Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 26 października 2013

Rio Dulce


Ostatecznie 20 października wyjechałam z Monterrico. Nie mogę się przyzwyczaić do tutejszego systemu transportu publicznego. Nie mogę iść sobie po prostu na dworzec autobusowy, obejrzeć rozkład jazdy, kupić bilet i jechać. Nie ma tu dworców autobusowych, o kolejowych nie wspominając, ponieważ tu w ogóle nie ma kolei. Trzeba koniecznie iść do jednej z wielu agencji turystycznych i u nich dopytywać o możliwość przemieszczenia się do innego miasta. 
znowu w Antiqua
Poszłam więc do Traveler Agency, gdzie powiedzieli, że jeśli chcę dostać się do  Rio Dulce, muszę znowu wrócić do Antiqua, jeżeli oczywiście chcę ominąć Ciudad Guatemala, a każdy zazwyczaj chce, i stamtąd dopiero mogę jechać do Rio Dulce z przesiadką w Morales, gdzie wsiądę do autokaru najlepszych tutaj linii autobusowych „Litegua”, który dowiezie mnie już do samego Rio Dulce. Tak też zrobiłam. Do Antiqua dojechaliśmy z opóźnieniem i z minibusu wysadzili nas w Old Town. Wiadomo, że w każdym państwie i mieście Old Town są to najdroższe, zabytkowe  dzielnice, ale była ciemna noc (chociaż godzina dopiero 20.oo),a ja z ciężkimi bagażami, które nie chciały toczyć się po kocich łbach, którymi całe miasteczko jest wyłożone. 

Macinare Hotel, Antiqua
Kocie łby były kiedyś idealną nawierzchnią i wszędzie przetrwały do dzisiejszych czasów w niezmienionym stanie. Główną zaletą takiej nawierzchni jest to, że nawet po stuleciach, nie robią się w nich dziury, jak na nowoczesnych asfaltowych szosach (chyba, że przyjechaliby tu nasi polscy, słynni pseudokibice i powyrywali z jezdni te kamienie). Ale w dzisiejszych czasach pojazdy mają na nich ciężko, a już walizki na kółkach w ogóle się nie sprawdzają na takiej nawierzchni i co chwilę się wywracają.
po takich schodach musiałam wtoczyć bagaże
Potoczyłam więc torbę parę metrów i zapytałam sympatycznego kelnera, stojącego przed wejściem do swojej restauracji, czy nie wie, gdzie bym tu w pobliżu mogła zatrzymać się na uno noche, żeby rano mieć blisko do autobusu w dalszą drogę. Chłopak powiedział, że u nich są wolne pokoje i bardzo zaprasza. Dobre sobie, przecież widzę, że to hotel lepszej marki, to i ceny ma nieodpowiednie dla mojej kieszeni. Wymieniliśmy swoje imiona i Eduardo chciał mnie już do pokoju prowadzić, ale powiedziałam Ola! Ola!, wyjęłam swój kalkulator, który zawsze trzymam w torebce na takie okazje i poprosiłam, aby mi kliknął, po ile ma najtańsze pokoje. Po 150 Q. To za drogo, orzekłam, pójdę dalej.
ale pokój był przyjemny
Eduardo nie dawał jednak za wygraną i nadal namawiał na skorzystanie z ich usług, napisał, że obniży mi do 125 Q,  ale w tym momencie przyszedł szef i na kalkulatorze napisał, że tak właściwie to mają pokoje od 200 Q wzwyż, na co ja zamachałam rękoma mówiąc, że to niestety, nie dla mnie hotel i zaczęłam zakładać plecak, a szef raptem napisał 100 . Qetzali? Upewniłam się? Tak! To zostaję! Potem śmialiśmy się z Eduardo, gdy mnie zaprowadził do pokoju, że szefowie takie niespodzianki lubią robić. Najpierw niby nie popuszczą, a potem znienacka spuszczają cenę jeszcze niżej, za którą swojemu menadżerowi by głowę urwali, gdyby to on uczynił. Tak więc wzięłam nocleg w dosyć drogim „Macinare Hotel” w Old Town. 

spacerek po mieście
Szybki prysznic i wyszłam  na starówkę, ponieważ do tej pory chodziłam po Antiqua jedynie za dnia, żeby przed zapadnięciem ciemności dotrzeć do Ixchel, czy potem do hotelu Matyldy, które były ulokowane na obrzeżach miasteczka. Teraz miałam możliwość  zobaczenia nocnego  życia w starej części zabytkowego miasta i rzeczywiście, zobaczyłam, że dopiero o tej porze turyści wychodzą na wąskie uliczki i spacerują lub siedzą przy kawiarnianych stolikach licznych tu kafejek. W mroku skąpo oświetlonych uliczek, Old Town parterowej Antiqua wyglądało, jak zaczarowane miasteczko z bajki. Nie było widać odrapanych budynków i z powodu mniejszego ruchu nie trzeba było zatykać nosa przed smrodem kiepskiego paliwa.
Eduardo zrobił mi fotke przed wejściem
Następnego dnia rano Eduardo powiedział, że do godziny 1 p.m. spokojnie mogę zostawić bagaże w hotelu, ale ja aż tyle czasu nie potrzebowałam. Poszłam do najbliższej Traveler Agency i kupiłam bilet na najbliższy autobus, który był o 11.30. Traveler Agency mieściło się w prostej linii, po tej samej stronie ulicy, ale jakieś 150 m dalej, agent nie wiedział jednak, gdzie się hotel Macinare znajduje, z czego uśmiałam się serdecznie. Pracujesz tutaj i nie wiesz, gdzie jest ten hotel? Prawie go stąd widać, Miguel! Nie wierzę! Pokazałam mu zdjęcie w aparacie fotograficznym, bo oczywiście zdążyłam już ten hotel obfotografować – Miguel kręcił głową z niedowierzaniem, w końcu powiedział, że zamknie biuro i pójdzie tam ze mną, co też uczyniliśmy.

Antiqua
No, tak, rzeczywiście, jest taki hotel. Przedstawiłam mu Eduardo, który zawsze był pod ręką i zawsze w dobrym humorze, w przeciwieństwie do swojego kolegi, który chodził, jak chmura gradowa, a poruszał się, jak mucha w smole. Z moich obserwacji wynikało, że to Eduardo najwięcej klientów przysparzał temu hotelowi i restauracji, a ten drugi, którego imienia nie poznałam, był tylko kelnerem. Przynosił, odnosił, liczył, pobierał i znikał. Eduardo mógł być zajęty rozmową z kolegą, ale gdy widział przechodzącego turystę, natychmiast przerywał rozmowę, podchodził, zagadywał, wychwalał, a to hotel, gdy ktoś szukał noclegu, a to jedzenie, gdy ktoś chciał zjeść posiłek, czarująco się uśmiechał, zachęcał, obiecywał  i zazwyczaj pozyskiwał klienta natychmiast, tak jak mnie zresztą.

bar hotelowy
Gdyby nie Eduardo, uznałabym na pierwszy rzut oka, że to nie dla mnie hotel i nie dałabym się wciągnąć w rozmowę. No więc zapoznałam Miguela z Eduardo i pokazałam, że taki hotel rzeczywiście istnieje i to parę kroków od jego biura. Miguel wdał się w rozmowę z Eduardo, wziął od niego reklamówki o hotelu, żeby mieć informacje dla turystów i dla siebie, ponieważ wysyłając minibus po turystę, zobowiązany jest wytłumaczyć kierowcy, gdzie się dany hotel znajduje, pod którym turysta będzie czekał. 

dworzec linii autobusowej "Litegua"
Tak tu działa transport. Widocznie goście z tego hotelu nie korzystają z minibusów, tylko jeżdżą swoimi, bądź wypożyczonymi samochodami i dlatego Miguel nie znał tego hotelu. Ale jedna taka niskobudżetowa turystka się w końcu trafiła. Wróciliśmy do jego biura i po uzgodnieniu telefonicznym z poszczególnymi przewoźnikami, sprzedał mi bilet za 260 Q, na całą podróż. (prawie 35 $ = 110 zł)Wypiłam jeszcze kawę i poszłam do pokoju spakować i znieść na dół rzeczy. Teraz oboje z Eduardo staliśmy przed bramą, on czatował na gości, ja na minibus. Tego drugiego poprosiliśmy, aby zrobił nam zdjęcie. Czekamy i czekamy, a minibusu jak nie ma, tak nie ma. 

Ja z Eduardo
Ale przecież to Central America, jak głoszą wszystkie reklamy uliczne, maniana obowiązuje, więc minibus przyjechał, ale spóźnił się na tyle, że po bezkolizyjnej przesiadce w Morales i dotarciu na dworzec firmowy linii autobusowej Litegua, i tak mój kurs już odjechał. Trzeba było przebukować bilet na następny kurs, który był za 2,5 godziny! W pierwszej chwili pomyślałam, że powinnam  udusić kierowcę z tego pierwszego minibusu, ale przecież na początku pobytu obiecałam sobie, że będę z anielską cierpliwością i pełnym zrozumieniem przyjmowała odmienny styl życia mieszkańców w tej części świata, zdając sobie sprawę, że przyjdzie mi żyć w zupełnie innej rzeczywistości, dlatego stłumiłam w sobie złość. 

od wyjazdu z Antiqua, cały dzień padał deszcz
Dali mi nowy bilet na podstawie tego, co zawierała zaklejona koperta z napisem Sofia , którą kierowcy minibusów sobie przekazywali, a ten ostatni przekazał teraz wraz ze mną i moimi bagażami bardzo miłej pani w firmowym mundurku linii Litegua. Tak  długa przerwa w podróży zazwyczaj mnie nie irytuje, w końcu cały czas jestem w podróży. Dolegliwość zaistniałej sytuacji wynikała z tego, że przed nami podróż daleka (Z Ciudad Guatemala, na przedmieście której dowiózł mnie pierwszy minibus, do Rio Dulce jest 275 km) i gdy zajedziemy, znowu będzie ciemno, a ja z ciężkimi bagażami będę szukała hotelu. Nie było rady. 

mała Gwatemalka
Zostawiłam bagaże za biurkiem uprzejmej pracowniczki i poszłam obejrzeć okolicę. Przyznam, że nie było wiele do oglądania. Gdy tak przemieszczałam się do różnych miejscowości z przesiadkami w Antiqua, chcąc, nie chcąc, zawsze przejeżdżaliśmy przez Ciudad Guatemala. Obejrzałam to miasto z okien minibusów od strony centrum, nowych dzielnic i slumsów i przyznaję rację ludziom, mówiącym, że nie ma co oglądać  w samej stolicy i bezpieczniej jest omijać to miasto. Morales z kolei, wyglądało jak nasze Janki, tylko zdewastowane.

widok z wody
 Kupiłam sobie na drogę dwie bułki i butelkę wody mineralnej, wróciłam na postój autobusów i obserwowałam toczący się tu, zwykły dzień pracy dla tutejszych ludzi. Przed porządnie utrzymaną stacją renomowanej linii autobusowej, łączącej stolicę Gwatemali z wybrzeżem Morza Karaibskiego, jak wszędzie, stały kramiki z różnym towarem, najczęściej z owocami i jedzeniem. Kobiety siedzące na krawężniku, sprzedawały własnoręcznie usmażone tortille, inne, smażone kurze udka w panierce, owinięte w celofan, jeszcze inne, jakieś płyny w plastikowych torebeczkach. Co rusz ktoś coś kupował i jadł od razu, idąc dalej.
rybacy na Rio Dulce
Gwatemalczycy naprawdę bardzo dużo jedzą. Miałam możliwość zaobserwowania tego w różnych hotelowych restauracjach, gdzie żywią się nie tylko goście hotelowi, ale przede wszystkim tutejsi mieszkańcy. Jak już siądą do stołu, to jedzą i jedzą, co rusz zamawiając dodatkowe potrawy. Ja zjem jedną potrawę i mam dosyć, dlatego z podziwem patrzyłam na ludzi jedzących tak dużo na raz. A mimo to, są bardzo niskiego wzrostu. Sporo osób ma wyraźną nadwagę. Gwatemalczycy są tak mali, że używają rowerów, jakie my kupujemy dzieciom w wieku szkoły podstawowej, czyli tak zwanych, średniaków. Takimi to rowerami jeżdżą młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni po ulicach miast i wsi. Ale wracając do tematu.

ten stolik podjeżdżał do autobusu i odbywała się odprawa
Litegua, to rzeczywiście dobrej klasy autobusy expressowe, nowoczesne, kontrolowane pod względem sprawności przed każdym wyjazdem i zorganizowane tak, jak linie lotnicze. To znaczy, zarówno kierowcy, jak i piloci byli w firmowych mundurach (nie samolotowi, tylko tacy pomocnicy pilotujący autobus. Np. w ciasnych ulicach miast wysiadali i naprowadzali autobus, aby bezpiecznie przejechał, wycofał się, czy wyminął przeszkody, w górach sprawdzali, czy nie spadają kamienie, czy można bezpiecznie przejechać zagrożony odcinek, na stacji paliw załatwiali formalności, w trakcie jazdy kontaktowali się telefonicznie z bazą i coś tam uzgadniali, podawali czas jazdy i ewentualne opóźnienie i w razie potrzeby zajmowali się pasażerami, włączali nam filmy na video, jakieś amerykańskie komedie z lat 50-tych, a gdy te się kończyły, aplikowali nam muzykę o umiarkowanej głośności).
Hotel Bruno,s
Na nieskazitelnie białych koszulach mieli naramienniki odpowiednie do swojego stopnia służbowego i logo firmy na małej kieszonce oraz czapki podobne do tych, jakie mają piloci samolotów. Przed wejściem do autobusu, najpierw podjeżdżało do otwartych drzwi, takie biurko na kółkach i przez urzędnika linii odbywała się odprawa pasażerów. Badane były bagaże, służbowe psy je dodatkowo obwąchiwały i w razie wątpliwości pasażer proszony był o przejście na bok i otworzenie torby lub walizki i wyłożenie wszystkiego na drugie, podobne biurko. Następnie na bagażach mocowano zawieszki, podobne do lotniczych, po czym lokowano je w dolnych komorach bagażowych. Część z zawieszek, z numerem, otrzymywaliśmy, aby potem odebrać właściwy bagaż, a nie sąsiada. 

żaglówki przy molo
Mój plecak też tam został ulokowany, ponieważ w autobusie nie mieścił się na górnej siatce, a w przejściu nie mogą stać bagaże. Każda damska torebka była penetrowana przez urzędnika – no to jak to zobaczyłam, wpadłam w panikę, ale nie mogłam się już wycofać z kolejki. Urzędnik zanurzył rękę w głąb mojej torebki i gmerał, a ja stałam drętwa ze strachu, bo sobie uświadomiłam, że mam tam bardzo ostry nóż. Nie chodziło mi o to, że urzędnik się skaleczy, ponieważ ostrze noża znajdowało się w specjalnej plastikowej pochwie, ale o to, że zostanę uznana za terrorystkę, mającą zamiar zrobić krzywdę pasażerom lub załodze autobusu w trakcie jazdy. 
piękne, prawda?
Jak on tego noża nie wymacał, to nie wiem, bo ja go z łatwością, w ciemno wymacuję, gdy tylko potrzebuję go wydobyć z dna torebki. W każdym razie macanie zakończyło się dla mnie pomyślnie i zostałam wpuszczona do autobusu.

widok z tarasu hotelu
 Podróż była wygodna i bardzo ciekawa, ponieważ przemierzaliśmy w poprzek całą Gwatemalę, od Oceanu Pacyfik, niemal po Morze Karaibskie. Od Rio Dulce do Morza Karaibskiego jest już tyko skok, ale drogę tą można pokonać jedynie łodzią przez jezioro Izabal (Lago de  Izabal), które  łączy sie się z Morzem Karaibskim w Livingston. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko raz, na firmowej stacji linii Litegua, aby dobrać paliwa (w zwykłych stacjach benzynowych tutejszych miast sprzedają podłe, śmierdzące i strasznie kopcące paliwo. 
widok z mostu
Litegua używa paliwa dobrej jakości, sprowadzanego specjalnie dla swoich pojazdów i ma własne stacje benzynowe, rozmieszczone w odpowiednich odległościach na trasie kursowania swoich autobusów). I tylko ze swoich stacji Litegua zabierało pasażerów, nie zatrzymując się na żadnych innych przystankach mijanych po drodze. Na tej stacji kazali wszystkim wysiąść, bo autobus trzeba zamknąć. Była tam restauracja, można było zjeść posiłek, co załoga i większość pasażerów uczyniła (z czego ja nigdy nie korzystam w czasie podróży, aby nie spowodować jakichś rewolucji żołądkowych w czasie jazdy. 

Hotel stał niemal pod mostem
W razie dotkliwego głodu pogryzałam sobie suche bułki, popijając wodą mineralną. To jest bezpieczniejsze. Posiłki jadam jedynie wtedy, gdy mam już swój pokój w hotelu i łazienkę). Można też było skorzystać z banio oczywiście i odświeżyć się nieco. Łazienki czyste i nowoczesne, ale był pan, co pobierał za tą usługę po 3 kecale. Ten sam pan zaprowadził nas parę kroków dalej (tych, co nie jedli posiłku, tylko czekali przy autokarze) i pokazał nam gorące źródełko, do którego można było wejść po drewnianych schodkach. Cała nasz grupka turystów zdjęła buty i weszliśmy. O mało natychmiast nie wyskoczyłam z powrotem, bowiem woda nie była ciepła, tylko gorąca! Wytrzymałam jednak dzielnie ale gdy wyszliśmy, wyglądało, jak byśmy mieli na stopach czerwone skarpetki, tak ta woda nas poparzyła. Po drugiej stronie kładki, woda miała już normalną temperaturę.

pod mostem też rzeźba pana z wielką rybą
Do Rio Dulce dojechaliśmy naprawdę nocą, ponieważ było już po 22.oo! o takiej porze wszystko w Gwatemali pozamykane na cztery spusty i trudno dodzwonić się do jakiegokolwiek hotelu. Nie widać też nigdzie tuk-tuków. Na szczęście, na przystanku końcowym autobusu, znalazł się jednak gość, który zapytał, czy szukam hotelu. Takich gości za dnia jest wielu, ale o tej porze i o nich bardzo trudno. Zaznaczyłam, że poszukuję hotelu barato (taniego). Pokazał mi po drugiej stronie rzeki oświetlony hotel, zajmujący sporą powierzchnię, który nazywa się ”Backpacker,s” ale o tej porze nie było jak się tam dostać. Można dojechać tam tylko tuk-tukiem lub taksówką, po wysokim, pałąkowatym moście, lub łodzią przepłynąć na drugą stronę jeziora.
Na Rio Dulce
O tej porze nic już nie działało i za 120 Q przenocowałam w hotelu „Bruno,s”,  należącego do Towarzystwa Żeglarskiego, a znajdującego się tuż obok miejsca, w którym stałam.  Znowu 120 Quetzali za noc!(16 $ = 51 zł) Rozbój na równej drodze, ale w nocy nie miałam innej alternatywy. Wszystko to z powodu niepunktualności minibusu, przez którego zmuszona zostałam do późniejszego wyjazdu z Morales na przedmieściach Ciudad Guatemala! Chociaż ten facet, co mnie zaprowadził do Bruno,s i znalazł security, aby otworzył mi bramę, a potem długo mu coś tłumaczył, powiedział, że to very barato, bo zazwyczaj trzeba tu płacić od 230 Q i chyba uwzględnili moją sytuację przymusową, dając mi pokój po takiej cenie, więc powinnam wziąć, bo trudno będzie znaleźć  inny, który będzie o tej porze jeszcze otwarty. 

obnośna sprzedaż towarów
Chyba miał rację. Podziękowałam mu bardzo i zostałam przez security zaprowadzona do pokoju, a formalności i zapłatę miałam dokonać następnego dnia w recepcji. On tam zostawi informację o mnie. Pokój w Bruno,s, to nie był pokój, a apartament. Sypialnia, bawialnia, łazienka, w której do wanny wchodziło się po kafelkowych schodkach i podobne bajery! No cóż, wszystko przyjmuję tu za dobrodziejstwo losu i nie wybrzydzam.

teren hotelu
Zaraz następnego dnia, po dokonaniu zapłaty i wpisu do księgi gości, zjadłam  śniadanie i za 10 Q przepłynęłam łodzią z kapitanem Cezarem, z hotelu żeglarzy, na drugą stronę jeziora, bo to była najprostsza droga. Nie musiałam ciągać bagaży na przystanek minibusów czy szukać tuk-tuka, tylko prosto z pokoju przetoczyłam je na  drewniane molo obok, gdzie łódka podpłynęła natychmiast, aby mnie zabrać. Po drugiej stronie jeziora zacumowaliśmy przy molo Hotelu „Backpacker,s” i byliśmy na miejscu. Bardzo mi się tam spodobało. Wprawdzie też nie było tanio, jak na backpackersów (80 Q = niecałe 11 $ = 35 zł), ale trzy noce tam pozostałam.  
Hotel Backpacker,s
Heder, europejska właścicielka hotelu dała mi jednoosobowy pokój  z własną łazienką, który był najtańszy w swojej kategorii (80 Q). Wprawdzie zaznaczyła, ze ten pokój jest po 100 Q (i taką cenę widziałam na tablicy przed wejściem na teren hotelu), ale obecnie jest jeszcze przed sezonem i może opuścić cenę, więc opuszcza. No i jak tu nie polubić takich miłych i uczynnych ludzi? Inni nie biorą sezonu pod uwagę, tylko z kazdego pojawiającego się turysty wyciskają, ile się da.
zakątki hotelu Backpackr,s
Na pożegnanie dałam Heder w upominku śliczny długopis, których kilka wzięłam z Polski na prezenty oraz kalendarz wiszący, kartkowany z ostatnim kwartałem tego roku i na cały przyszły, 2014r z widokami  naszej stolicy Warszawy. Bardzo się ucieszyła z tych drobiazgów, kalendarz zaraz powiesiła w recepcji i zaraz też używała nowego długopisu, rezygnując z dotychczasowego, jednorazowego ogryzka. Pod koniec pobytu poszła ze mną do Cajero, pomóc mi prawidłowo podjąć pieniądze. 

piszę w takim ładnym otoczeniu mojego hotelu
W hotelu było kilku europejczyków z krajów skandynawskich i dwie dziewczyny ze Słowenii, ale przeważającą ilość turystów stanowili jednak Amerykanie i turyści z sąsiadujących krajów Ameryki Środkowej. Rio Dulce, to taka wczasowa i żeglarska miejscowość. Znajduje się tam mnóstwo zatoczek, w których cumują żaglówki bogatych ludzi. Ruch na jeziorze Rio Dulce, jak na autostradzie.
mój hotel z lotu ptaka
Obok żaglówek pływają zwykłe łodzie motorowe wożące mieszkańców z jednej strony jeziora na drugą, na zakupy lub w innych sprawach, łodzie turystyczne wożące turystów w ciekawe zakątki jeziora, rybacy wypływający na połów, no i ci bogaci, wypływający ślicznymi, białymi żaglówkami na pełne morze, w tylko sobie znanym celu. Wokół jeziora położonych jest wiele pueblos (wsi), dla ich mieszkańców jedynym środkiem transportu są łodzie. 

most łączący dwa brzegi jeziora
Niektórzy mają swoje małe łódki z silniczkiem, inni zwykłe dłubanki na wiosła,  pozostali korzystają z  łodzi colectivo. Ci w dłubankach nie przepadają chyba za tymi turystami z żaglowców, które robią im takie fale, że trudno im się utrzymać w bezpiecznej pozycji. Nieraz przepływają tak blisko, że mam wrażenie, iż zatopili skutecznie dłubankę, po czym rybak wyłania się z głębin ze swoją łódką, próbując ją uspokoić na fali. Nie wiem, czy żeglarze robią to celowo, czy po prostu z pokładu swoich żaglowców nie widzą na dole małej dłubanki z człowiekiem. 

zejście z mojego pokoju na dół
Cezar, jeden z prywatnych przewoźników łódką motorową po Rio Dulce, który poprzedniego dnia  przewiózł mnie i moje bagaże z hotelu Bruno,s do Backpacker,s,  zagadywał do mnie od samego rana, gdy siedziałam na pomoście pijąc poranną kawę. Namawiał mnie na wycieczkę do San Felipe. Wybierałam się tam, ponieważ już wcześniej mówiono mi o tym ciekawym Forcie z czasów kolonializmu, a ponieważ Cezar, nazywający siebie kapitanem Cezarem, był bardzo zabawny, umówiłam się z nim za godzinę przy molo, jak będę już po śniadaniu.

widok z mola hotelu
Zapłaciłam za kurs w jedną stronę, bo chciałam spędzić cały dzień na San Felipe, które odgrodzone od lądu fosą, a w pozostałej części morzem, było właściwie wyspą–twierdzą. I nie żałowałam decyzji. Spędziłam tam bardzo przyjemnie pogodny dzień, a pod wieczór wróciłam łodzią colectivo, z innymi turystami, pod samo molo swojego hotelu.

łódki pasażerskie przypływały pod sam hotel

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz