Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

czwartek, 27 czerwca 2013

Zapowiedź

Witam wszystkich zainteresowanych moim nowym blogiem pn."Na łączniku dwóch Ameryk" zwanym roboczo blogiem latynoamerykańskim, w odróżnieniu od poprzedniego, który był blogiem polsko-azjatyckim. A to dlatego, że w poprzednim blogu opisuję swoje podróżowanie po krajach azjatyckich, przeplatając je ciekawymi (tak mi się w każdym razie wydaje) wydarzeniami polskimi. Zachęcam do czytania:
http://zosia-mojepodroze.blogspot.com

Właściwie zakończyłam pisanie tego pierwszego bloga w grudniu 2012r, ale ostatecznie wróciłam do niego, wrzucając tam nowe wydarzenia i zdjęcia i czynić tak będę, dopóki nie wyjadę do Ameryki Łacińskiej. A wylatuję już za trzy miesiące - we wrześniu 2013 roku.

Bielsko-Biała: tablica pokazująca zanieczyszczenie powietrza
Otóż przygotowania idą pełną parą. Zaczynam od Gwatemali skąd przemieszczać się będę bez zbytniego pośpiechu do Salwadoru, Hondurasu, Nikaragui, Kostaryki, Panamy, Kolumbii. Tam być może zatrzymam się na dłużej. Chciałabym też polecieć na Kubę, a potem do Nowego Orleanu, lecz nie wiem, czy Kuba ma połączenia lotnicze ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki, czy Castro zarządził szlaban. Jeżeli okaże się, że nie ma - to polecę do Belize, stamtąd na Jukatan i dopiero z Meksyku popłynę lub polecę do Nowego Orleanu. Takie są plany, a jak będzie - życie pokaże.

Zwiedzamy z Oliwią to urocze miasteczko
Póki co, uczestniczę w ciekawych wydarzeniach warszawskich. Jednym z takich wydarzeń były Warszawskie Targi Książki zorganizowane na Stadionie Narodowym. Może trafię na jakąś relację z podróży po Ameryce Łacińskiej? Targi odbywały się oczywiście w holu, od wewnętrznej strony hali sportowej, ale kto chciał odpocząć i nasycić wzrok przestrzennym boiskiem, mógł wejść i posiedzieć sobie w strefie widzów, co też uczyniłam.

Jerzy Bralczyk i Michał Ogórek
Prof. Jerzy Bralczyk - znany językoznawca, z dziennikarzem i satyrykiem Michałem Ogórkiem, prezentowali swoją wspólną książkę pt. "Bralczyk i Ogórek, kiełbasa i sznurek"

Edyta Jungowska
Edyta Jungowska podpisywała audiobooki z nagranymi przez siebie książkami dla dzieci, głównie szwedzkiej autorki Astrid Lindgram.Obowiązkowo odwiedziłam boxy z książkami podróżniczymi.

Wojciech Cejrowski
W spotkaniach z odwiedzającymi targi uczestniczył Pierwszy Podróżnik Rzeczypospolitej, Wojciech Cejrowski. Kilka stoisk dalej podpisywała swoje książki Beata Pawlikowska i Martyna Wojciechowska. Byli też inni podróżnicy, głównie ci, którzy są jednocześnie dziennikarzami, znanymi gwiazdami telewizyjnymi, radiowymi lub celebrytami. Bo też tacy autorzy mają najłatwiejszy dostęp do wydawnictw, reklamy i prezentowania swoich książek na różnych targach i spotkaniach z czytelnikami. Spotkałam Piotra Kraśko rozdającego autografy. Wprawdzie nie widziałam, ale z pewnością gdzieś tam był Jarosław Kret, bardzo sympatyczny i kontaktowy gość, pogodynek, barwnie opisujący swoje podróże.

Warszawskie Targi Książki 2013 na Stadionie Narodowym
Jak widać na powyższym zdjęciu, targi odbywały się jeszcze przed majowym nawrotem zimnej pory deszczowej i przed moim tompnięciem w dniach 2-14 maja. Teraz, po chorobie, nie jestem już taka pulchna. Schudłam w ciągu tygodnia ponad 6 kg! jedyna dobra strona tej niespodziewanej, a gwałtownej niedyspozycji :)

Iza Fronczyk z lankijskim mężem
Poznałam bardzo sympatyczne małżeństwo, specjalizujące się w organizowaniu wycieczek do Sri Lanki. Pani Polka wyszła za mąż za Pana Lankijczyka i wspólnie prowadzą biuro podróży w Londynie. Odległości na kuli ziemskiej naprawdę nie mają już znaczenia. Ludzie bez przerwy przemieszczają się. No cóż....XXI wiek zobowiązuje. Względna cenowa dostępność do szybkich środków transportu powoduje, że ludzie są ciągle w ruchu. Na ziemi, wodzie i w powietrzu.

Stoisko Pani Izy
Porozmawialiśmy sobie o Sri Lance, bo to taki mały kraj, że wszyscy bywają w tych samych miejscach i często znają  tych samych ludzi. Mąż Pani Izy nie zna wprawdzie języka polskiego, ale pani Iza tłumaczyła moje słowa kierowane do pana i odwrotnie. Bardzo mili i szczęśliwi ludzie.Znają oczywiście Pawła, który mieszka w Mount Lavinia, chociaż obecnie wyjechał na jakiś czas do Kambodży.
W pewnym sklepie pierwszy raz zobaczyłam cejlońską herbatę z okolic Kandy w Sri Lance. Aż się wzruszyłam i natychmiast ją kupiłam. Zaraz rano w biurze ją zaparzyłam i rzeczywiście smakuje znajomo. Jest dobrego gatunku, ponieważ na filiżance nie pozostaje osad. Miło popatrzeć na obrazki przedstawiające miejsca, w których się było, ziemię, po której się chodziło, plantacje, które się odwiedzało.

oryginalna herbata z plantacji w okolicach Kandy-Sri Lanka
Tak właśnie wracają wspomnienia. Wystarczy jakaś drobna rzecz, obrazek, nazwa i wspomnienia z podróży wypełniają człowieka gorącą falą. Ale wracając do tematu:
Zaczynając pisać ten blog, w trakcie zbierania się do następnej podróży, mam na celu wprawienie się w pisaniu na maleńkim laptopie, który  zabieram z sobą.Poprzednio jeździłam z dużym laptopem i nadźwigałam się okropnie. Tym razem postanowiłam zabrać z sobą wszystko w mini wydaniu, żeby nie szarpać się i nie tracić zdrowia przez te bagaże (i nie płacić za nadbagaż na lotniskach:)
Minimum rzeczy - maximum radości z podróżowania. Takie jest motto mojej podróży.

orkiestra w Blue City
Opiszę tu przygotowania do podróży. Zaczęłam od kursu fotograficznego, ponieważ robione dotychczas przeze mnie zdjęcia pozostawiały dużo do życzenia. Mam zamiar w lepszym stopniu opanować korzystanie ze swojego aparatu fotograficznego, żeby w pełni oddać piękno odwiedzanych miejsc.
Kurs fotograficzny wykupiły dla mnie moje dzieci w prezencie imieninowym.

w studio fotograficznym
Oczywiście, uczę się na tym dużym Nikonie, mini Sony mam tak w razie czego, gdy w różnych sytuacjach nie będę mogła wyjąć dużego, lub gdy nie daj Boże coś z dużym by się stało. Zabieram też z sobą taki śmieszny aparat z natychmiastowym drukowaniem zdjęć - Instat Camera, czyli polaroid , żeby po zrobieniu zdjęcia, na poczekaniu móc je dać w prezencie, głównie dzieciakom. Tego właśnie brakowało mi podczas podróży po Azji, ale w końcu udało mi się taki aparat kupić. Szukałam go bardzo długo. Wszyscy mówili, że już polaroidów nie produkują, ale w końcu jedna firma się zdecydowała i chyba nie będzie żałowała, bo nieraz takie szybkie zdjęcia są potrzebne, żeby komuś zrobić przyjemność, kto aparatu nie ma, komputera nie ma, ani swojej poczty mailowej. Wierzcie mi, żyją na świecie tacy ludzie i o nich mi właśnie chodzi.

lekcja poglądowa
Każdy kursant przyszedł ze swoim aparatem, było kameralnie i każdy otrzymał od mistrza tyle czasu, ile akurat  potrzebował, żeby zrozumieć w czym rzecz. Niezbędne były rekwizyty, modele i przykłady oraz naturalne warunki, w jakich zazwyczaj znajdujemy się robiąc zdjęcia: w pomieszczeniu, na zewnątrz - w parku, na ulicach, w dzień i w nocy. Większość z nas już od dłuższego czasu robiła zdjęcia w różnych okolicznościach, ale dopiero na kursie zaczęłam się dziwić, jak mało wiedziałam o swoim aparacie i jego możliwościach.

ćwiczymy
Gdy opanowałyśmy wiedzę na temat, co nasz aparat może robić, gdy tylko odkryjemy i zaczniemy używać właściwych pokręteł, guziczków i ledwo zauważalnych zacisków - ruszyliśmy w teren, robiliśmy zdjęcia ciekawych obiektów na ulicach Warszawy, zajęcia młodzieży udzielającej się w różnych dyscyplinach ćwiczeń fizycznych i umysłowych w budynku po dawnym kultowym sklepie "Emilia" przy ulicy Emilii Plater, a pod koniec kursu miałyśmy ćwiczenia z modelką, w którą wcieliła się bardzo miła i fotogeniczna córka jednej z kursantek, Dominika.

nasza modelka
 To jest bardzo sympatyczna i kontaktowa osoba, od pierwszej chwili daje się polubić i może dlatego lubi ją też aparat fotograficzny. Dominika była niezmordowana! Każdy z kursantów miał z nią osobną sesję, tak długą, jaką uznał za wystarczającą i nasza modelka ani raz nie okazała zniechęcenia czy zmęczenia.

Dominika
Przyniosła ze sobą torbę z ciuchami i przebierała się w błyskawicznym tempie, aby nasze fotografie mogły być urozmaicone. Niezmordowanie przybierała różne pozy, dając nam możliwość zróżnicowanych ujęć - na różnym tle, z różnym światłem, statycznie i w ruchu -  fantastyczna dziewczyna! Myślę, że to co nauczyłam się na tym kursie, zaowocuje w przyszłości w mojej podróży.

Takie mogę: są ludzie - nie ma twarzy
Dostałam zezwolenie od Dominiki i pozostałych osób na publikowanie ich zdjęć na swoim blogu, ale teraz weszły podobno przepisy, że jak takiego zezwolenia nie dostanę, to nie mogę publikować zdjęć nawet w sytuacji, gdy twarze ludzi są drugo- lub trzecio-planowe. Będzie ciężko. Bo jak można sfotografować jakąś dużą uroczystość? tańce? stadion pełen ludzi? żeby żadnych twarzy nie było widać? technika komputerowa daje możliwość zamazania twarzy, ale jak takie rozmazane zdjęcie wygląda?

Wilanów
Będzie już tylko można fotografować budynki, samoloty, statki i przyrodę.

Następnym moim zadaniem było wyrobienie wizy amerykańskiej. Okazało się, że nie można tak, ot sobie pójść na ulicę Piękną, do ambasady USA, wypisać druczek, pogawędzić z panem o jego pięknym i ogromnym kraju i poprosić o wizę, lecz należy drogą internetową wypełnić w skupieniu baaardzo długi i szczegółowy wniosek w języku angielskim, wpłacić należność internetowo (w/g aktualnego kursu dolara. W moim przypadku było to ponad 500 zł), na konto ambasady i czekać na wyznaczenie terminu spotkania z pracownikiem ambasady. Jeżeli  urzędnikowi coś się we mnie lub mojej wypowiedzi nie spodoba lub wykluje się w jego głowie choćby maleńkie ziarenko niedowierzania w to, co we wniosku napisałam, to odmówi wydania wizy, ale wpłaconych pieniędzy już nie zwróci. Takie są zasady. Zwróciłam się więc do swojego syna Marcina, bo jedynie on w rodzinie posługuje się biegle językiem angielskim i siedząc przy lunchu i przy laptopie, w nowym przyjemnym lokalu "Trzy kolory", wypełniliśmy wspólnie ten wniosek. To znaczy, Marcin pytał i wklepywał informacje w formularz, a ja udzielałam odpowiedzi na zadawane pytania.

wygodny pojazd, zwiedzając-cały czas ma się piwko przed nosem
na powyższym wyraźnie widać, że człowiek macha mi przyzwalająco na zrobienie zdjęcia. Uff! co za ulga :)
Ciekawość Amerykanów jest tak ogromna, że ja sama już pewnych dat, miejsc i zdarzeń nie pamiętałam ze swojego życia i życia swojej rodziny, które Amerykanie koniecznie chcieli poznać. Marcin powiedział, że właśnie dlatego o wizę USA się nie stara, jest ponad to i zaszczyci Amerykę swoją obecnością dopiero wtedy, gdy zniosą wizy dla Polaków. W każdym razie taki sens miała jego wypowiedź o stosunkach amerykańsko-polskich w kwestii wiz i chociaż bardzo często do różnych zakątków Świata podróżuje - Stany Zjednoczone omija ogromnym łukiem, konsekwentnie czekając na zdecydowany ruch Baracka Obamy w tym temacie. To, że wypełnił ten wniosek, zrobił to jedynie dla matki, inaczej nawet by go nie dotknął. Przelał mi również prawidłowo należność za wizę, a w zamian otrzymałam numer identyfikacyjny, z którym miałam zgłosić się do ambasady w wyznaczonym terminie7 maja.

w międzyczasie było Święto Saskiej Kępy
Z wyznaczaniem terminów na przyszłość jest taki problem, że nigdy nie wiadomo, co się w międzyczasie wydarzy. Mnie zdarzyła się niespodziewana choroba i to o takim natężeniu, ze przez trzy doby nie wiedziałam, co się wokół dzieje. Nie jadłam, nie piłam, nie dzwoniłam, nie wstawałam z łóżka. Czwartego dnia zwlokłam się z posłania i poszłam do lekarza. Karetka pogotowia nie wchodziła w rachubę, bo pomimo stanu, w jakim się znajdowałam, miałam świadomość i silne przekonanie, że z tego wyjdę, podczas gdy panowie ratownicy mogli mieć na ten temat odrębne zdanie i zaaplikować mi coś, co by uwolniło mnie raz na zawsze od wszystkich trosk na tym ziemskim padole. Byłam za słaba, żeby ich przekonywać o słuszności własnych rokowań i osobistego zadowolenia z życia takiego, jakie wiodę. Przepisany przez lekarkę antybiotyk wolno, ale zaczął działać i dzień po wizycie w Przychodni zebrałam się w sobie i stawiłam na umówioną wizytę w ambasadzie amerykańskiej. Obawiałam się, że gdy nie przyjdę w umówionym terminie, choroba mnie nie usprawiedliwi i cała procedura rozpocznie się od początku, a nie wiem jak Marcin by to zniósł, nie wspominając o stracie finansowej, bo byłabym zmuszona uiścić opłatę za wizę po raz wtóry. Wzięłam więc ze sobą antybiotyk i małą butelkę wody mineralnej do popicia tabletki, ponieważ bezwzględnie byłam zobowiązana o wyznaczonej godzinie zażyć lekarstwo i pojechałam na ulicę Piękną. I to był mój błąd obrazujący, jak wielka jest moja naiwność, pomimo statecznego bądź co bądź wieku i doświadczenia życiowego.

Wystawa: Ludzie Saskiej Kępy - Agnieszka Osiecka
Przed ambasadą stała kolejka ludzi, co bardzo mnie zaskoczyło. Pamiętam kolejki przed tą ambasadą w dawnych czasach, gdy prawie cała Polska (oprócz rządzących, ma się rozumieć, bo im było dobrze) chciała wyemigrować do Stanów, ale dzisiaj? i to w sytuacji, gdy formalności załatwiane są przez internet, a na rozmowę każdy ma wyznaczoną konkretną godzinę? jednak kazano mi stanąć w kolejce, nie bacząc że się spóźnię wobec takiej konieczności. Moja naiwność dotkliwie dała znać o sobie, gdy w końcu doszłam do bramki - butelka z wodą mineralną? absolutnie! nie ma takiej opcji! i z kolejki mnie wyrugowano. Chciałam ją wyrzucić do kosza, ale człowiek z kolejki powiedział, żebym nawet nie próbowała, bo zaraz nas wszystkich wystrzelają, jak kaczki! zgroza! dlaczego? nie mogłam się połapać w sytuacji. Zresztą kosza w pobliżu też  nie znalazłam, a na murku  zabronili mi  postawić tą nieszczęsną butelkę. Uświadomiony człowiek powiedział, że cały czas jesteśmy monitorowani i jeżeli ktoś butelkę, jakiś pakunek, plecak lub cokolwiek innego postawi tu gdzieś obok - Amerykanie będą strzelać do tego czegoś bez uprzedzenia, uznając człowieka za terrorystę, podkładającego ładunek wybuchowy.

Ambasady nie mogłam fotografować, no więc.......
W końcu doradzono mi, żebym przeszła na drugą stronę ulicy, weszła do bramy kamienicy i tam gdzieś za węgłem tą butelkę ukryła, co też uczyniłam. Wróciłam do bramy, pokazałam, że nie mam już tej butelki i pan wpuścił mnie na teren ambasady. Jaka ulga! bałam się, że każe mi od początku stać w kolejce, która w międzyczasie znacznie się wydłużyła. We wnętrzu, tak jak na lotnisku. Wszystko wykładamy na taśmę. Ale u mnie ciągle coś dzwoni. Pasek? ok, oddałam, dalej dzwoni. Pan poddał mnie szczegółowej lustracji wzrokowej i odkrył, że przy butach mam po dwa ćwieki ozdobne. Ok, zdjęłam buty, a w bramce nadal dzwoni. Co u licha? Byłam już wystarczająco podejrzaną osobą  po historii z butelką, a tu nowe kłopoty. W końcu jedna z pracowniczek ambasady odkryła, że na każdej nogawce jeansów mam z boku po trzy ozdobne blaszki - Boże! to mam spodnie zdejmować? przeraziłam się nie na żarty. I tak już wyglądałam, jak ostatnia ofiara losu, portki trzymałam w garści, bo przez tą chorobę schudłam okropnie, a pasek mi zabrali, ale ostatecznie pan odpuścił i kazał mi przejść.

Na Francuskiej zespół z Senegalu czadował ostro
W dużej sali ustawione były rzędy krzeseł dla oczekujących na rozmowy, a na przeciw znajdowały się spore, oszklone boxy, w których za kuloodpornymi szybami siedzieli amerykańscy pracownicy. Każdy z nas musiał przy pierwszym okienku odpowiedzieć na kilka wstępnych pytań, żeby otrzymać kwitek z numerkiem , a dalej było już tak, jak na poczcie. Siedzieliśmy i czekaliśmy aż wyświetli się nasz numer, żeby podejść do odpowiedniego okienka i odpowiedzieć na bardziej szczegółowe pytania. Pani z prawej biadoliła, że sporo osób odrzucają (to Ci, którym zwracają paszport po rozmowie), pan z lewej mądrował się, bo nie pierwszy raz o wizę się stara i ma praktykę w tym temacie, inna pani przystopowała mnie, żebym nie była taka radosna (miałam dobry humor i dowcipkowałam trochę), bo mogą mnie odesłać z niczym i pieniądze stracę. Ot, krajanie, zawsze wszystko w czarnych kolorach widzą. Nie dadzą wizy, to nie - żadne to dla mnie nieszczęście. Do Ameryki Środkowej jadę, a nie do USA, ale muszę mieć wizę, jak chcę lecieć z przesiadką w Miami, wytłumaczyłam spokojnie. Nie dostanę wizy, to sobie inne połączenie znajdę, na przykład przez Meksyk, więc żaden to problem dla mnie. Nie ma się co stresować. Inny pan się wtrącił i powiedział tej pani, żeby paniki nie siała, bo wizy nie dają tym, co są na bakier z amerykańskimi przepisami, jak np.bezprawnie przedłużali swój pobyt w Stanach, za coś byli tam karani, przewozili zabronione produkty, pracowali na czarno itp. Jeżeli czegoś takiego się nie robiło, z pewnością się wizę otrzyma. Wobec takich argumentów, pani zamilkła, bo nie chciała nam chyba ujawnić, które z tych przewinień ma na sumieniu, że się tak boi.

W Senegalu jeżdżą takim autobusami (?)
W ostatniej chwili przypomniałam sobie o antybiotyku, dopytałam o toaletę i tam popijając wodą z kranu go zażyłam.W końcu wyświetlił się mój numerek i to w tym okienku, w którym chciałam, bo w międzyczasie dostrzegłam, że jeden z urzędników tak dał się ponieść urokowi pewnej młodej osoby, która perliście się śmiejąc opowiadała mu jakieś dyrdymały, że po jej odejściu dopiero zauważył, że jakiś błąd popełnił. Przestał naciskać guzik wyświetlacza dla oczekujących i zaczął wgłębiać się w papiery i paszport tej pani, wołał z zaplecza kolegów, coś dyskutowali, patrzyli w monitor komputera i znowu w papiery i w ogóle małe zamieszanie powstało, a po uroczej dziewczynie i jej chłopaku już śladu nie było. No to ja już do tego faceta nie chciałam iść, bo zdenerwowany był i dla odreagowania stresu mógł załatwić mnie nie tak, jak oczekiwałam. Co innego nie dostać wizy z jakiegoś powodu proceduralnego, a co innego przez przypadek, że pan focha dostał za brak skupienia się na własnej pracy. Niech on jak najdłużej wyjaśnia ten swój problem, pomyślałam, wpatrując się w czerwone numery na tablicy. I miałam farta. Mój numer wyświetlił się obok, a tamten pan cały czas jeszcze miotał się z papierami uroczej Polki.

Ciężko było o wolny stolik
Rozmowa była krótka. Powiedziałam, że jadę właściwie do Gwatemali i po krajach Ameryki Łacińskiej będę podróżowała, ale nie wiem, czy kupić bilet lotniczy przez Miami, bo to zależy od tego, czy pan da mi wizę. No, ale gdyby pan dał mi wizę, to przyznaję, że będąc już w tamtym rejonie świata, polecę sobie na 5-10 dni do Nowego Orleanu, jazzu na żywo posłuchać w kolebce, ale jak nie da mi pan wizy, to jak dotychczas na słuchaniu płyt poprzestanę. Pan się uśmiechnął przyjacielsko i już czułam, że wizę dostanę. Zapytał jeszcze czy mam kogoś w USA - odpowiedziałam odmownie, ale zapewniłam, że w internecie znalazłam już sobie tani hotel położony niemal w centrum miasta i tak w ogóle to ja nigdzie nikogo nie mam, poza Polską, a podróżuję z kartą bankomatową, laptopem i aparatem fotograficznym i to w zasadzie w tych czasach wystarcza. A czy sama wypełniałam wniosek w internecie? chciał jeszcze wiedzieć (?)- przyznałam, że nie, syn Marcin mi wypełniał. Ok, powiedział pan, zabrał mój paszport informując, że wizę na 10 lat dostanę i poinformował kiedy i gdzie mam się po nią zgłosić. I po sprawie. Nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Martwa natura na tle żywej

No, a teraz okazało się, że Marcin znalazł mi dobry lot do Gwatemali przez San Jose w Kostaryce, a nie przez Miami i wcale w Stanach przesiadać się nie będę. Żeby jednak wiza się nie zmarnowała, z pewnością odwiedzę Nowy Orlean - to już postanowione. Znajdę jakiś rejs przez Zatokę Meksykańską, żeby było ciekawiej.

Może czymś takim popłynę do Nowego Orleanu
Pisząc tutaj, słucham jednocześnie radia PIN, gdzie pani prawnik tłumaczy, jak to jest z tymi zdjęciami zamieszczanymi w internecie, więc również na blogu. Otóż prawo jest takie liberalne, jak to już dawno w Polsce zauważyliśmy. Nie zostaniemy ukarani, że zamieściliśmy zdjęcie osoby nie rozmazując jej twarzy. Dopiero gdy ta osoba wniesie sprawę do sądu, udowodni że bez zgody jej wizerunek umieściliśmy, w wyniku czego dostaniemy pismo, że ten wizerunek mamy ze swojej strony czy bloga wyrzucić, a mimo to tego nie zrobimy - wtedy dopiero zostaniemy ukarani! Nie za umieszczenie zdjęcia tylko za nie wykonanie polecenia sądu. W naszym kraju, to jak już wymyślą jakieś przepisy, to tak je sprytnie skonstruują, żeby nikomu już nawet nie chciało się podejmować jakichkolwiek czynności, aby swego dojść.

to ja, uczę się udzielać pomocy
Na SGGW nasze Stowarzyszenie Absolwentów zorganizowało kurs udzielania pierwszej pomocy, na który z ochotą poszłam. Nigdy nie wiadomo, co mnie w podróży spotka i jak trzeba będzie pomóc komuś lub sobie, to nie mogę stracić głowy tylko dlatego, że nigdy przeszkolona nie byłam. Na tym zdjęciu to wyglądam, jakbym sama o pomoc prosiła? a może dziwię się, dlaczego połowy człowieka nie ma, któremu mam pomóc:) W każdym razie już wiem co mam robić w razie nieszczęścia, zanim pogotowie przyjedzie. Chociaż nie jestem pewna, czy akurat w Ameryce Łacińskiej moje umiejętności się przydadzą.

wystawa na płocie łazienek
A po kursie na spacerek sobie poszłyśmy z Grażyną. Tradycyjnie do Łazienek, żeby ładną pogodę wykorzystać, której lato w tym roku bardzo nam skąpi.

w Łazienkach
Spacerowicze, rowerzyści i kto tylko mógł, okupował warszawskie parki, bo słońce i ciepło to wyjątkowe dni i trzeba je możliwie najlepiej wykorzystać. Po kilku takich dniach znowu wrócił chłód, deszcz, a z nim ponure nastroje warszawiaków. Może w lipcu przyjdzie lato?