Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

środa, 30 października 2013

trochę info o Gwatemali



28 października 2013r- poniedziałek

już przeglądam połączenia z Puerto Barrios
 W Livingston cały czas panuje jeszcze pora deszczowa, z czego należy wnioskować, że podawane w różnych informacjach dane o klimacie  Gwatemali są mylne lub pora sucha nastaje inaczej, w różnych częściach kraju. Z Internetu mam dane, które mówią, że pora sucha trwa od października do maja. Tymczasem październik już się kończy, a deszcze i wichury wprost szaleją nocami. Deszcze również padają za dnia, chociaż już z mniejszym nasileniem. Woda w morzu jest wzburzona i brudna. Temperatura jednak cały czas wysoka i bardzo duża wilgotność powietrza, co nie jest korzystną sytuacją. Rzeczy są wiecznie wilgotne, wyprane – nie chcą schnąć. Komary bez przerwy atakują, szczególnie w nocy, pomimo stosowania różnych środków odstraszających.
praca twórcza na ulicy
 W moim pokoju pojawiły się dodatkowo jakieś małe mrówki, które w ogromnych ilościach, jak wojsko, karnie w szeregu kroczyły przez całą ścianę od okna do wezgłowia mojego łóżka i znikały między materacem, a drewnianym spodem łóżka. Zawołałam Brendę, żeby zobaczyła co się dzieje, za nią przyszła Manuela, a na końcu jej mąż. Wszystko zostało z wielką uwagą i zdziwieniem obejrzane, po czym przydzielono mi nowy pokój o numerze 2, do którego bezzwłocznie przeprowadziłam się, a gospodarz miał się zmierzyć z mrówkami za pomocą silnego środka chemicznego. Zabrałam tylko swoje rzeczy osobiste i  wentylator, ponieważ pościel Manuela i tak chciała mi dzisiaj wymienić, więc zajęłam pokój świeżo wysprzątany, wyposażony w czystą pościel i ręcznik. Na korytarzu musiałam jeszcze swoją torbę podręczną porządkować i trzepać, bo te niezmiernie pracowite stworzenia zdążyły ją również zaatakować. Nie wiem, dlaczego Manuela nie stosuje w swoim hotelu moskitier nad łóżkami, skoro każdy pokój, pod sufitem ma ażurowe ścianki, przez które to otwory nie tylko komar, ale i quatzel by się przecisnął, jak byłby ambitny. Natomiast okna są zabezpieczone siatką, stwarzając poczucie bezpieczeństwa, dopóki człowiek się na sufit nie zapatrzy.
Jedna z dwóch ulic Livingston
Dobrze właściwie, że te gwałtowne, niezmiernie obfite nocne deszcze są tutaj, bo gdyby w takiej formie i ilości występowały w moim kraju, nieszczęście byłoby gotowe. Gdyby na przykład w Warszawie, chociaż jedna noc zdarzyła się z taką ilością deszczu, jaka była ostatniej nocy, mielibyśmy stolicę już zatopioną. Ludzie byliby ewakuowani, pompy nie nadążałyby z  wypompowaniem wody z piwnic i mieszkań, Towarzystwa Ubezpieczeniowe straciłaby duże pieniądze na wypłaty odszkodowań za zalanie mieszkań i zatopienie samochodów, a Prezydent stolicy i Premier kraju wzywani by byli przez panów Kaczyńskiego i Macierewicza do natychmiastowego podania się do dymisji wraz z całym Rządem za bezsilność wobec działań natury. 

Port w Livingston
Natomiast w Gwatemali nic takiego nie ma miejsca. Ludzie zabezpieczają, jak mogą, swój dobytek, woda zmywa do czysta ulice i bocznymi kanałkami spycha wszystko do morza, oszczędzając pracy miejskim służbom oczyszczania miasta. Moi gospodarze codziennie już od świtu szuflują wodę z zagłębień, gdzie się zatrzymała, a Brenda ogromną szczotką ściąga resztki wody z wyłożonych płytkami alejek tego czarodziejskiego podwórka, wprost do morza. Nikt nawet nie poświęca chwili myślom o Rządzie, bo wszystkie myśli skupiają tu głównie na swojej rodzinie i biznesie.

w porcie zawsze panuje ruch
Kilka ciekawostek o Gwatemali:

Gwatemala jest Republiką, Prezydenta wybierają co 5 lat i jest on jednocześnie szefem Rządu. Władzę ustawodawczą sprawuje Kongres Narodowy, liczący 116 Deputowanych. Kraj ten zamieszkuje ok. 14 milionów mieszkańców. Prawie 50% wśród nich, to rdzenni Majowie, pozostali, to wymieszane pokolenia po kolonizatorach hiszpańskich oraz sprowadzanych przez nich do pracy na plantacje kawy i trzciny cukrowej, Afro Amerykanach. 
Dwie ulice na krzyż, a każda wchodzi do morza
Gwatemalę napadał również lud zwany Tlaxcaltecas, który jednak coś pożytecznego po sobie zostawili, nadał on bowiem wszystkiemu nazwy geograficzne, które używane są do dnia dzisiejszego.  Gwatemala pochodzi od słowa Quauhtetlemallan, które oznacza „miejsce wielu drzew” i to się jeszcze nie zmieniło, mimo słabo zauważalnej ochrony środowiska naturalnego. Gwatemala tonie cała w zieleni i  gęstych, górzystych lasach. 
Przypłynęła wycieczka Rosjan
Ogromne łańcuchy górskie przechodzą przez środek kraju, oddzielając nizinny teren Peten z gęstymi lasami tropikalnymi na północy, od nizinnego obszaru wybrzeża Morza Karaibskiego, z największym jeziorem Izabal (589,6 km2), po którym przez kilka godzin płynęłam łodzią, pełna podziwu dla tutejszej przyrody. Płynąc tym jeziorem, można również przyjrzeć się wyspie czarnych flamingów oraz indiańskiej wiosce, egzystującej nad brzegiem, w swojej dawnej formie. Nieraz można natknąć się na delfiny słodkowodne. Ja się niestety nie natknęłam, chyba dlatego, że tego dnia duży ruch panował na Rio Dulce, a delfiny z pewnością nie lubią tłumów.

trochę zdezorientowani
Największą rzeką Gwatemali, jest Rio Motagua, o długości 400 km, ciągnąca się od zachodu, w pobliżu Chchicastenango, w poprzek Gwatemali, przepływając obok miast: Mixco Viejo, San Cristobal Acasaguastlan, Rio Hondo, Morales, po czym mijając na wschodzie przejście graniczne do Hondurasu w miejscowości El Cinchado, łączy się z pasem granicznym, żeby po minięciu Los Quineles, wpaść wreszcie do Morza Karaibskiego  w granicznym mieście  Barra del Montagua.

Przewodniczka grupy przepytuje bębniarza
Rio Polohcic (240 km), niemal o połowę krótsza od Montagua, płynie po wschodniej części kraju, łącząc się z Lago De Izabal, największym jeziorem Gwatemali, aby wymieszana z jego wodami, połączyć się z Morzem Karaibskim w mieście Livingston, w którym obecnie piszę te słowa, siedząc w ogrodzie hotelu „Flamingos” i wsłuchując się w bicie fal o brzeg, tuż za moim stolikiem. W chwilach odprężenia przyglądam się przepływającym łodziom, motorówkom i statkom oraz intrygującej mnie od pierwszego dnia, ogromnej figurze, wyciosanej w kamieniu, stojącej samotnie na mini wysepce w odległości około 200 m od brzegu.
Zamyślona Gwatemalka
Gwatemala ma bardzo dużo rzek, odprowadzających  ogromne ilości wody do mórz, na południu i północnym wschodzie kraju. Do Pacyfiku, wpada dosłownie co kilka, kilkanaście kilometrów jakaś rzeka – Rio Los Escalavos, Rio Maria Linda, Rio Coyolate, Rio Nahualate, czy Rio Samala. Niewielka rzeka Rio Naranja, na pewnym odcinku łączy się z granicą meksykańską, na przejściu granicznym w  Tecun Uman i wpada do morza w miejscowości Tilapa, a tuż za granicą, już w Meksyku, płynie następna rzeka.

dzień, jak co dzień
Obfitość wody w Gwatemali jest ogromna - w rzekach, jeziorach, wodospadach i morzach, dodatkowo z nieba dostarczana jest w nieograniczonych ilościach i bez zamówienia. Stąd przyroda Gwatemali taka bujna i różnorodna i ciągle samo odradzająca się, nie wymagająca pracy ludzkich rąk. Z tych powodów, Gwatemala często jest nazywana krajem wiecznej wiosny. Wystarczy tylko chronić tą przyrodę przed bezmyślnym niszczeniem, przy okazji rozwoju cywilizacyjnego.  

transport publiczny w Livingston
W środkowej części Gwatemali płynie Rio Negro, przechodząc płynnie w Rio Chixoy o Negro, która za Salinas Nueve Cerros, przekracza granicę z Meksykiem i sama stając się granicą płynie obok majańskich piramid. W  pobliżu dopływu (po gwatemalskiej stronie),  Rio La Pasion, przechodzi przez przejście graniczne w Bethel, obok piramid Majów w Piedras Negras, żeby w końcu zniknąć z oczu za granicą, po stronie meksykańskiej.

handel uliczny
Do przejścia granicznego z Meksykiem w El Ceibo, ciągnie się również rzeka Rio San Pedro, przepływając w pobliżu budowli Majów, El Peru i La Joyanaca, a która swój początek bierze na północ od Lago Peten Itza, przy Flores, dokąd  prowadzi moja podróżnicza droga. Na północny wschód od Flores istnieje największe zagęszczenie budowli majańskich, ciągnących się od północy do granic z Meksykiem, a od wschodu z Belize.Jednocześnie jest to teren o wiele uboższy w rzeki, z wyjątkiem piramid Kinal, Rio Azul, San Bartolo i Xamakabatun. Między tymi piramidami, wiją się odgałęzienia rzeki Rio Azul, która na północy również przekracza granicę z Meksykiem.

Druga z dwóch ulic Livingston
Największymi zaś górami w Gwatemali są: Alto Cuchumatanec, Sierra de Chama, Sierra Las Minas i Sierra Madre, które ciągną się od Meksyku, przez Gwatemalę, aż do Hondurasu. Rzeka Motagua płynie doliną między Sierra Madre, a Los Altos. W tamtym rejonie znajduje się też największy wulkan Tajumulco (4220 m n.p.m.) oraz Park Narodowy Tikal z największymi piramidami Majów, gdzie właśnie się kieruję w swojej wędrówce przez ten zadziwiający kraj.

Drzewo owocowy w przydomowym ogródku

Gwatemala podzielona jest zasadniczo na cztery części:
1.Nizina Peten
2.Wybrzeże Morza Karaibskiego
3.Łańcuchy górskie
4.Wybrzeże Pacyfiku.

Błękitny sklep-kawiarnia
Cywilizacja zaczyna się od Rio Dulce. Ogromy most pobudowany nad jeziorem, pod którym mieszkałam w Backpackers, prowadzi do Tikal, krainy Majów, na północ kraju. Gdy będę tam jechała z Puerto Barrios drogą lądową, znowu przejadę po moście nad całym kompleksem hotelu Backpackers, przyjacielskim dla turystów, prowadzonym przez Europejkę, która w pewnych momentach wyglądała jednak na smutną i osamotnioną w tym otoczeniu.   Tylko przez moment, gdy spotkałam ją w mieście spacerującą samotnie, zamyśloną i smutną. Wróciła wówczas ze mną do centrum i pomogła przy bankomacie. Wieczorem w hotelu, swoim królestwie, znowu była uśmiechnięta i wszystkim życzliwa.

czasem można spotkać samotnego podróżnika
Zauważyłam, że od obszaru łańcuchów górskich, po wybrzeże Pacyfiku kraj posiada największe zagęszczenie miast i dróg, czyli w rejonach - patrząc od zachodu: San Marcos, Quetzaltenango, Totonicapan, Chimaltenango, wokół stolicy Ciudad Guatemala oraz na południowym wschodzie: Jalapa, Santa Rosa, Zacapa i Chiquimula.

czasem przypłynie kilka osób na godzinkę lub dwie
W środkowej części kraju (ze względu na bardzo wysokie góry) dróg jest mało, ale za to jakie widoki na trasie! Oszałamiające! Te istniejące, biegnące między stromymi ścianami gór, a przepaściami, są ciągle naprawiane ze względu na bezpieczeństwo podróżujących. Łączą one najważniejsze  miasta, jak Ciudad Guatemala, przez Coban w kierunku Flores i dalej na północ, do Carmelita, gdzie zaczynają się piramidy Majów, dochodzące do Narodowego Parku El Mirador. Od Ciudad Guatemala można też przejechać drogą do Lago de Izabal, lub zostawiając po lewej stronie jezioro, jechać wprost, wzdłuż Rio Motagua, do Puerto Barrios, do którego w czwartek muszę popłynąć z Livingston drogą wodną, ponieważ z Livingston żadnej utwardzonej drogi nie ma, w żadnym kierunku.
Mapa Livingston
W dżungli żyją po dawnemu Indianie. Jedną taka wioskę mijaliśmy płynąc jeziorem Izabal, ale w głębi dżungli takich wiosek jest więcej. Niektóre wycieczki chodzą z przewodnikami do wioski El Estor, położonej na wschód od Coban. Idzie się do niej 7 km pieszo przez dżunglę, mijając po drodze inne małe społeczności wiejskie, czy też plemienne, o nazwie Teleman, Tucuru, La Tinta i inne, które nie są nawet na żadnej mapie zaznaczone. Ludzie żyją tam, jak dawniej, w bambusowych domkach, krytych palmowymi liśćmi. Kobiety noszą huilpile, czyli tradycyjne, cienkie tuniki bez rękawów. Dzieciaki biegają nagie. Kontakt z cywilizacją mają głównie mężczyźni (!), którzy wypuszczają się do miasteczek po zakupy. Nie wiem skąd pozyskują pieniądze. Może sprzedają w mieście złowione przez siebie ryby i zebrane owoce lasu?, a może Rząd wypłaca im jakieś zapomogi? Nie zgłębiłam jeszcze tego tematu.

mijane wioski
Livingston uważane jest tutaj za ostatni punkt na Ziemi, za którym już nic innego nie istnieje. Jest to dawne miasteczko portowe, otoczone Morzem Karaibskim z jednej strony, a z innych stron gęstą, bagnistą, trudnodostępną dżunglą, stąd to poczucie odosobnienia, a wręcz osamotnienia mieszkańców. (i chyba dlatego tak tutaj dużo komarów w nocy! Przez te bagna!)

warzywa takie, jak u nas
Do Livingston można dostać się jedynie drogą wodną z Rio Dulce lub z oddalonego o 20 km Puerto Barrios. To właśnie z powodu Puerto Barrios, Livingston straciło na znaczeniu i z tętniącego życiem miasta portowego stało się zapyziałą, zaniedbaną i osamotnioną osadą, do której nawet niewielu turystów zagląda, ze względu na brak atrakcji i brak przyzwoitej bazy turystycznej.

Dobrze, że tutaj nie trafiłam. Chociaż się upierałam.
W ostatnich latach ludzie bardziej przedsiębiorczy, jak np. rodzina Manueli, próbują wykorzystać walory turystyczne miasteczka, ze względu na jego historię i położenie. Zakładają nowe hotele lub przystosowują stare budynki do wynajmowania kwater turystom, otwierają restauracje z prawdziwego zdarzenia, zamiast sprzedawać posiłki w blaszanych barakach lub bezpośrednio na ulicy. Bardziej też dbają o czystość we własnym otoczeniu. Niestety, to co za bramą, nie mieści się zazwyczaj w ich planach estetyzacji terenu. Bo to obce śmieci, a co obce, to nie warte uwagi.

Przed Lamingos chłopcy grają w kulki
Artyści wykonują swoją sztukę na oczach przechodniów, przez co bardziej zwracają na siebie uwagę wycieczek i zawsze znajdzie się jakiś chętny na kupno dzieła rzeźbiarza, malarza, wyrobnika pamiątek, czy klientka dla pani, zaplatającej dziesiątki cienkich warkoczyków na głowach turystek, na które następnie zostają nanizane kolorowe koraliki. Co też uważam za sztukę niemałą, wykonanie takiej pracy.

moje codzienne śniadanie
Nie ma tutaj artystów wykonujących tatuaże, których na przykład jest niezliczona ilość w krajach azjatyckich. Tatuaże w Gwatemali dyskryminują człowieka, przypisują go do grupy terrorystów, bandytów, ludzi spoza marginesu społecznego. Tak zwani gangsterzy gwatemalscy zwani tutaj Maras, są wytatuowani. Podejrzewam, ze chodzi o tych spotkanych przeze mnie na targu rybnym mężczyzn, z podgolonymi głowami, tatuażami i nagimi maczetami przy boku.

Gwatemalczyk z maczetą przy boku
Nikt ze społeczeństwa  z nimi nie chce się zadawać, nikt Maras nie da pracy, ani nie zaliczy do grona znajomych. Rząd nie wymyślił jeszcze sposobu, jak zmotywować tych ludzi, aby zechcieli żyć w sposób zgodny z przyjętymi normami. Wysyła na ulice patrole policyjne, (w Livingston wystarcza jeden terenowy, częściowo opancerzony samochód z dwoma policjantami, w tym jeden kierowca) które patrolują teren i mają Maras na oku.

przed sklepem
Policja turystyczna pilnuje bezpieczeństwa mieszkańców i nielicznych turystów, ostrzegając również przed wieczornymi spacerami po mieście i to wszystko. Bo Maras pojawiają się zawsze o zmierzchu. Każdy mieszkaniec, jeśli go zapytać, powie, gdzie nie należy chodzić, bo tam są Maras. Natomiast karaibskich piratów już tutaj nie ma.

inna uliczka Livingston
Najbardziej niebezpiecznymi rejonami w Gwatemali jest Zacapa i północ kraju, na pograniczu z Meksykiem. Niemniej, należy unikać samodzielnego  wypuszczania się w dżunglę, do wodospadów, wulkanów itp. Zdarza się, że idąc nawet z przewodnikiem, można zostać napadniętym, z różnym skutkiem końcowym.

Podwórko szkolne
Mimo to, wyraźnie widać, że Gwatemala jest już gotowa przemóc swoją niechęć do obcych i otworzyć się na turystów, bo widzi, że świat się zmienił i nie można wiecznie żyć w izolacji, a turystyka może sprawić, że sytuacja materialna ludzi poprawi się znacznie.

Lavendaria i laundry, czyli drogeria i pralnia w jednym
Nowy Rząd podobno stawia na turystykę i wszelkimi sposobami próbuje zaprowadzić w kraju porządek, żeby został on przez turystów uznany za bezpieczny.  Ale jak widać, rozwojem turystyki na razie głównie zajmują się przybysze z innych krajów i to oni głównie czerpią z niej zyski. Takich, jak rodzina Manueli, tworzących rodzimy i  rodzinny biznes jest jeszcze bardzo mało. Ale to właśnie tacy ludzie przecierają szlaki.

Klasa w szkole podstawowej
 Czas: gdy to piszę, jest właśnie 28.X.2013r godz. 20.30, laptop, który pozostał na czasie warszawskim, wskazuje godz. 3.30 rano 29.X.2013r. Przybywając do Gwatemali, trzeba więc cofnąć zegarki o całe 7 godzin.


29 października 2013r - wtorek


Livingston w zasadzie można całe obejść w pół godziny. Od strony nadbrzeża, gdzie przypływają łodzie pasażerskie i transportowe, ciągnie się jedna dłuższa ulica, następnie pod kątem 90o, druga dłuższa ulica, dochodząca do morza (na końcu której, znajduje się  mój bajkowy Flamingos, w którym się zatrzymałam) i tutaj w zasadzie miasteczko się kończy. Jest kilka małych, nieraz ślepych, nieraz dochodzących do granicy  wody, małych uliczek z kilkoma domami lub blaszakami mieszkalnymi, ale tam nie ma zupełnie po co chodzić.

Ratowniczki na zakupach
Mając jednak tak korzystne pod względem turystycznym położenie w zatoce Morza Karaibskiego, a z drugiej strony, drogę wodną przez piękne Rio Dulce, można pokusić się o przekształcenie Livingston w bezpieczne, turystyczne miasteczko tętniące życiem dzień i noc. Tylko kto to ma zrobić?

Przed warzywniakiem (ciekawa waga w oknie)
Mieszkańcy z nudów głównie leżą w hamakach lub snują się po kamiennym parku przy przystani, a gdy wieczorem się nieco ochłodzi, przenoszą się do knajpek, gdzie grają na różnych instrumentach, bębnach, a nawet czymś takim ze skorupy żółwia (chyba?) i tańczą. A jak nie grają, to puszczają na magnetofonie płyty ze swoją tradycyjną muzyką i też tańczą. Popijają swój ulubiony drink Coco Loco, którym właśnie przed chwilą uraczyła mnie Brenda i dużo ze sobą rozmawiają.

wszyscy się tu znają
Tak, wyraźnie odnoszę wrażenie, że to bardzo otwarci (dla siebie), gadatliwi ludzie. Stoją grupkami na ulicach i pogadują sobie. Po wyjściu z kościoła nie idą do domu, tylko urządzają sobie pogaduszki na środku chodnika lub siadają na ławeczkach (w parku lub na ulicach na przystankach furgonetek, stanowiących tutaj transport publiczny). Młode dziewczęta i chłopcy siedzą przy butelkach z coca-colą i gadają, śmieją się, wygłupiają – bardzo towarzyski naród.
Codziennie wieczorem, tymi zalewanymi przez morze ścieżkami, przychodzą do Flamingos zaprzyjaźnione grupy ludzi, łączą po dwa lub cztery stoliki, według potrzeb i jedzą oraz rozmawiają prze dwie lub trzy godziny. Bez przerwy jedzą i rozmawiają. Potem nagle wszystko cichnie i znowu tylko słychać tłuczenie się morskich fal o betonowe zabezpieczenie brzegu, przed bramą hotelu.

i jeżdżą sobie po mieście, po tych dwóch ulicach
Nawet mali chłopcy, co przychodzą nad sam brzeg morza, żeby przed wejściem do Flamingos grać w kulki, bez przerwy sobie coś opowiadają. A przychodzą tutaj, ponieważ przed moim hotelem jest najszerszy pasek ziemi, na którym można narysować trójkąt i grać. W innych miejscach, domy od morza odgradza tylko wąska ścieżka, na której trudno się minąć dwóm osobom i która bez przerwy zalewana jest wodą, więc trzeba iść boso.

wieczorna nauka gry w pustej szkole
Co pewien czas do przystani dobija łódź, tak zwana: colectivo lanchas, z której wysypuje się wycieczka z jakiegoś egzotycznego dla tutejszych ludzi kraju europejskiego lub azjatyckiego i wtedy jest się czemu poprzyglądać z pozycji hamaka lub plastikowego krzesełka. Wycieczka z własnym przewodnikiem przemknie przed nimi, jak powiew zanieczyszczonego innym zapachem wiatru, zostawiając za sobą obcą tutaj woń różnych perfum, zmieszanych z ludzkim potem. I po atrakcjach.
Właśnie zaczęły się wakacje
Bo muszę w tym właśnie miejscu napisać, że bardzo mnie pozytywnie zaskoczyła absolutna czystość osobista Gwatemalczyków. Człowiek może być w roboczym ubraniu, w niedbałym, rozciągniętym podkoszulku i opadających krótkich letnich portkach, ale jak się miniemy, snuje się za nim zapach czystości i bardzo często dobrych gatunkowo perfum, połączonych z zapachem czystego ciała. I u kobiet, i u mężczyzn, bez względu na wiek. To było również wyraźnie odczuwalne w chickenbusach, którymi dotychczas podróżowałam. 

c.d.n




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz