Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 19 października 2013

Monterrico




Od 14 października 2013r w poniedziałek-lunes, do 20 października 2013r niedziela-domingo (6 nocy w Monterrico)

dopływamy
Obecnie jestem w Monterrico i jest mi tu bardzo dobrze. Wykupiłam 6 noclegów w Hostelu ”Delfin”, który prowadzi Charlotta z Europy, z Denmark. Pracowników ma gwatemalskich, ale sama mówi po angielsku i jest bardzo pogodną kobietą. Myślę, że uda mi się dokupić następnych 6 noclegów, chociaż nie jestem pewna, bo widzę, że hostel jest oblegany, szczególnie w weekendy.
 
Monterrico wita nas

W księdze Charlotty widziałam mnóstwo rezerwacji na przód. Już teraz dla mnie szukała wolnego miejsca, w końcu dostałam łóżko w czteroosobowym pokoju nr. 22, ale na razie jestem w nim sama. Sporo jest par, nawet z małymi dziećmi, ale też sporo dziewczyn podróżujących we dwie, trzy, oraz kilku młodych chłopaków, 
 
Deptak w Monterrico

podróżujących samotnie, którzy głównie zalegają w hamakach, które są tu rozwieszone w każdym możliwym miejscu na terenie hostelu, pod zadaszeniami z liści palmowych, od strony Pacyfiku. Wieczorami większość z nich idzie na palmową  promenadę miasteczka, przesiaduje w gęsto rozstawionych kafejkach  i popijając  drinki, przygląda się toczącemu się tutaj życiu. 

tu jest wejście, tylko chłopaki coś naprawiają w logo
Jest też jeden starszy, anglojęzyczny mężczyzna, snujący się po miasteczku lub przesiadujący w „Delfinie” przy kawie, z gazetą w ręku, przy stoliku z widokiem na morze. Drewniane stoliki ustawione są na drewnianym podeście, na czarnym piasku plaży. W dzień piasek jest tak nagrzany, że nie można na nim stanąć bosą stopą, bo można sobie je dotkliwie poparzyć. 

widok od strony Pacyfiku
Przy jednym z tych stolików ja również piję już drugą poranną kawę i piszę na laptopie, obserwując jednocześnie morze i wsłuchując się w bicie fal. Nade mną sufit z liści palmowych. W pokoju również dach z naturalnych drągów i tykw palmowych. Przybyłam tu w poniedziałek po południu, pobyt wykupiony mam do niedzieli rana, 
 
widok od strony morza

więc weekend się będzie właśnie kończył, to może Charlotta przedłuży mi pobyt na następny tydzień. Zobaczymy. Oby po takiej samej, wynegocjowanej cenie, jak obecnie – za 6 noclegów zapłaciłam 200 Q (kecali), tj. jakieś 26,50 $ = ok.85 zł (za 6 nocy!).
 
Do śniadania jest codzienna gazeta

W cenie jest kawa i woda mineralna, ustawione na stoliku w korytarzu, które to napoje sami sobie serwujemy przez cały dzień, kiedy kto ma ochotę, (chyba że turyści wszystko wychłepcą i zabraknie). Jest tutaj spokojnie, leniwie i beztrosko, myślę zostać w tym miejscu dłużej. Widok i odgłos morza bardzo korzystnie na mnie  działa. 
 
tutaj siedzę najczęściej

Bardzo potrzebowałam takiej właśnie atmosfery. Ptaki wokół mnie gwiżdżą i świergoczą w różnej tonacji, na wprost mojego stolika pływają łódki  i ludzie skaczą po falach i chociaż nie ma tutaj białego piasku na plaży, jaki był nad Oceanem w Azji, jest pięknie!
okolica
Gdy przybyłam do Monterrico łódką rybacką, weszłam do pierwszego, najbliższego hoteliku „Del Sol”, ale noclegi były tam po 175 Q za noc, a pokój taki trochę norowaty i brak dostępu do Internetu. Poprosiłam czy mogę zostawić bagaże za kontuarem recepcji, ponieważ muszę poszukać czegoś tańszego, bo nie stać mnie na taki hotel.
 
hotele wzdłuż brzegu Pacyfiku

Chłopak się zgodził, więc wstawiłam tam torbę i plecak i jedynie z torebką, w której mam wszystko, co najważniejsze, poszłam na poszukiwania. Przyjechałam z chłodniejszego regionu Gwatemali, więc byłam zupełnie nieodpowiednio ubrana, siódme poty zalewały mi oczy i kark, ale wiedziałam, że jak trochę pochodzę, to w końcu znajdę coś odpowiedniego dla siebie. Z bagażami nie mogłam iść, ponieważ nie było tutaj twardego i równego podłoża na ulicy, tylko czarny, sypki żwir, na którym kółka torby nie chciały się toczyć. 

Drogowskazy, jak trafić do swojego hotelu
Hoteliki poukrywane w bujnej zieleni, ale teren dobrze oznakowany, więc nie miałam obawy, że zabłądzę wracając do Del Sol. Co rusz, na wbitych w ziemię palach, deseczki zakończone strzałką, wskazują kierunek z nazwą hotelu lub innych tutejszych atrakcji oraz z wypisaną odległością w metrach. Trochę bałam się bezpańskich psów, które tu gromadami spacerują, nawet między stolikami na tarasach hoteli w poszukiwaniu jedzenia, ale jak się nie okazuje lęku i nie zwraca na nie uwagi, to nic złego nie zrobią. 
mój pokój

Właśnie powitałam zwyczajowym tu „Hola” trzy osoby w zielonych panterkach, w tym jedną kobietę, pilnujących bezpieczeństwa turystów, które wyłoniły się od strony czarnej plaży i weszły na teren naszego hotelu. Jak oni wytrzymują w tych skórzanych, wysokich butach, w takich tropikach, to godne podziwu! ale dobrze, że tak spacerują, można dzięki temu czuć się bezpiecznym. Tak myślę. Ja się czuję.

Patio
Podróżuję dopiero dwa tygodnie, a już widzę, jak wszystko szybko się niszczy przez klimat i tutejsze warunki przemieszczania się. Plecak ma pokrowiec, ale torba poobcierana (przez to rzucanie po dachach chickenbusów), laptop z zewnętrznej strony obszarpany, dobrze, że okleiłam go w domu kolorową tapetą, to go trochę zabezpiecza. 

tutaj mam dostęp do internetu
Nie mam dla niego pokrowca, który gdzieś się zapodział przy porządkowaniu mieszkania do wynajęcia na czas mojej nieobecności, a nowego już nie zdążyłam kupić. Może tutaj gdzieś uda mi się taki pokrowiec dostać, bo okazuje się on niezbędny dla ochrony sprzętu w takich warunkach wilgotności powietrza i traktowania bagaży w lokalnych środkach komunikacji. 
 
lekka bryza od morza i hamak, to jest to!

 Mapa Gwatemali, którą dostałam na lotnisku, cała wilgotna, rwie się w miejscach składania. Mam ze sobą taśmę klejącą, to ją sobie naprawię, bo jest nieodzowna w planowaniu następnych etapów podróży. 
No, więc tak chodziłam od hotelu, do hotelu i pytałam, oglądałam, ale ceny i warunki mi nie odpowiadały. Wróciłam w stronę „Del Sol”, bo opuściłam hostel „Delfin”, który widziałam po drodze, a o którym wspominał mi rybak wiozący mnie do Monterrico. I to było właśnie to, co odpowiadało moim wyobrażeniom. Na dodatek posiadają tutaj Wi-Fi ! wprawdzie Charlotta prosiła, żeby nie używać skypa (widocznie tutaj jest płatny, jak telefon), ale z e-maili i innych stron internetowych, już spokojnie można sobie korzystać. Wieczorkiem podejdę do niej, aby mi wpisała kod do laptopa, bo obecnie tylko piszę tekst, który potem przeniosę na swój blog. 

Dziecko w kąpieli

Muszę jeszcze wybrać zdjęcia odpowiednie do tekstu i będę wreszcie gotowa na blogu to wszystko umieścić. W Warszawie już się niepokoją, że nic na nie mogą się o mnie dowiedzieć, zginęłam w tej Gwatemali, czy co? Pisałam Oliwii, że wszystko jest ok., tylko często miałam kłopoty z dostępem do Internetu, ale postaram się, jak najszybciej nadrobić zaległości. Zdjęć mam mnóstwo, więc wybieranie z nich tych właściwych, trochę potrwa. Ale za to, jak wkleję te zdjęcia i tekst, to będzie sporo do czytania.
 
rozlewiska Rio Dulce

 Charlotta włączyła lekką muzykę latynoamerykańską, która przez głośniki dochodzi na mój taras na plaży. W połączeniu z odgłosem fal morskich – sielsko i przyjemnie. Po tych różnych miejscowościach gwatemalskich, gdzie nałykałam się powietrza pełnego spalin, tutaj, w Monterrico, moje płuca dochodzą do równowagi, nasycane czystym, słonym, morskim powietrzem. 
 
stołówka w Delfinie

 15 października 2013r – wtorek – martes – I przespana noc w Delfinie
Wreszcie skończyła się gonitwa i zaczął prawdziwy wypoczynek. Skoro podpędziłam trochę tekstu, chciałam skopiować go do bloga, ale chłopak w recepcji po dokonanej próbie orzekł, że dzisiaj nie da rady dostać się do Internetu i spróbujemy jutro. No tak to właśnie tu wszystko działa. Niby jest, a nie ma.

budowa nowych hoteli
Do południa poszłam zanieść pranie do laundry i na spacer po Monterrico, a potem siedziałam na tarasie hotelu z widokiem na morze i zauważyłam, że większość turystów tak leniwie i beztrosko spędza czas. Bądź to przy stoliku, popijając koktajle bądź w hamaku. Po południu poszłam do jedynego tutaj banku, aby wyjąć quetzale, ale bankomaty tu działają zupełnie inaczej i sobie słabo z tym radzę. Poprosiłam karabiniera, aby mi pomógł, lub poprosił kogoś z banku, ale powiedział, że im nie wolno pomagać. No, to miałam problem. Wracając do hotelu, spotkałam na ulicy Charlottę, jak wracała z miasta, szła alejką i piłowała sobie paznokcie. 
 
tutaj można było zjeść pizzę

Szczególne miejsce na zabiegi kosmetyczne. Powiedziałam jej o problemie z bankomatem, na co odrzekła, że chętnie mi pomoże. Zawróciła i poszłyśmy do bankomatu. Otóż tutaj wkłada się kartę, następnie ją wyjmuje i dopiero wtedy naciska różne klawisze, po kolei, ale też trzeba wiedzieć które! Robiła to tak szybko, że nie zdążyłam zapamiętać. Na razie jednak starczy mi na jakiś czas gotówki, a potem będę się martwić, jak znowu wybrać guetzale.
 
kokosowa transakcja handlowa

 Jedynym problemem w Monterrico są komary. W tamtych częściach Gwatemali nie było ich wcale. Tutaj zaczynają ciąć od zmroku do rana. Nad łóżkiem mam moskitierę, ale teraz muszę zmykać z tarasu. Jest ciemno, na horyzoncie Pacyfiku widać oświetlony okręt, muzyka latynoamerykańska przygrywa, ja sączę pina coladę, kelnerka ustawiła mi pod stolikiem tlącą się spiralę przeciw moskitom, ale to wiele nie daje. Starszy pan czytający książkę przy sąsiednim  stoliku spryskał sobie czymś nogi, ale ja się zbieram już do pokoju. Jednak o świcie lepiej się pisze w tym miejscu, niż wieczorem. Może jutro będzie działał Internet?

boczna uliczka w Monterrico
16 października 2013r – środa – miercoles -  II noc w Delfinie
Internet nadal nie działa. Przemówiłam się trochę z chłopakiem w recepcji, bo wydawało mi się, że on po prostu nie chce mi tego Internetu podłączyć. Mówił, że skype nie wolno i coś tam się plątał. Powiedziałam, że rozmawiałam z Charlottą zaraz pierwszego dnia i wiem, że skypa nie wolno, więc nie będę go używała, ale Internet miałam mieć podłączony. Ja chcę rozmawiać z Charlottą, powiedziałam w końcu, bo z tobą się nie dogadam. Wczoraj mówiłeś, że jutro Internet będzie, a dzisiaj znowu mówisz, że jutro. U was zawsze wszystko maniana, czyli nigdy. 
 
spotkania towarzyskie

Ten hotel głównie z powodu dostępu do Internetu wzięłam, więc nie mów mi teraz, że Internetu nie ma. Chłopak zaczął tłumaczyć, że to nie jego wina, że Charlotta też mi nie pomoże, bo tutaj często tak się zdarza, ponieważ Internet satelitarnie dostarczany jest do Monterrico z Antiqa. Trochę wymiękłam. No, jak z Antiqua, to potrafię zrozumieć problem. Przypomniałam sobie bowiem, jak Carmen w Antiqua była bezradna, gdy jej przerywali łącza i też było maniana. Ok., powiedziałam ugodowo, zajrzę do ciebie pod wieczór, może już łączność będzie i poszłam na spacer brzegiem Pacyfiku,  w odwrotną stronę, niż dotychczas chodziłam. 
 
hotele w różnym stylu

 Szłam po czarnym piasku zalewanym falami, ponieważ po suchym, w żaden sposób nie było można iść, taki był gorący, jak rozsypany żar z pieca. Jedna gwałtowniejsza fala zalała mi białe spodnie. Po pas byłam mokra, ale to jeszcze nic. Chłopak spacerował w ten sam sposób z dziewczyną i nagle fala go zabrała. Dziewczyna patrzy – był chłopak i go nie ma. Obie się rozglądamy, a on wyłonił się nagle z wody, sam zdziwiony, jak nie wiem co i mówi, że go fala przewróciła, nie mógł się pod wodą pozbierać. Straszny żywioł te fale morskie. Bardzo trzeba uważać. Wróciłam do hotelu zmachana, jakbym z pięć godzin worki z ziemniakami nosiła. Nie mogłam wyjść spod prysznica, taką ulgę mi przynosił. Przebrałam się, wyprałam te białe spodnie i głodna jak wilk siadłam na tarasie. Większość turystów już po obiedzie, zalegała w hamakach. Zauważyłam, że przybyła grupka nowych dziewczyn. Zamówiłam obiad oraz zimne piwo. Co za ulga!

patrole policyjne między hotelami
 Jedzenie to tutaj mają marne, ale nie mogę grymasić. Jak jestem głodna, to jem, co mają. Jak w KFC, tylko w gorszym  wykonaniu. Takie danie od 20 do 45 Q, a z rybą – 65 Q. Piwo Galle – 15 Q czyli 2 $ (6,40 zł), drożej, niż w Polsce!
Internet nadal nie działa. Boy gdzieś zadzwonił i pokazał mi na komórce, że ma informację, iż Internet będzie dostępny 17 października, czyli znowu jutro. Latynoamerykańska maniana. 

rybacy
Zamówiłam mojito i poszłam na taras. Taki ciemny chłopak z białą dziewczyną, zawsze przyjaźnie do mnie kiwa i mówi hola! Przechodząc obok mnie. Dzisiaj zatrzymał się, żeby porozmawiać. To Gwatemalczyk, Juan Carlos (czyt.Huan Karlos). Przyznałam się, że nie mówię w żadnym tutejszym języku, czego bardzo żałuję, bo chętnie bym z takim miłym człowiekiem pogadała. W tej chwili dołączyła jego dziewczyna, przedstawiła się, że ma na imię Karolina i pochodzi ze Szwecji. A ja z Polski! Roześmiałyśmy się z radości, czego Juan Carlos nie zrozumiał, więc mu wyjaśniłyśmy, że to prawie po sąsiedzku. Biorąc pod uwagę odległość Gwatemali od Europy, to Szwecja i Polska niemal siostrami są! Bardzo mili młodzi ludzie. Gwatemalczyk, Szwedka i Polka pogadali sobie po angielsku w kraju hiszpańskojęzycznym. Takie tu atrakcje turystyczne można spotkać.

w czasie sjesty, turyści często grali w ping-ponga
Zwracając się do Juana Carlosa, próbowałam używać wyrazów hiszpańskich. Trochę śmiechu było, ale Juan Carlos cierpliwie mi tłumaczył, ja powtarzałam i w końcu orzekłam, że przy nim więcej bym się nauczyła, niż w tej szkole Ixchel przez tydzień w Antiqua. Opowiadaliśmy sobie, co już w Gwatemali zwiedziliśmy, jak długo tu będziemy, gdzie jadę dalej itd. Karolina jest z Juanem Carlosem i on jest jej przewodnikiem po Gwatemali, to ma łatwiej. Ale nie narzekam, jakoś sobie radzę. Gdy się żegnałam, powiedziałam,  że bardzo mi było miło ich poznać, ale zmykam, bo komary spokoju nie dają. Mucho mosquito, przyznał Juan Carlos. Tak, Juan Carlos, mówię, mucho mosquito, adios, do jutra!
 
oglądali tv lub wypożyczali książki

 17 października 2013r – czwartek - juevez
Jeżeli liczyłam na poprawę sytuacji w sprawie Internetu, to się przeliczyłam. Gdy wstałam rano i chciałam włączyć wentylator, on nie działał. Okazało się, że nie ma prądu. Poszłam pod prysznic i o dziwo, woda była. Może mają tu jakiś agregat? 

wieczorami szli na deptak
Następne kroki skierowałam do recepcji, bo tam obok na ladzie można sobie kawę robić, herbatę lub brać przefiltrowaną wodę do picia. Buenos dias, Eduardo (zawsze wiem z kim rozmawiam, bo plakietki z imieniem mają tu wszyscy pracownicy przypięte. To bardzo dobry pomysł) No elekctricio?, pytam. No, odpowiada. A o której godzinie włączą? On nie wie. W całym Monterrico nie ma elekctrico. W takiej sytuacji nie było sensu pytać o Internet. Zjadłam śniadanie (omlet z pomidorami i rozpuszczonym serem), przyniosłam sobie na taras drugą kawę i uczyłam się hiszpańskiego. Każdy coś czytał, oglądał na tablecie, albo drzemał w hamaku. Takiej ciszy już dawno nie było. Wentylatory stały, muzyki w głośnikach nie było, gdy już się zmęczyłam nauką, poszłam do miasta, jeśli tak można nazwać tą miejscowość. Wszędzie cisza. Zazwyczaj, co parę kroków, to inna muzyka na cały regulator puszczona przez gospodarzy poszczególnych lokali, a tym razem, nic. Wspaniała sprawa. 
 
popijając drinki, korzystali z wieczornego chłodu

 Rozmawiałam trochę z Juanem Carlosem i Karoliną. Otworzyłam mapę i pokazałam, gdzie chcę jechać. Do Flores. Juan Carlos doradził, abym nie opuszczała Izabal jeżeli dysponuję czasem,  bo tam jest pięknie. Powinnam wrócić znowu do Antiqua, bo stamtąd są na szczęście połączenia w różne strony kraju i można tym sposobem omijać Ciudad Guatemala. (Zresztą Charlotta powiedziała mi, że stąd, czyli z Monterrico jest transport jedynie do Antiqua i to raz na dzień, o 4 p.m. Na miejscu się jest o 19.oo) Następnie powinnam kierować się na Salama i dojechać do San Felipe, po drugiej stronie jeziora, a potem popłynąć Rio Dulce do Morza Karaibskiego, do Livingston. 

młodzi wpatrzeni w siebie i w morze

Na pewno będę zadowolona. Wychodzi na to, że będę musiała przenocować w Antiqua, a rano kontynuować podróż. Dałam Juan Carlosowi swoją wizytówkę. Ucieszył się. Gdy rozmawiałam z Karoliną i z Sandrą z Kalifornii, on już mnie znalazł w Internecie na swoim tablecie i pokazał Karolinie. Potem pokazał mi na mapie, gdzie jest jego dom. W Jalapa, na wschód od Ciudad Guatemala, w stronę granicy z Salvadorem i Hondurasem. Podeszłam do Charlotty, która akurat przyszła do dziewczyn, do recepcji i zapytałam, w jaki sposób dojdę do tego autobusu, co jeździ z Monterrico do Antiqua raz na dzień, bo w domingo kończę tutaj pobyt i będę chciała pojechać dalej.
 
bar zapełniał się późnym wieczorem

Charlotta powiedziała, że nie ma sprawy. Otworzyła tą swoją ogromną księgę, gdzie wpisuje wszystkich gości, terminy przybycia i wyjazdy, powiedziała, ok., zanotowała coś obok mojego nazwiska i powiedziała, że w domingo minibus przyjedzie tutaj pod hotel Delfin, aby mnie zabrać do Antiqua. Proste? Bardzo mi się podoba ten sposób podróżowania, szczególnie, jak się ma takie ciężkie bagaże. Koszt przejazdu 40 Q, ale mogę zapłacić później, bo mamy dopiero czwartek, ale minibus mam już zarezerwowany. Muchos gracias, Charlotta!
 
Monterrico służy głównie do wypoczynku

 Ludzie są tutaj pracowici. Cały czas krzątają się, sprzątają podwórka, ulicę przed własnym domem, ogród. Wszędzie coś budują, remontują. Na jednej z  alejek trzech chłopaków siedziało wysoko na murze domu i naprawiali dach. Buenos Dias, krzyczeli, zrób foto? Buenos Dias si, odpowiedziałam, chcesz foto, to będziesz miał. Wyciągnęłam z torebki aparat i pstryknęłam. Nawet dos foto, powiedziałam i znowu pstryknęłam – zadowoleni? Śmieli się, a ja z nimi. Gdy po dwóch godzinach wracałam, oni ciągle pracowali. Hola! Pozdrowili mnie przyjaźnie, hola! Takie powitanie stosuje się w stosunku do każdego mijanego człowieka, szczególnie w tak małej miejscowości. Ale w Antiqua też tak było.
 
i do przemyśleń przy szumie fal o zmroku
A jednak bez muzyki trudno gwatemalczykom wytrzymać. Mały, biały samochód stał na ulicy z włączonym radiem i otwartymi drzwiami, żeby do wszystkich muzyka docierała. Po 5-10 minutach podjeżdżał 100 m dalej i znowu stawał i tak przemieszczał się bez przerwy. Co go minęłam, to on mnie po chwili wyprzedzał i znowu stawał, żeby ludzie mieli swoją muzykę. Kierowca śmiał się do mnie, gdy widział, jak się dziwię i z niedowierzaniem kręcę głową. Takie sposoby na rozweselenie mieszkańców tu stosują
Po powrocie do Delfina prądu jeszcze nie było. W recepcji była Charlotta i powiedziała, że mają włączyć o 5 p.m.
 
dla dzieci każda pora dobra na kąpiel w morzu

 Zjadłam obiado-kolację, pokiwałam się z godzinę w hamaku, obserwując zachód słońca nad spokojnym dziś wyjątkowo Pacyfikiem i poszłam pod prysznic.
Prąd włączyli o 19.oo, aż w patio wszyscy krzyknęli z zachwytu. O internet już nie pytałam. W pokoju wreszcie mogłam włączyć wentylator. A za ścianą rozległa się muzyka. Wszystko wróciło do normy. Maniana.

pożegnanie z Delfinem

1 komentarz:

  1. byłem w Delfinie w marcu i październiku 2012r ,piękne miejsce i na pewno jeszcze tam wróce...........

    OdpowiedzUsuń