunku do innych ludzi, jest tak ogromna, że niemożliwym jest, aby wszystko było dla każdego  takie cudowne! Wspaniałe! I zachwycające!

niedzielny, wesoły Paulo, co zna Polskę i Wałęsę
W Gwatemali zachwycająca jest przyroda. Natura obficie obdarowała ten kraj w przepiękne góry, lasy, jeziora, wodospady, różne wspaniałe gatunki kwiatów, egzotyczne drzewa, rzadko spotykane, piękne kolorowe ptaki, różne gatunki ryb i innych stworzeń morskich, jakich w Europie nie mamy.
Nie wspominam już o historii i wyjątkowych budowlach, jakimi są piramidy zostawione przez  Majów, bo jeszcze do nich nie dotarłam w swojej wędrówce. Z pewnością opiszę wrażenia, gdy już dojadę do Flores i Tikal i sama wszystko na własne oczy zobaczę.

moto-bagażówka
Wracając do Travel Agency – dowiedziałam się, że aby korzystać za darmo z Internetu, muszę jeść. Konsumowanie kawy, wody, piwa, nie jest wystarczającym powodem, aby mieć za darmo Internet. Poza tym dodał pan, wczoraj korzystałam z energetyki, a to też kosztuje.
Odpowiedziałam panu grzecznie, ze byłam pewna, iż ten lokal jest właśnie dla podróżników, dla ich potrzeb i wygody, bo takie w różnych krajach funkcjonują i nawet w Gwatemali, w Antiqua są takie hotele, restauracje i agencje turystyczne, gdzie od podróżników nie pobiera się opłat za takie rzeczy.

przyroda gwatemalska
A nawiasem mówiąc, dodałam, wczoraj rzeczywiście korzystałam z energetyki, bo tylko tutaj była. W całym Livingston nie było energetyki od rana. Ale dzisiaj, bardzo przepraszam, laptop pracuje cały czas na bateriach. Pani kelnerka może potwierdzić, że się pod nic nie podłączałam. Kelnerka przytaknęła, kiwając głową.

w miasteczkach takie  korki
 I tak, drogą targów i uprzejmych negocjacji, doszliśmy do porozumienia. Za wczoraj, ze względu na energetykę, te 20 Q już odżałowałam, a za dzisiaj, pan wykreślił z rachunku 20 Q i zapłaciłam tylko za cappuccino i wodę mineralną. Natomiast przyjdę tu znowu jutro, bo blog muszę uzupełnić i zamówię jakąś konsumpcję, ok.? Ok. 

największe zanieczyszczacze środowiska
No rozchmurz się wreszcie, mówię do kelnerki i uśmiecham się mile – przynajmniej wiem już, dlaczego ciągle mnie męczyłaś pytaniami, co jeszcze chcę zamówić i robiłaś złe miny, że nic nie chciałam. Taka Twoja praca, nie gniewam się. Naprawdę tomorrow coś tu eating, ok.?

zakupy przypłynęły
 Coś chyba zrozumiała, jeżeli nie ze słów, to z gestów, bo w końcu się uśmiechnęła do mnie i nastąpiła zgoda. Ale w Antiqua naprawdę nie kazali mi jeść, żeby skorzystać z Internetu. Gdy tak sobie rozmawialiśmy, z nieba urwało się chyba kilka chmur i ściana deszczu zasłoniła wyjście, a wokół zrobiło się prawie ciemno. Chyba jeszcze nie nastała w Gwatemali pora lata.

ulewa, a ja w Travel Agency
Być może nadchodzi, bo wichura się taka zerwała, że aż trzęsie moim pokojem. U nas takie zachowanie się natury świadczy, że nastąpi kategoryczna zmiana pogody. Może tutaj też?