Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

czwartek, 19 grudnia 2013

Ale Meksyk !

Wklejam zdjęcia!

19 grudnia 2013r czwartek
Udało mi się w cafe internet przenieść w końcu  tekst do bloga, ale niestety zdjęć nie. Właściciel cafe, Luis, próbował mi pomóc, ale nie dał rady. Nie wie, jak się zdjęcia do tekstu przenosi. Szkoda, bo są ciekawe. Zdjęcia wpiszę dopiero wtedy, gdy uda mi się podłączyć do internetu mój laptop. 

  kawiarenka w bocznej uliczce
A ja zwiedzam, kąpie się w morzu, znowu zwiedzam i tak bez przerwy. W dni kiedy pada deszcz, pisze i segreguje zdjęcia, a jak znowu jest pogoda, to zwiedzam, kapie się w morzu i zwiedzam :)

Hotel obok ulicy, gdzie mieszkam
15 grudnia 2013r – niedziela
Zaniosłam dziecku prezenty i chciałam szybko się pożegnać, tłumacząc, że kilka dni nie będę przychodziła, żeby się nie martwili, albo nie myśleli, ze się pogniewałam, albo coś w tym rodzaju. Muszę trochę pozwiedzać zaplanowanych miejsc, a nie tylko kręcić się po mieście. Poza tym, Walery i Anabel powinny mieć trochę spokoju w domu przez pierwsze tygodnie.
praca artysty meksykańskiego
Linda z Gregiem odnieśli się ze zrozumieniem do mojej deklaracji, ale prosili, abyśmy dzisiaj, ponieważ jest niedziela, spędzili trochę czasu razem. Walery z dzieckiem niech odpoczywa w domu, a my pojedziemy na piękną plażę, na której z pewnością jeszcze nie byłam. Pokażą mi ją, żebym potem sama mogła tam trafić.

Hostel "Cancun" dla backpackersów
Zgodziłam się na taką propozycję i pojechaliśmy we trójkę autobusem R-1 Aleją Kukulcan, aż do Playa Delfinos. W R-1 bilet kosztuje 9,50 pesos niezależnie od długości przejechanej trasy. W innych autobusach bilet kosztuje 7,- pesos, ale Aleją Kukulcan jeździ tylko autobus R-1.

Walery, mała Anabel i babcia Linda
Rzeczywiście, tak daleko się jeszcze nie zapędziłam. Najdalszy punkt, do którego dojechałam tym wąskim paskiem pośród Morza Karaibskiego, to Isla Mall. Nawet do Museo de Antropologia nie dojechałam, a my minęliśmy to muzeum i wysiedliśmy z autobusu trochę dalej. Mieliśmy jednak pecha w tą niedzielę. Deszcz lunął z taką siłą, że nim dobiegliśmy z autobusu pod pierwszy wolny palmowy daszek na plaży, ociekaliśmy wodą. Plaża naprawdę śliczna! Woda lazurowa. To jest publiczna plaża, są toalety i darmowe prysznice dla ludzi.

Playa Delfines
Sukienkę wyrzynałam w ręku z wody, żeby mi nie ciążyła, bokiem trzymałam parasol, bo deszcz nadal zacinał, Greg zasłonił sięswoim ogromnym parasolem, a Linda zdjęła sukienkę i sandały i pobiegła do morza. Nie daliśmy się z Gregiem namówić na machania Lindy. Zrobiło sięchłodno, byliśmy cali mokrzy, nie było się gdzie schować, bo w każdym możliwym miejscu osłoniętym od deszczu, stali ludzie. W końcu to niedziela i oprócz turystów, również mieszkańcy Cancun i okolic wybrali się na plażę.

Ja na Playa Delfines po dwóch dniach. Znów jest pogoda!
Linda zapewniała, że woda jest cieplejsza od powietrza i można się w niej ogrzać, ale nie daliśmy się namówić. Nie zapowiadało się,aby deszcz przestał padać, więc wróciliśmy do domu. Szkoda, że nic nie wyszło z tak pięknie rano zapowiadającej się niedzieli. Ale siła wyższa, nie ma na to rady. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu i przebrać się w suche rzeczy.
Playa Delfines
Umówiliśmy się, że zamajlujemy do siebie we wtorek lub w środę i się jakoś umówimy, jak pogoda się poprawi. Jutro Walery z dzieckiem idzie na kontrolne badania do lekarza. Mamy nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Do tego właśnie muzeum. Codziennie je mijam autobusem.
Jeżeli jutro nie będzie padał deszcz, to pojadę do tego Muzeum Antropologicznego Majów, do którego od dawna się wybieram i ciągle coś na przeszkodzie staje. Tym razem może okazać się, że w poniedziałki muzeum nieczynne, jak w Polsce. Zobaczymy.
Polski akcent na wystawie sklepu - Jan Paweł II
14 grudnia 2013r – sobota
Wczoraj, w piątek, nie poszłam do Lindy, ponieważ musiałam dokupić kilka rzeczy do domu i wysprzątać mieszkanie. Nie zrobiłam tego wcześniej bo nie miałam przyborów i środków czystości. Mieszkanie nowe, czyste, ale jednak stało jakiś czas puste i trzeba je odświeżyć. Pojechałam do Plaza Americana, gdzie są same sklepy różnego rodzaju. Bardzo się rozczarowałam, ponieważ owszem, sklepów dużo, ale głównie z ciuchami, co mnie wcale nie interesuje. Wróciłam do miasta i w supersamie przy Mercado kupiłam co trzeba. Chciałam zapłacić kartą. 
 
Moje mieszkanie

Oliwia radziła mi, abym częściej używała kartę do płacenia w sklepach, a nie tylko do wyjmowania pieniędzy z bankomatu. Nie mogłam tego dotychczas robić, ponieważ głównie kupowałam na Mercado, gdzie się kart nie używa i jedzenie przy straganach, gdzie też się kartą nie płaci. Skoro teraz zrobiłam zakupy w Supersamie, to miałam okazję zapłacenia kartą. Kasjerka przeciągnęła kartę, ale niestety, karta nie chciała zapłacić za moje zakupy. Musiałam zapłacić gotówką.
Łazienka w moim mieszkaniu
Dzisiaj rano (sobota) poszłam do Lindy i Grega. Już z balkonu zobaczyli, że idę do nich, pokiwaliśmy sobie i Greg zszedł na dół otworzyć mi bramę. Wchodzimy na górę, a Greg cały czas milczy. Na górze Linda, cała rozpromieniona wprowadza mnie do pokoju i mówi: Niespodzianka! Wchodzę, a tam dziecko leży sobie na materacu obok Walery! W pierwszym momencie nie załapałam, dopiero po paru sekundach. O rany! Walery nie ma brzucha, a dziecko sobie leży w tym różowym kocyku, cośmy przedwczoraj kupiły będąc we trzy w mieście. Jak to może być, pytam? Kiedy się urodziło?
 
Pierwsze chwile w domu. I mama i dziecko trochę zdziwione.
 Przecież jeszcze w czwartek nie było żadnych znaków na niebie i ziemi, że poród tuż, tuż! Miało się urodzić w Boże Narodzenie! Naprawdę wielka niespodzianka! Ninia dostała na imię Anabel Ofelii, ważyła 3.050 kg, ma gęste, czarne włoski i jasną cerę. Walery jest z ojca amerykańskiego i meksykańskiej matki, a więc mieszaniec, ale ojcem Anabel jest Amerykanin, więc chica jest już całkiem biała.

Anabel Ofelii zupełnie przytomnie rozgląda się po otoczeniu
Ja dlatego taka zaskoczona byłam, jak zobaczyłam na materacu to dziecko, ponieważ tylko jeden dzień mnie nie było u Lindy i Grega i gdyby Walery miała rodzić między moimi wizytami, to powinna być w szpitalu. Na taką wiadomość normalnie bym zareagowała. Tymczasem wczoraj po południu zaczęły się bóle, rodzice zawieźli Walery do szpitala i po trzech godzinach było już po porodzie. 
 
Linda i Greg. Dziadek trzyma Anabel, jak kruchą szklankę :)

Dwie godziny później, o 22.oo, wszyscy byli już w domu. Niesłychana sprawa! Dwie godziny po porodzie, matkę i dziecko wypisują ze szpitala i odsyłają do domu! To jest Meksyk! Jak to zwykła mówić Linda, gdy np. urządzenie w sklepie nie chce zaakceptować mojej karty, chociaż poprzedniego dnia akceptowało. To jest Meksyk, Sofia! Mówi wtedy Linda, tutaj wszystko jest możliwe! Teraz ja tak mogę powiedzieć, to jest Meksyk, żeby dwie godziny po porodzie odesłać matkę z noworodkiem do domu!
Anabel ziewająca
Jak już ochłonęłam, zrobiłam kilka zdjęć. Bardzo się z tych zdjęć ucieszyli, pozowali mi z dzieckiem wszyscy po kolei i wszyscy wspólnie również. Zaraz te zdjęcia wgraliśmy do komputera Grega, żeby Walery mogła wysłać mailem do ojca Anabel, do Arizony. Następnie pożegnałam się i obiecałam, że jutro przyjdę, ale jak na pierwszy dzień po porodzie, to wystarczy wizyt, bo Walery powinna leżeć spokojnie i odpoczywać i niech nie chodzi! 

Anabel w rękawiczkach, żeby się nie podrapała
Bo jeszcze krwotoku dostanie, Boże! Jeden dzień po porodzie i ona sama chce wykąpać dziecko! Nie mogłam ukryć zdziwienia. Mam nadzieję, że nic się Walery nie stanie, ale gdy Greg mnie odprowadzał do bramy, powiedziałam mu, aby dopilnował, żeby Walery leżała i przynajmniej przez dwa następne dni, nic przy dziecku nie robiła, oprócz karmienia. Linda przecież wszystko zrobi.  Obiecał, że powie to dziewczynom.

Playa Delfines. Po 2 dniach deszczu nie ma jeszcze zezwolenia na kąpiel.
Poszłam do Marketu i kupiłam dziecku w prezencie paczkę pieluch, bo to teraz najbardziej potrzebne jest Walery, a tatuś dziecka nie przysłał żadnych pieniędzy na potrzeby maleństwa, póki co. Kupiłam też takie maleńkie skarpetki i grzechotkę, a dla nas butelkę ajerkoniaku, abyśmy należycie uczcili narodziny potomka. 
 
Te rowery, to stoliki barowe

Gdy któregoś  dnia byliśmy razem w sklepie, Linda pokazywała na ajerkoniak, że najbardziej z alkoholi to lubi. Sobie kupiłam jedzenie i pokrowiec na laptop, bo strasznie się już zniszczył na wierzchu, przez to wieczne szarganie w podróży. Przed wyjazdem, nie mogłam w domu znaleźć jego pokrowca.

Wszędzie świąteczny nastrój
Pomyślałam, że w tym markecie spróbuję zapłacić kartą. Za każdym razem, gdy chcę gdzieś płacić kartą, kasjerki proszą o paszport i sprawdzają nazwisko z tym na karcie. To dobra metoda, gdy chce się zapobiec płacenia kartą skradzioną, ale w takim razie trzeba wszystkich płacących kartą identyfikować z dokumentem tożsamości, a nie tylko Amigo (tak tu mówią na turystów). 

Czynny wypoczynek na plaży

Gdy Meksykanin płaci skradzioną turyście kartą, to nie jest sprawdzany, dlaczego? Pani przeciągnęła kartę i nic. Zdenerwowałam się już nie na żarty. Spytałam, dlaczego przeciąga kartę, skoro jest tu obok urządzenie do włożenia karty i wpisania pinu? Pani kasjerka włożyła kartę, ja wpisałam pin i karta za zakupy zapłaciła!

Masaże wykonywane są na plaży
Odkryłam Amerykę! Bez potwierdzenia pin-em karta w Mexico nie jest honorowana, ale gdy pin wpiszemy, to karta działa! Muszę o tym pamiętać i nie pozwolić kasjerkom na przeciąganie mojej karty, bo to tylko budzi mój niepokój o podwójne kasowanie należności. 
 
Bierny wypoczynek na plaży

Poprzedniego dnia, gdy karta nie zadziałała i zapłaciłam gotówką, też karta była tylko przeciągana! Że też nie zwróciłam wtedy na to uwagi! Ale skojarzyłam sprawę, gdy w innym sklepie płaciłam nią, wpisując pin i karta zapłaciła. Dlatego dzisiaj poprosiłam o taki sposób zapłaty i miałam rację. Zadziałało.

To jest najczystsza plaża w Cancun
Sama muszę do wszystkiego dochodzić drogą prób i błędów, chociaż błędów bardzo staram się unikać. Wczoraj weszłam do cafe Internet (10 pesos za godzinę) i napisałam do Oliwii maila, żeby też Marcina poprosiła, aby częściej sprawdzał moje konto bankowe w Internecie, czy nic złego się tam nie dzieje, bo rzeczywiście w tym Meksyku wszystko działa różnie. Poza granicami kraju, swojej  strony bankowej nigdy nie otwieram, a już z obcego komputera, to mowy nie ma, żeby hakerzy mnie nie namierzyli. Ale Meksyk!

To znowu ja
Wieczory są tutaj dłuższe, niż w Polsce, ponieważ szybko robi się ciemno. Dlatego wstaję już o 7.oo rano, żeby wykorzystać dzień należycie, a wieczorem, po ciemku już nie chodzę nigdzie, tylko siedzę w domu i piszę lub uczę się języka hiszpańskiego. Gdy miałam dostęp do Internetu, pisałam, wklejałam zdjęcia, to zajmowało mi sporo czasu. Teraz tylko napiszę tekst i po robocie. Zdjęcia posegregowane datami, czekają w folderach na Internet.

Prysznice i sanitariaty

11 grudnia 2013r – środa
Bardzo pechowy dzień. Przenosiłam się z hotelu Architekto „La Iguana” do wynajętego mieszkania, które było już umówione dwa dni temu. Miałam jeszcze inne mieszkanie zaklepane, ale tam nie było Internetu, natomiast tutaj na Calle Roble jest Wi-Fi, więc w końcu zdecydowałam się na to. Mieszka tam Linda ze swoim amerykańskim mężem Gregiem i córką Waleri. Cały ten dom jest własnością Raula, który mieszka na wyspie Isla Mujeres, a mieszkania w tym domu, w Cancun, wynajmuje ludziom z Meksyku i turystom.
Cancun
Najpierw załatwiał mi mieszkanie Cristino i od tego powinnam zacząć. Zawiózł mnie do tego domu, który miałam wynająć. To mały domek, kuchnia, łazienka i salon. Stoi naprzeciwko domu Cristino. To było dosyć daleko od centrum, jak od Warszawy - Janki i podobnie też wyglądało. Koszt miał wynieść 300 $. Ze względu na oddalenie od centrum udało mi się utargować do 250 $ za miesiąc i byłam skłonna już przyjąć tą ofertę. Kursują na tej trasie często autobusy, więc pomyślałam, że może być. Żona Cristino, Luiza, to bardzo miła kobieta, Cristino zapewniał, że przy nich będę miała dobrze, zawsze we wszystkim mi pomogą itd. itp.Gdy przyszło do dobijania targu zaczęły się mnożyć problemy.
Cancun
Najpierw okazało się, że trzeba zapłacić za wysprzątanie domku 1000 pesos.(1 $ = 12,30 pesos) Potem, że trzeba to przez Notariusza załatwić i jemu też zapłacić 1000 pesos za spisanie umowy. Mam się decydować, czy chcę na miesiąc czy na dwa, bo jak potem bym chciała zostać na drugi miesiąc to znów trzeba notariuszowi zapłacić następne 1000 pesos. Jeżeli chcę gaz, to muszę zapłacić 260 pesos za zarejestrowanie gazu i napełnienie butli. Do tego dochodzi 150 pesos za prąd, 150 pesos za wodę i na koniec 3000 pesos trzeba dać w depozyt. No i nie ma tam Internetu. Jaki to dla mnie interes, pytam Cristino? Już wiedziałam, że albo pójdę do Lindy, albo przedłużę pobyt u Architekto o dzień i znajdę sama coś na mieście innego.

Dobrze zaopatrzony sklep dla turystów
Wcześniej Cristino obiecał iść ze mną do banku, zeby pokazać który bank jest najkorzystniejszy w pobieraniu pieniędzy i najbezpieczniejszy oraz mieliśmy wspólnie ten bankomat obsłużyć. Więc pożegnałam się z Luizą i pojechaliśmy do miasta autobusem. W pierwszym banku bankomat nie wydał nam pieniędzy. Poszliśmy do City Banku, który też nie wydał nam pieniędzy. Wpadłam w popłoch Poprosiłam pracownicę banku, jej też nie dał pieniędzy, obejrzała kartę i mówi, że w Meksyku czasem tak się dzieje, że karty które nie mają wypukłych liter nie są przez bankomaty akceptowane. Tego dnia nie mogłam już czynić dalszych doświadczeń z kartą. 
 
Hostel, ale ten z droższych. Różnice czasu na świecie.

Cristino był zawiedziony, bo myślał, że ja wypłacę pieniądze i dam mu zadatek oraz 1000 pesos na wysprzątanie domku, ale w takiej sytuacji stałam się niewiarygodna, miał prawo myśleć, że może nie mam pieniędzy na koncie i dlatego bankomat mi nie wypłacił? To jak się umówimy, pyta mnie. Nie wiem, ja na to. Nie ma many i nie wiem, czy jutro będą czy też nie, to nie możemy się umawiać, Cristino. Będę szukała czegoś tańszego tu w pobliżu, dopiero pojutrze rano opuszczam hotel u Architekto, to może zdążę coś znaleźć.

Tak wygląda z daleka
Następnego dnia poszłam znowu do Lindy i pytam, czy ten pokój to aktualna sprawa? Linda mówi, że tak i że nawet dadzą mi ten lepszy, przy balkonie, a do tamtego w głębi korytarza przeprowadzi się ten człowiek, co teraz zajmuje ten pokój. Za każdym razem jak szłam do Lindy, to bramę otwierał mi sympatyczny młody chłopak, może 14, 15-letni, Adam miał na imię. Też mieszkał w tym domu. Klucze nosił zawsze na szyi i kiedy tam szłam, od razu mówił, do Lindy? Ja ci otworzę bramę. Każdy lokator ma swoje klucze od bramy, od bramek wewnętrznych na piętrach i od mieszkań. 
 
Hotel "La Monde"
Trochę mnie to dziwiło, bo bez przerwy trzeba było z tymi kluczami chodzić, otwierać, zamykać, znów otwierać, zamykać. U Architekto też tak miałam. Nawet na chwilę nie można było bramy otwartej zostawić i każdy z nas ciągle tą kłódkę otwierał i za sobą zamykał, potem ja jeszcze miałam to biuro i wreszcie swój pokój. Bardzo to wszystko czasochłonne było, ale jak trzeba, to trzeba. Dostosowałam się. Tak więc po powrocie z oglądania z Cristino tego mieszkania za miastem, znowu poszłam do Lindy dowiedzieć się, czy to mieszkanie za 130 $ US jest aktualne. 
 
Ten mi się podobał, ale też za drogi.
Linda była pośrednikiem między mną a właścicielem Raulem, który mieszka na wyspie. Ja bym z nim się przecież nie dogadała przez telefon, bo nie znam języka. Wszystko było ok., Powiedziałam, że w takim razie przychodzę tutaj w środę rano już z bagażami i rezygnuję z tamtego mieszkania na Flamboyan, o tym domku Cristino w San Antonio już nie wspominając. Myślałam, że Cristino przyjdzie pogadać do Architekto o tym domku i zapytać, czy następnego dnia bankomat dał mi pieniądze, ale nie przyszedł, to ja go też nie szukałam.

Ten, venta - renta (sprzedam lub wynajmę)
Wróciłam wcześniej do domu, żeby się spakować. Architekto zajrzał do mojego pokoju zapytać czy przedłużam pobyt, czy jutro wychodzę. Wychodzę. Podziękowałam mu za miły pobyt, a on mi pokazał, gdzie mam schować klucze, jak zamknę dom i bramę. I po sprawie. Żadnych umów, depozytów, lęku że mu coś z domu czy biura wyniosę,  pełne zaufanie do klienta. Wieczorem napisałam liścik do Cristino, żeby zostawić Architekto na biurku, jak go zobaczy, to mu przekaże. Napisałam (po angielsku) tak: Cristino, za dużo formalności, za dużo dodatkowych opłat, za daleko od centrum, na dodatek brak Internetu, sorry. Masz bardzo miłą żonę. Żałuję, że nie zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić. Dzięki za starania, ale znajdę sobie coś taniego w centrum, Sofia.

Artysta przy pracy z zamówienia publicznego
W środę rano pozamykałam wszystko co trzeba, schowałam klucze w miejsce, które poprzedniego dnia wskazał mi Architekto i pomaszerowałam do Lindy. Lindy chwilowo nie było, więc powiedziałam Adamowi, który otworzył mi bramę, że tutaj na piętrze zostawiam bagaże i idę na desayuno. I poszłam. Byłam zupełnie spokojna o torbę i plecak, bo brama przecież cały czas na kłódkę jest zamykana i jak się wchodzi i jak się wychodzi, więc są tu tylko sami mieszkający w tym domu ludzie, to nic się nie stanie. Torbę z dokumentami, pieniędzmi, kartami, paszportem  itp zawsze noszę przy sobie i nie spuszczam z oczu, ale dużej torby i plecaka nie będę przecież wszędzie z sobą taszczyć.

daje odpowiednią informację
Gdy kończyłam śniadanie na Mercado, znaleźli mnie tam Linda z Gregiem, którzy robili właśnie zakupy na śniadanie. Razem wróciliśmy do domu. Wtedy dowiedziałam się, że sprawa mieszkania jest nieaktualna, bo Raul wynajął je już komuś na trzy miesiące. Linda i Greg powiedzieli, że nie mogą ręczyć za Raula, ale czują się niejako winni sytuacji i pomogą mi znaleźć inne mieszkanie.

Cała ulica taka artystyczna
Poczekałam, jak zjedzą śniadanie, ja już byłam po śniadaniu, więc w tym czasie oglądałam Arizonę, rodzinny stan USA Grega i jego dom. Zgadaliśmy się, że Greg jest leśnikiem, ja też jestem leśnikiem, no to wpadliśmy w temat. Greg pokazał mi zdjęcia swojego obwodu leśnego w Arizonie, coś przepięknego! Krajobrazy tamtejsze z każdej pory roku, to po prostu bajka!

 Ściany budynków oddano artystom ?
W końcu zebraliśmy się, żeby iść do Pedra, który miał mi wynająć mieszkanie. To wniosę do waszego domu te bagaże z korytarza, mówię do Lindy. Oczywiście, wstaw je do Grega pokoju, mówi Linda. Przeniosłam torbę, biorę plecak i dziwię się, że on taki ubrudzony gruzem, pyłem. Przecież był czysty. Zawsze czyszczę plecak i torbę, gdy tylko widzę, że się pobrudziły i tego dnia rano również wilgotną ścierką go wyczyściłam przed wyjściem z domu Architekto. Coś mnie tchnęło. Wkładam rękę do plecaka, do wewnętrznej kieszeni na laptop, a tam pusto! Wysypuję wszystko z plecaka, a laptopa nie ma i z suwakowej torebki na kable, ładowarki do aparatów fotograficznych, pendrivów, adapterów na dostosowanie wszystkiego do kontaktów, zniknęły tylko kable do laptopa. Mysz została.
Czyj to pomnik?
Zrobiłam raban. Linda, nie możemy nigdzie iść, bo ukradli mi laptop i kable! Brama od ulicy cały czas zamknięta, więc ludzie z tego domu musieli mi ukraść! Proszę, dzwoń po policję turystyczną. Ciągle ją widzę, jak jeździ po mieście, jeżeli nie masz do nich telefonu, to dzwoń na policję Minicipial, ich też wszędzie jest pełno w mieście, a ja będę stała przy bramie, aby nikt stąd nie wyszedł, zanim policja nie przyjedzie. Linda próbuje dzwonić, ale komórka nie działa. Stójcie tu, mówi, a ja szybko doładuję komórkę parę kroków stąd. Biegnie ulicą, wszyscy ją znają, więc pytają co się stało.
 
To pomnik tego pana. Swojsko brzmiące nazwisko.
Sofii ukradli laptop z naszego korytarza, z plecaka. Cała ulica podaje sobie wiadomość , bo wszyscy przed domami urzędują lub na podwórkach przy ażurowych bramach. Raptem Linda zawraca, mówi, że szybko musimy do tych innych mieszkań, zobaczyć, kto jest w domu, no bo tylko ktoś z mieszkańców musiał to zrobić. Wpadamy do jednego mieszkania – kobieta coś przy kuchni gotuje, nic nie wie, o co chodzi. Otwieramy następne mieszkanie – dwaj młodzi w dredach,w podkoszulkach, albo zaspani, albo po narkotykach, jacyś tacy dziwni i jedna dziewczyna w spodniach z krokiem na wysokości kolan. Linda mówi, że jeżeli to oni wzięli ten laptop, to niech go oddadzą, zanim policja tu przyjedzie. 
Patio
Mówią, że nic nie wiedzą. Ja, że nikogo innego w domu nie ma,(pozostałe dwa mieszkania były zamknięte na kłódki), a z ulicy nikt nie przyszedł, bo brama była zamknięta, więc niech lepiej nie kręcą, tylko oddadzą laptop! Oni, że nie wzięli. To dzwonimy na policję. Wyszłyśmy znowu na ulicę, Greg stał przy bramie i mówił, że nikt nie wychodził. Ja widzę z daleka Adama z plecakiem, jak oddala się z kolegą. Wołam, Adam! – myślę, że może coś widział, może coś wie, bo to on wpuścił mnie do domu i wiedział, że zostawiam bagaże na półpiętrze i idę na śniadanie, zanim Linda z Gregiem wrócą. A Adam, co zawsze z daleka mnie pozdrawia, zagaduje, podchodzi, tym razem zaczyna biec w odwrotną stronę. Linda! Wołam, to Adam, on ucieka, Linda! Szybko! I obie biegniemy za nim. Linda woła, żeby się zatrzymał natychmiast, ale on nadal biegnie i raptem znika za zakrętem, my za nim, za zakrętem już go nie ma! Pusto. 
 
Każda niemal ulica ma po środku swój pas zieleni
Obie wpadamy do domów, pytając czy jest u nich Adam, tu przed chwilą uciekał i się rozpłynął? Musiał do któregoś z waszych domów wejść, może tu mieszka ten jego kolega z którym on uciekał? Musi być w którymś z tych dwóch domów, po prawej lub tych dwóch, po lewej stronie. Dalej by nie zdołał uciec, bo dosłownie chwilę za nim złapałyśmy z Lindą zakręt. Wpadamy do ludzkich kuchni, pokojów, no cyrk na całe osiedle. Linda każdemu mówi, że Adam laptop ukradł Sofii i musimy go złapać, bo jeszcze go wyrzuci gdzieś ze strachu, do kanalizacji, albo nie wiadomo gdzie i zniszczy. Całe osiedle już wie, że szukamy Adama i skradzionego laptopa.

Wszystkie przedszkola są bardzo kolorowe.
Ludzie stoją przed domami i dyskutują, a my z Lindą latamy, jak głupie. W pewnym momencie widzimy Adama, on już nie ucieka, tylko idzie do nas. Daje mi plecak, mówiąc, żebym zobaczyła, że on nic tam nie ma. Ja nie biorę tego plecaka, tylko pytam skąd wie, że ja czegoś szukam? Przecież tylko go wołałam, więc dlaczego uciekał i teraz daje mi plecak? Nie będę sprawdzać, bo po to uciekałeś i zniknąłeś w jakimś miejscu, żeby ukradziony laptop schować i z góry wiem, że twój plecak teraz jest empty, więc nie pokazuj mi go, tylko oddaj laptop. Linda mu mówi, że jak dobrowolnie odda Sofii laptop i kable, to nie zawiadomimy policji, ale jak nie odda, to zaraz policja tu przyjedzie i wezmą go i jego mamę na przesłuchanie, a oni już mają sposoby, aby im prawdę powiedział.

Nowoczesne sklepy w Cancun
Adam płacze, idzie z kumplem gdzieś i za chwilę przynosi mi laptop i kable. Cała ulica oddycha z ulgą, pokazują na Adama, na mnie, na laptop,, Adam płacze, Linda go przytula, już dobrze mówi, nie płacz. No proszę, mówię, wszyscy teraz ulitujmy się nad biednym Adamem! W dupę powinien dostać, a nie przytulania jakieś. Pamiętaj, mówię do niego, nigdy więcej nie rób tego nikomu, Adam! Never! Never! Never! Wracamy do domu. Greg już nie pilnuje bramki, wychodzą Francuzi (Ci z dredami i dziewczyna w spodniach z krokiem opadniętym po kolana) podchodzę do nich, sorry, mówię, każdego po kolei ściskam, sorry, very sorry, to był Adam. Linda opowiada im, jak historia z laptopem się rozstrzygnęła. Nie gniewają się, uważają, że dzięki takiej zdecydowanej postawie udało mi się laptop odzyskać. 
 
Policja turystyczna czuwa!
Oni by nie reagowali w ten sposób, ale z pewnością laptopa by już nie znaleźli, gdyby to ich spotkało. Dobra robota, powiedzieli do Lindy i zapewnili, ze bardziej będą swojego sprzętu pilnować, skoro takie coś może się zdarzyć na terenie zamykanej posesji. Ktoś już zdążył zawiadomić Raula na Isla Mujeres, Raul dzwoni i natychmiast wypowiada mieszkanie matce Adama, daje im trzy dni na wyprowadzkę, nie może sobie pozwolić na utratę zaufania klientów, żeby w jego domu, zabezpieczanym na wszystkie możliwe sposoby, jego klienci byli okradani (nawet potencjalni, bo ostatecznie nie wynajęłam mieszkania u Raula). Raul dba o dobrą opinię i jest kategoryczny.

Jak w Singapurze :)
My wreszcie oddychamy z ulgą. Chowam laptop i bagaże w pokoju Grega i idziemy do Pedra na Mercado, gdzie on pracuje. Ma tam swój sklep spożywczy i całe sterty białych jajek w wytłaczanych opakowaniach. Świeta za pasem, więc jajka idą jak woda. Omawiamy sprawę mieszkania. Pedro zostawia w sklepie zastępcę, wsiada z nami do swojej terenówki i jedziemy obejrzeć mieszkanie. Cena jest tak niska, że myślę, iż źle zrozumiałam, ale nie odzywam się, tylko idę z Lindą i Gregiem za Pedrem. Okazuje się, że mieszkanie, to „nówka”, jeszcze nikt tam nie mieszkał. Puste, świeżo malowane, posadzka nowa, wszystko nowe w łazience. Tamte dwa mieszkania też były puste, ale używane, do wysprzątania i zupełnie nic tam nie było. W tym inaczej. Wszystko nowe i czyste, we wnęce w pokoju długa półka, a pod nią drążek do wieszaków na ubrania. Wentylator. W łazience lusterko, wieszaki i drążek na ręcznik. To już coś. Jest gdzie rzeczy powiesić i ręcznik. 
 
Firmy na całym świecie te same
Często był to kłopot i musiałam ręcznik na sedesie kłaść na czas brania prysznica, a rzeczy na torbie układać. Śmieszne okna wychodzące na patio. Szybki w oknach takie, że z zewnątrz nie widać co się dzieje w środku. I dobrze, bo zasłonek nie ma. Śmieszne, bo dodatkowo takie otwierane okna są też w połowie drzwi wyjściowych. Drzwi masz zamknięte, ale otwierasz okno i od pasa w górę jesteś w korytarzu, a od pasa w dół, za zamkniętymi drzwiami, jak koń w swoim boksie. Miesięczny czynsz 1.100 pesos (90 $ US, czyli 288 zł PL licząc 1 $= 3,20 zł, bo po tyle były, gdy wyjeżdżałam z Polski) + 1.000 pesos depozytu + 7 $ za prąd i koniec. Żadnych umów, notariuszy, kosztów sprzątania i całej tej biurokracji, w którą chciał mnie wplątać Cristino. No i blisko centrum miasta. Trzy przystanki autobusowe, które ostatecznie można przejść pieszo. 

Karmią ludzi również Ci sami
To cicha boczna uliczka Calle 23, odchodząca od dużej ulicy Avenue Lopez Portillo, z której  skręca się w Avenue Tulum, będącą główną ulicą Cancun. Problem jest w tym, że nie ma tu Internetu. Z tych wszystkich oglądanych mieszkań, Internet był tylko u Raula, tam, gdzie mieszka Linda i Greg z Waleri. Trudno. Naprzeciwko jest cafe Internet, 12 pesos za godzinę, czli 1 $. Będę tam chodziła pisać maile do dzieci. Relację piszę w Wordzie i w sprzyjających okolicznościach będę to wklejać do bloga. Nic innego nie mogę zrobić, ale życia uzależniać od Internetu też nie mogę.

I ptaki i ludzie lubią to miejsce
Poszliśmy z Lindą i Gregiem do City Banku podjąć pieniądze i bez problemu bankomat gotówkę mi wypłacił. Wróciliśmy do Pedra, zapłaciłam, Pedro dał mi klucze od bramy i od mieszkania nr.4, na kartce z zeszytu napisał swoje nazwisko, moje nazwisko, adres mieszkania, ile i za co zapłaciłam, data, podpisał się, ja też i tyle formalności. I to mi się podoba. Na żadne notarialne zapisy się nie godzę, języka nie znam, więc mogą tam, co chcą napisać, a ja mam to podpisywać i jeszcze płacić tyle pieniędzy? O, nie!

Nowoczesne Cancun
Od Pedra poszliśmy do Centrum Handlowego kupić dla mnie materac i po prostu padaliśmy już z nóg. Wróciliśmy do domu Lindy po bagaże i Greg pożyczył mi swoją pompkę do materaca (Oni tu wszyscy śpią na dmuchanych materacach i w hamakach), żebym na próżno nie wydawała pieniędzy na pompkę. Bagaże, pompkę i zakupy władowaliśmy do taksówki, bo to już była konieczność. 
 
Jedna z plaż przy Bulwarze Kukulcan

Linda i Greg władowali się również, bo było już ciemno, więc oni tłumaczyli kierowcy, gdzie jechać i przywieźli mnie na nowe mieszkanie. Pomogli władować wszystko do mieszkania, sprawdzili, że wszystko jest ok., klucze pasują i odjechali do domu tą samą taksówką. Cały dzień mi poświęcili i wszyscy umęczeni byliśmy strasznie, bo dzień był wyjątkowo bogaty w wydarzenia. Waleri cały dzień sama w domu. Co wpadliśmy do domu, to nam coś do zjedzenia podsuwała i wodę do picia i znowu zostawała sama, chociaż już na ostatnich nogach chodzi i lada dzień ma rodzić dziecko. Linda mówi, że la Chica urodzi się w Mary Christiams, w prezencie dla całej rodziny.

To wszystko w Alei Cuculcan (meksykańskie Miami)
Napompowałam materac, pot mi oczy zalewał, chociaż cały czas chodził wentylator. Po całym dniu w tym parnym powietrzu, na przemian z opadami deszczu, całe ubranie miałam mokre i od deszczu i od potu. Od czasu, kiedy przyjechałam do Cancun, po raz pierwszy, akurat tego dnia padał deszcz. To był naprawdę ciężki i intensywny w przeżycia dzień. Chcę brać prysznic, a tu wody nie ma. Na szczęście przypomniało mi się, że gdy Pedro pokazywał mieszkanie, już wtedy zauważyłam, że wody nie ma, a on wyszedł na korytarz i wodę włączył. Widocznie nie był pewien, czy wezmę to mieszkanie i na wszelki wypadek potem znowu ją wyłączył. Wyszłam na korytarz i znalazłam tą wajchę. 

Architektura nowoczesnego Cancun
 Włączyłam wodę, wykąpałam się i po prostu padłam ze zmęczenia na materac. Gdy trochę odpoczęłam, wzięłam laptop, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku i nie było w porządku. Adam albo wyjął, albo po prostu zgubił antenkę od myszy i mysz nie działała. Bardzo nie lubię bez myszy pisać, bo ciągle kursor mi skacze i tracę cierpliwość oraz dużo czasu przez ten kursor. Jednak jakąś stratę przez tego smarkacza mam. Musiałam nową mysz kupić (82 pesos). Spałam na śpiworze, przykryta ręcznikiem, a pod głową miałam zwinięty w rulon polar. No cóż, tak to bywa na nowym mieszkaniu. Już nic więcej nie dało się w ten jeden dzień załatwić.

Skórzane kanapy na ulicy. Wszystko dla wygody klientów :)
Następnego dnia pojechałam do Lindy i Grega oddać pompkę do materaca i z ich komputera napisać maila do Oliwii, żeby się nie martwiła, bo już wszystko w porządku i bankomat dał mi pieniądze. Napisałam też, że zmieniłam mieszkanie i jestem bez Internetu. Zanim jakoś tego problemu nie rozwiążę, mogę się jakiś czas nie odzywać, żeby się nie zamartwiała, bo u mnie wszystko w porządku. Przy okazji przyniosłam Waleri w prezencie różową moskitierę dla dziecka i maskotki, które to rzeczy  z Polski wiozłam. Dla siebie mam jeszcze jedną, białą moskitierę, w razie potrzeby w dalszej podróży.

Pieszy ma tu trochę gorzej
Greg po poprzednim dniu ciągle odpoczywał, a Linda i Walery wybierały się do Centrum Handlowego, żeby zobaczyć ceny rzeczy dla noworodków, ubranek, wózka i innych niezbędnych dla dziecka przyborów. Walery ma tu, w Cancun, przez dwa miesiące pozostać z dzieckiem po porodzie, pod opieką rodziców, a potem jedzie do Arizony w Stanach, do domu chłopaka, ojca dziecka i tam ma  mieszkać. To jest w stronach, gdzie kiedyś Linda i Greg mieszkali w swoim domu. Potem oddali dom za hipotekę i przyjechali do Meksyku, kraju rodzinnego Lindy. Skoro mam robić  zakupy do swojego mieszkania, to może wybiorę się z nimi do tego Centrum? Zaproponowały dziewczyny, a Greg niech sobie śpi. Chętnie się zgodziłam.

Cancun
Normalnie, to jeździmy autobusami. Ale gdy jesteśmy we trzy lub we troje z Gregiem, jak Waleri zostaje w domu, to wtedy bierzemy taksówkę, ponieważ kosztuje ona tyle co trzy bilety autobusowe, czyli 3 x 7 pesos. W Centrum kupiłam prześcieradło, poduszkę, mysz do komputera, zjadłyśmy po europejskiej kanapce, Walery zjadła ciastko z kremem z truskawką na czubku, która okazała się sztuczna, dla ozdoby. Walery ma prawo do zachcianek i bardzo, bardzo chciało jej się takiego kolorowego ciastka. Ja wypiłam wreszcie dobrą kawę, której rano nie zdążyłam kupić, bo autobus podjechał, więc wsiadłam i pojechałam do Lindy. Tutaj, blisko nowego mieszkania, mam przystanek autobusowy i przy nim sklep „Extra”, w którym również można kupić gorącą kawę, chociaż nie jest to Seven-Eleven, ani Oxxy.

Życie toczy się na ulicy
Dziewczyny kupiły mini ubranko dla dziecka, różowy kocyk i maleńką poduszeczkę. Wiadomo już, że to będzie dziewczynka, chica. Obejrzałyśmy wózki, chodziki, kołyski, przybory toaletowe dla niemowląt i różne inne rzeczy, które są bardzo teraz wymyślne i śliczne. Jak my z Lindą miałyśmy maleńkie dzieci, to takich rzeczy jeszcze w sklepach nie było. Ale wiadomo, Świat idzie do przodu. Zauważyłam, że tutaj, podobnie jak w Polsce, co się w sklepie do ręki nie weźmie, to jest made In China. Chińczycy zaopatrują całą kulę ziemską w swoje wyroby. Jest ich tak dużo, że nadążają z produkcją i chyba wszyscy mają tam pracę. Większość firm korzysta z ciężkiej, słabo opłacanej pracy Chińczyków.

Palmowa Aleja Kukulcan
Do domów wróciłyśmy już różnymi autobusami, bo każdy do siebie. Myślałam, że kupiłam tylko prześcieradło do przykrycia się (w białe i fioletowe paski), ale po rozpakowaniu, okazało się, że w komplecie jest też prześcieradło z gumką na materac (całe fioletowe) i powłoczka na poduszkę (w białe i fioletowe paski). Prześcieradło na materac za małe. Na uno person. Gdy wybierałyśmy z Lindą materac, też wyszukałyśmy taki na uno person, a jednak on się okazał większy. Wyciągnęłam gumkę i prześcieradło położyłam luzem na materacu. To do przykrycia i powłoczka na poduszkę, są ok. 

Przyjadę obejrzeć to miejsce

Mysz do laptopa też pasuje. Wyszłam jeszcze raz do miasta, ale już blisko domu i zakupiłam wodę mineralną, miotłę do zamiatania podłogi, ścierkę do mycia podłogi i niedużą miskę plastikową, w której po powrocie zrobiłam pranie. Sznurek rozwiesiłam w łazience. Ludzie mieszkający w moim domu rozwieszają pranie w patio, nawet posiłkowali się kratami od mojego okna, aby do swojego, naprzeciwko dowiązać sznurek. Buty również suszą w patio. Ja jednak już straciłam zaufanie do wszystkich  współmieszkańców i mimo, że bramę tu również zamykamy wchodząc i wychodząc, nic już w korytarzu wspólnym nie zostawię.

Budują tu hotele w różnym stylu
Podoba mi się w tym nowym mieszkaniu. Gdy Pedro dawał mi klucze, zapytałam, czy jeżeli będę chciała przedłużyć pobyt o następny miesiąc, zgodzi się? Powiedział, że nie będzie problemu. Bez Lindy się nie obędzie, bo ja już nie trafię na tym wielkim Mercado do sklepu Pedra z jajkami. Będzie już po świętach, to może i tyle jajek nie będzie. Teraz, gdy mam już ustabilizowaną sytuację z mieszkaniem, za tak małe pieniądze, mogę wreszcie spokojnie zwiedzać miasto i okolice i więcej pieniędzy przeznaczać na swoje przyjemności i nie martwić się, że za parę dni znowu muszę się pakować i szukać względnie taniego hotelu, który w moim odczuciu, zawsze okazywał się za drogi.

Ratownik też czuwa
Gdy Greg pojedzie na kilka dni do Tulum szukać wspomnień z młodości (był tam w wieku 20 lat, ze swoją pierwszą dziewczyną i chce zobaczyć jak ten hotel i te miejsca mają się do obrazów z jego pamięci. Teraz Greg ma 64 lata), to my z Lindą (51 lat) pojedziemy do Isla Mall na plażę pokąpać się w morzu. Chyba, że Waleri (21 lat) będzie rodzić, to wtedy zajmiemy się Waleri.
 
To ja

Linda z nieustającą czułością patrzy na Grega i mówi, niech jedzie do tego Tulum powspominać sobie młodość. Miał takie ciekawe życie, że Linda namawia go, aby spisał swoje wspomnienia dla wnuków. Bardzo sympatyczna para. Przyszłość Waleri ich martwi, bo jej chłopak nie ma przed sobą żadnej przyszłości, u mamusi na garnuszku siedzi, a teraz dojedzie tam jeszcze Waleri z dzieckiem.

Plaża Delfines
Greg mówi, że to jej życie i nie będzie się do niczego wtrącał. Jak będzie jej źle, zawsze do rodziców może wrócić. Niech sama decyduje o swojej przyszłości i przyszłości swojego dziecka. Linda i Greg mają jeszcze syna Roberta, ale on jest już usamodzielniony i mieszka w Stanach. Linda z Gregiem zimą mieszkają w Mexico, w Cancun, a jak w Arizonie jest lato, to mieszkają tam. Na zimę znowu wracają do Mexico. Bardzo się cieszę, że poznałam tą rodzinę. Są sympatyczni, pomocni i bezinteresowni, o co w naszych czasach trudno.
wszystko jest na plaży, tylko korzystać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz