Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 27 października 2013

San Felipe i Livingston



  
Gwatemalki  na spacerze w parku
Po zwiedzeniu Rio Dulce i San Felipe, odpoczęłam trochę, popisałam w laptopie, zamailowałam do Oliwii i Pawła, po czym postanowiłam popłynąć do Livingston. Szukałam Cezara, pytałam o niego Heder, ale niestety był w trasie. Heder mówi, że jak chcę płynąć do Livingston, to mam się decydować, bo za pięć minut będzie tutaj łódź z turystami tam się udającymi.
Kapitan Cezar przywiózł mnie na San Felipe
To ja poprosiłam pana agenta od wycieczek (wszystko w jednym hotelu, na miejscu), aby wypisywał mi już bilet, a ja w tym czasie zniosę z góry bagaże. Na szczęście już rano się spakowałam, nim zeszłam na śniadanie, ale i tak łódź czekała na mnie chwilę, nim się z tym wszystkim uporałam i pożegnałam się z Heder. Ta łódź popłynęła nie w tą stronę! Od razu to zauważyłam, wiedząc, że Livingston leży w przeciwnym kierunku. 
Przystań łodzi w San Felipe
Po chwili okazało się, że część turystów była ze swoim przewodnikiem, który poprosił przewoźnika, aby podjechał do San Felipe i okrążył wyspę-twierdzę, bo jego klienci nie mają już czasu tam płynąć, więc chociaż z daleka zobaczą słynny Fort. Przy okazji obejrzałam Fort od strony morza i znowu wykonałam kilka zdjęć tej atrakcyjnej budowli. Potem zawróciliśmy i popłynęliśmy w odwrotną stronę do Livingston.
tortille pieczone są na poczekaniu
Po drodze podpłynęliśmy do małej wysepki, aby obejrzeć siedlisko czarnych flamingów. Radości nie było końca, ponieważ flamingi jakby popisywały się przed nami, kołowały w powietrzu, przemieszczały się z drzewa na drzewo, a w ogóle to siedziały na gałęziach całymi grupami, co wyglądało bardzo interesująco. Mimo to, trudno było uchwycić je aparatem fotograficznym w locie, ale i tak kilka zdjęć udało się zrobić tym niecodziennym ptakom. Do Livingston płynęliśmy cztery godziny, ale to z powodu kołowania dla zwiedzania różnych atrakcji.

wejście do Fortu San Felipe
Po opuszczeniu łodzi nie byłam zachwycona. Przystań i jej okolica była bardzo zaniedbana, a ludzie inni, niż ci, których dotychczas spotykałam w Gwatemali. Szczupli, o bardzo czarnej skórze, włosy smoliste, mocno kręcone, typu afro, u młodych często dredy. Wyglądali bardziej na Jamajczyków, niż na Gwatemalczyków. Spojrzenia ponure.

San Felipe
Siedzieli grupkami na ulicy, wzdłuż jezdni i tępo przyglądali się przechodniom. Nie wróżyło to dobrze. No cóż, pomyślałam, najwyżej przenocuję gdziekolwiek i rano popłynę dalej. Niektórzy spacerowali brzegiem jezdni, a do opadających kretonowych, kolorowych portek mieli do paska przytwierdzone maczety. Niektórzy z nich długie maczety mieli w skórzanych pochwach, ale większość nosiła je luzem, wyostrzone na błysk. Takie klimaty w Livingston.

wewnętrzny dziedziniec Fortu San Felipe
Tym razem podszedł do mnie Luca. Są tacy samorodni przewodnicy, czekający w porcie na przypływające łodzie z turystami, żeby zaoferować za parę kecali pomoc w znalezieniu hotelu i dźwiganiu bagaży. Z powodu praktyki w obcowaniu z turystami, mówią zazwyczaj trochę po angielsku.
 
Od strony fosy
I bardzo dobrze, starają się przynajmniej zarobić uczciwie parę groszy, a nie przelegują całe dnie w hamakach lub siedząc na ulicznym krawężniku. Luca powiedział, że zawiezie mnie do dobrego hotelu. Wytłumaczyłam mu, że nie jestem właściwą turystką na dobry hotel i potrzebuję czystego, ale taniego hotelu. 
widok ogólny San Felipe
Słyszałam o hotelu dla backpackersów o nazwie „Cosa Nostra”, ok., mówi Luca, weź taksówkę Sofia, bo z tymi bagażami nie damy rady. Taxi kosztuje 10 kecali. Ok., mówię. Zatrzymaliśmy taksówkę, która po drodze trzy razy skręcała w różne strony, zabierała i wysadzała ludzi, a to młodych mężczyzn podrzuciła do kumpli, a to dwie kobiety z ogromnymi tortami do świętującej rodziny, starszą panią z zakupami do domu, na koniec kobietę z całym koszem jaj i z dzieckiem, od każdego z nich  biorąc 10 kecali. Niezły biznes! Czy pytali mnie o zgodę na taką wycieczkę? Nawet taka myśl  przez głowę im nie przemknęła! Taksówka działała na zasadzie tramwaju miejskiego.
płyniemy
W pierwszym hotelu za pokój chcieli 230 Q. Gdzie ty mnie Luca przywiozłeś, napadłam na niego. Przecież wyraźnie mówiłam, że ma to być barato hotel! Wynieśliśmy się stamtąd natychmiast, już w podwórku przeprosiłam panią właścicielkę, sorry, mówię, gracias, to nieporozumienie.

wyspa czarnych flamingów
Luca dźwigał na plecach moją torbę, ja z plecakiem podążałam za nim, bo szliśmy teraz wąskim paskiem ziemi między budynkami a falami morskimi, które co chwila obmywały moje nogi. Mówiłam, zawieź mnie do Cosa  Nostra, Luca, a nie kombinuj po swojemu. Z Cosa Nostra nie będziesz zadowolona, Sofia. Pójdziemy tam, gdzie Ci się spodoba i będzie barato, po 50 kecali, ok. Sofia? Ok.!
Dzieci przewoźnika podpłynęły, żeby przekazać wiadomość od mamy
I tak gadając do siebie w różnych językach, a właściwie przekrzykując fale morskie, zaszliśmy od tyłu hotel  „Flamingo,s” . Cukiereczek na śmietniku. Wokół bałagan, syf, śmieci, a tu raptem ukazuje się budowla, jak  z bajki o księżniczce. Budyneczki z czerwonej cegły, z różnymi przybudówkami, wieżyczkami, tarasami, balkonikami, błękitnym basenem, wszędzie czysto, schludnie, niesamowita sprawa! Wszystko na miarę gwatemalczyków, czyli małe, niskie, ale śliczne i zadbane.
Zamek księżniczki Flamingo,s z bramą do morza
Restauracja na miejscu i pokój samodzielny, rzeczywiście za 50 Q. Były droższe, po 75 Q i 100 Q, z własną łazienką, ale wybrałam ten właśnie, do łazienki dosłownie parę kroków, pod zadaszeniem z kolumienkami, co okazało się ważne, ponieważ każdej nocy lał deszcz, jak z cebra!


patio z hamakami do wypoczynku
 Luca pośredniczył między mną, a Manuelą, gospodynią Flamingos, w uzgadnianiu ilości noclegów i ceny. Jak to zazwyczaj bywa, każdy liczył tak, aby dla niego było korzystnie. Np: 24, 25,26,27 wg Luca, to są cztery doby, bo cztery daty, a według mnie to są trzy noce. 

mój pokój nr.04, na parterze
Luca, mówię,  ja wykupuję noclegi, więc nie licz dzisiejszego dnia, bo jeszcze tu nie spałam, jest popołudnie i dopiero tu przyszliśmy. Jutro rano, 25 października, minie jedna noc, 26 druga noc itd. Dosyć długo szło nam wyjaśnianie tej kwestii. W końcu wzięłam 7 noclegów, do 31 października i zapłaciłam 400 kecali, czyli po 57 kecali za nocleg t.j. po 7,6 $ co daje 24,32 zł za noc).

Widok z wieżyczki nad basenem Flamingo,s
Zapłaciłam tylko dlatego, że Luca powiedział w końcu, iż Manuela chce 400 kecali za cały ten okres. Ok., to mów do mnie w ten sposób Luca. Dam Manueli te 400 kecali, ale nie wmawiaj mi, że twój sposób liczenia noclegów jest prawidłowy, tylko po prostu powiedz, że Manuela chce 400 kecali i no problem! 

tutaj jem śniadania
Śmiał się i przytakiwał, ale tak już jest, że lubię jasne sytuacje i taki sposób załatwiania spraw mnie trochę drażni. Delikatnie mogę powiedzieć, że Gwatemalczycy są mało uczciwi i każdego próbują przechytrzyć. Podpisz mi tu Manuela, że daję ci 400 kecali i nocuję do 31  października, powiedziałam, wręczając jej kartkę i długopis. Ja też muszę mieć jakieś zabezpieczenie, skoro mam płacić z góry. Ale Manuela nic podpisać nie chciała. Wytłumacz jej Luca, że powinna dać mi pokwitowanie, zwróciłam się do pośrednika.

za bramą chłopcy codziennie grają w kulki
Ona mówi, że to mąż może podpisać. A gdzie on jest? pytam? pieniądze wolno ci wziąć, a podpisać tego, że je wzięłaś nie możesz? Mąż nie podpisze, bo nie dostał ode mnie tych pieniędzy, tylko ty, Manuela. W końcu z wielkimi oporami podpisała się na kartce. Dosyć ciężko idzie załatwianie tutaj prostych spraw. W hotelach prowadzonych przez Europejczyków, żadnych takich problemów nie miałam.

wieczorne spotkania towarzyskie
Noclegi liczone były prawidłowo, ceny negocjowane jasno i od ręki dostaje się kwit, ile zapłacono i do jakiego dnia zajmuje się pokój. Nie ma też wyłączania o godzinie 20.oo prądu i wody! Ale nie w każdym miasteczku można takie hotele, jak Backpackers, El Sol, czy Delfin znaleźć. 

białe flamingi przed hotelem
No, może z tym prądem przesadziłam. Ulewa tej nocy była tak ogromna, że miałam wrażenie, iż moje łóżko ze wszystkich stron  otoczone jest ogromnymi, huczącymi wodospadami. Spać nie było można wcale, co chwilę wstawałam i za pomocą swojej latarki-czołówki, bo już prądu nie było,  sprawdzałam, czy woda wlewa się już do pokoju, czy jeszcze nie. Czy torbę podróżną i  plecak stojące na posadzce, trzeba już wciągać na łóżko? Na szczęście nie trzeba było. 

w porcie Livingston
Na morzu za płotem szalał sztorm, co zobaczyłam, gdy wyjrzałam z latarką za drzwi, ale szum fal zagłuszany był skutecznie przez ryczącą z niesamowitą siłą ulewę. Coś niespotykanego dla mnie dotychczas. No więc ten brak prądu, to chyba siła wyższa. Najgorsze jest to, że chociaż po koszmarnej nocy, nastał piękny, słoneczny dzień, nikt z naprawą elektryczności się nie spieszy w tym mieście. Manuela mówi, że nie wie, kiedy włączą prąd. Maniana. Trzeba czekać i nie złościć się, a bateria w laptopie się za chwilę wyczerpie.

tędy chodzę do centrum miasteczka
Z wodą to już podejrzałam, w którym miejscu się zaciąga wajchę, bo Brenda widząc, ze stoję w ręczniku przed prysznicami i sprawdzam po kolei wszystkie kurki na wodę, podeszła i chciała mi tą wajchą otworzyć dopływ wody, ale sięgnąć nie mogła, co zrobiłam za nią i teraz już wiem, jak sobie poradzić, gdy nie ma wody.
kamienny park w Livingston
Nie rozumiem wprawdzie, dlaczego na noc musi być wszystko wyłączone, ale widocznie tak musi być i koniec. Jeszcze tego samego dnia, gdy przypłynęłam do Livingston, poszłam zobaczyć, jak to miasteczko wygląda i co właściwie oferuje turystom. Prawdę powiedziawszy, to nic ciekawego.
w mieście też grają w kulki. To chyba tu popularna gra.
Zapomniałam powiedzieć, że będąc jeszcze w Rio Dulce, trafiłam na powrót rybaków z połowu ryb i różnych innych stworzeń morskich i to było ciekawe widowisko. Samo targowanie się rybaków z odbiorcami towaru dla hoteli i restauracji, jak również sprzedaż indywidualna żywych, rzucających się na wszystkie strony stworzeń morskich była bardzo widowiskowa.
targ rybny w Rio Dulce
Znalazłam taką restaurację, hotel i agencję turystyczną,wszystko w jednym, która nazywa się „Traveller” i dowiedziałam się, że tutaj mogę skorzystać z Wi-Fi, jak przyjdę ze swoim laptopem. Większość turystów przesiaduje w tej restauracji popijając drinki, pisząc na komputerach i obserwując życie uliczne. Tak też zrobiłam. Wzięłam kable, ponieważ laptop był rozładowany przez brak prądu od wczoraj.

temu rybakowi dopisało dzisiaj szczęście. Jedyny taki okaz na targu.

Nie byłam pewna, czy mi pozwolą podłączyć sie do kontaktu, ale pan z agencji turystycznej podłączył mnie do swojego kantorka. Mimo, ze siedziałam przy stoliku w restauracji, korzystałam z prądu agencji turystycznej, a sama restauracja nadal prądu nie miała i dlatego kelnerka nie mogła mi podać kawy z expresu, bo nie działał. 

Livingston. Tutaj przychodzę z laptopem na Wi-Fi

Nie pojęłam w czym rzecz, ale najważniejsze, że laptop się ładował, a ja mogłam odebrać i napisać listy, oraz umieścić część tekstu na blog.Też się dziwiłam, w jaki sposób działały na wszystkich ulicach działały telewizory, przed którymi mieszkańcy Livingston z wypiekami na twarzy oglądali mecz FC Barcelona z Real Madryt ( Oni tu uważają Hiszpanię, niemal jak swoją ojczyznę i wszystko co jest z Hiszpanią związane, bardzo ich interesuje. A już mecze, szczególnie! 
kibice

Z początku myślałam, ze to Gwatemala z kimś rozgrywa mecz, że wszyscy tacy rozgorączkowani, ale człowiek z wypiekami na twarzy wytłumaczył mi, że to Hiszpanie grają. Na moich oczach wygrała FC Barcelona 2 : 1. Bardzo się tu wszyscy cieszyli, ale jestem pewna, ze ich radość wcale nie byłaby mniejsza, gdyby wygrał Real Madryt.

Dziewczynka w oknie

Z tego wynika, że w domach również nie mają prądu, tak jak ja w swoim hotelu i restauracja Traveler, a ci, co wystawili telewizory dla publiczności na czas meczu, czerpią prąd z innego źródła.

wnętrze Travel Agency


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz