Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 19 października 2013

Chichicastenango i dalsza podróż


10 października 2013r - czwartek –jueves – 13 października 2013r – niedziela - domingo


Podróż do Chichicastenango była bardzo miła ze względu na poznanych tam ludzi. Olga, która jest ze mną na zdjęciu, gdy na popasie pijemy kawę, pochodzi z Kolumbii, George z Bostonu USA. Później jeszcze spotkaliśmy się na tym wielkim targu, dla którego turyści ciągną do Chichi i jak starzy znajomi kiwaliśmy do siebie w pozdrowieniu. 

z Olgą i George,m
George nawet zatrzymał się, aby zapytać, jak sobie dałam radę z hotelem. Wszyscy jadący w busiku mieli zarezerwowane hotele, tylko ja jedna nie, więc mówili, że mogę mieć kłopot.  Ale nie miałam. Zaraz gdy wysiadłam z minibusa, który tym razem nie podwoził nikogo pod jego hotel, tylko wszystkich wysadził na dworcu minibusów (bo to nie była wycieczka, tylko zwykły kurs Antiqua- Chichicastenango), zobaczyłam kilku Guidów z wizytówkami przy kamizelkach.

mój pokój w Conchita
Zaczepiłam jednego z nich, pytając o jakiś tani hotel w pobliżu. Trudno się było dogadać, bo straszna ciasnota i hałas panował wokół, ponieważ od świtu trwał tu wielki targ, który zajął wiele ulic, że przecisnąć się było trudno. Szyldy hoteli pozakrywane były ogromnymi płachtami ze straganów. Ale zatrzymałam tuk-tuka, guide wsiadł ze mną, zawiózł mnie do hotelu Conchita, w centrum tego ogromnego targu. Nawet tablicy  "Hotel" nie było widać.
 
Napis ponad straganami

Od tuk-tuka trzeba się było jeszcze kawałek przeciskać przez tłum, guide dzielnie niósł moją walizkę na ramionach, bo nie było możliwości, aby ciągnąć ją na kółkach. Ja niosłam plecak i torebkę, aż w końcu, w sobie tylko znanym miejscu guide podniósł płachtę jednego ze stoisk i znaleźliśmy się raptem za bramą, w zupełnie innym świecie, wyciszonym, kolorowym od kwiatów patio hotelu Conchita. 
 
patio i restauracja hotelowa

 Właściciel zszedł trochę z ceny, stanęliśmy na 120 Q za dobę i wzięłam 3 doby, aby zobaczyć targ, drugiego dnia miasto, trzeciego odpocząć i zorganizować wyjazd w kierunku Flores lub do Monterrico nad Pacyfik. Nie byłam jeszcze zdecydowana. Zapytałam tego uprzejmego człowieka ile sobie liczy za pomoc w znalezieniu hotelu, ale nie chciał powiedzieć, więc zdecydowałam sama. Gdyby nie on, nie ruszyłabym z miejsca z tymi bagażami w takim tłoku.

 
na targu, pod balkonem

A już tego fajnego hotelu pod płachtą z folii, nigdy bym nie odkryła. Oboje byliśmy zadowoleni. W pokoju miałam maleńki balkonik, z którego  zobaczyłam jak duży obszar ulic zajmuje ten targ. Szybko wzięłam prysznic, aparat fotograficzny i zeszłam na dół, w sam środek ciżby ludzkiej. Niesamowite przeżycie. 

pierożki tu można zjeść

Takiego targu, połączonego z odprawianiem czarów przed kościołem, to ja jeszcze nie widziałam. Wszystko wokół i my wszyscy znikaliśmy w kłębach dymu rozwiewanego przez guru. W kościele stojącym również w środku targu , niestety, nie było wolno robić zdjęć. Ale przed kościołem ,już tak.
 
i świniaka kupić

Problemem w Chichicastenango był brak dostępu do internetu. Wprawdzie po drugiej stronie
kościoła znajdowała się tak zwana „informacja turystyczna”, w której żadnej informacji zdobyć 
nie było można, ale była mapka miasta za 5 Q i stało 12 szt komputerów! Tyle, że internet nie
działał. Zawiesił się i Carmen nic na to nie mogła poradzić. 
 
Dział materiałów
Była tam jedna do obsługi, głównie obsługiwała xero dla indywidualnych klientów i udostępniała
komputer do pisania przez ludzi pism do urzędów w różnych sprawach. Carmen nie znała
również żadnego innego języka, poza swoim. Można sobie wyobrazić ile turystów  na godzinę
przewinęło się  przez jej biuro, aby odejść z kwitkiem. Poza tym Turist Office, o żadnej innej
możliwości skorzystania z Internetu w tym mieście Carmen nie wiedziała.
 
kwiaty, to już bliżej schodów do kościoła
 Może w tych dużych hotelach są? Rozmyślała głośno, ale nigdy w takim hotelu nie była, więc
 nie jest pewna. Wiedziałam, że Oliwia się w Warszawie niepokoi, gdy nie daję znać mailem,
 że wszystko jest w porządku. Ale niestety bywają takie sytuacje i muszę to przeczekać.
 
obserwatorka na wysokościach
 Dzisiaj rano znowu poszłam do Carmen z nadzieją, że ktoś to wreszcie naprawił, ale nie.
 Wszystkie komputery stały włączone, Carmen chodziła od jednego, do drugiego pokazując mi,
 że Internet na żadnym z nich nie chce się włączyć i end. 
 
schody kościoła wchodzą wprost w targowisko
Przecież wszystkie do tej samej sieci są podłączone, Carmen, mówię. Jakby jeden miał
Internet to i pozostałe również, ale nie wiem czy zrozumiała o co mi chodzi. 
Zwiedziłam trochę miasto, a zamiast odpoczywać,spisuję wydarzenia i odczucia, żeby potem, 
gdy będę miała dostęp do Internetu w swoim laptopie, przenieść to wszystko na blog i 
uzupełnić zdjęciami. 
 
Z tej wysokości turyści obejmują całość
Sporo czasu zabiera też obróbka i zmniejszanie zdjęć oraz ich katalogowanie datami i
miejscami wydarzeń. Jutro rano spróbuję ponownie skorzystać z Internetu u Carmen, może
naprawili? I muszę znaleźć minibus na dalszą podróż. W ChiChi największą atrakcją
turystyczną był targ.
 
u stóp tego kościoła odbywało się wszystko
Ostatni dzień w Chichi spędziłam na szukaniu transportu do Monterrico nad Pacyfikiem. Pomyślałam sobie, że jak teraz tam nie pojadę, to obierając kierunek na północ Gwatemali, już nigdy nie zawrócę w kierunku Pacyfiku, bo nie będzie mi po drodze. 

wnętrze kościoła

Szło opornie. W pewnej chwili pomyślałam, że się nie wydostanę już z tego Chichicastenango. Wczoraj próbowałam się na ten temat dogadać z Carmen w Informacji Turystycznej, ale przyznała, że nie potrafi mi pomóc, bo ona tu tylko włącza komputery i inkasuje należności za korzystanie z Internetu i z xero kopiarki. Przy Family Market znalazłam drugą informację turystyczną, ale była zamknięta. 
 
Gwatemalki

Podobno bywa otwarta po południu, ale niestety, po południu też była zamknięta. Chodziłam po całym mieście w poszukiwaniu jakiejś agencji turystycznej, albo transportowej. Wprawdzie kilka metrów od mojego hotelu „Conchita” znajduje się postój minibusów, ale one nie jeżdżą w żadnym kierunku, w który mogłabym się udać, tylko do pobliskich wiosek i miasteczek, rozwożąc lokalną ludność z zakupionymi towarami w Chichi, do ich domów.

maski gwatemalskie
W pewnej chwili zobaczyłam szyld agencji turystycznej „Chichi Turkaj Tours” Victora Mendozy na 7 Avenida 5, mieścił się w sklepie spożywczym! Sklepy spożywcze mieszczą się tutaj zazwyczaj w ciemnych wnękach bram. Są ciasne, nie widać towaru, czasami nie widać też sprzedawcy. Zazwyczaj lady są okratowane i przez te kraty podawany jest towar, o który klient poprosi. O co ja mam prosić, jak nie widzę, co tam w tej czeluści za kratami sprzedawca posiada? 
 
stoję w bramie swojego hotelu

Zazwyczaj prosiłam tylko o wodę mineralną, niegazowaną – el aqua sin gaz. Z boku, przed kratami stał stolik, na nim kilka broszurek, ot, i agencja turystyczna. Nie było też właściciela. Gdy klient przychodził, sprzedawca ze sklepu dzwonił do niego przez komórkę i pośredniczył w rozmowie. No i w ten sposób dowiedziałam się, że może mnie jutro zabrać do Monterrico za 1.ooo Quetzali. Niedowierzałam. Pomyślałam sobie, że może wrócę do Antiqua i stamtąd pojadę do Monterrico taniej, ale agent do Antiqua chciał 900 Q. Żadna różnica. 
 
Kobieta z kwiatem na głowie wychodzi z mojego hotelu

To może do Gwatemali na lotnisko Aurora i polecę samolotem? – Do Ciudad Gwatemala owszem, ale to też kosztuje 900 Q.
No to nie wydostanę się z tego Chichicastenango! Poszłam sobie. Na rogu dwóch ulic zatrzymałam się, żeby się zastanowić, którędy powinnam iść, aby dojść do cmentarza. Nie, żebym była tak zdesperowana niepowodzeniem w szukaniu minibusa, ale poprzedniego dnia z daleka widziałam na wielkiej górze dużo małych, kolorowych domków i dowiedziałam się, że to cmentarz w Chichi taki jest wesoły i kolorowy (wszystkie takie są w Gwatemali). 
 
murale z tym samym kościołem w tle

Przed wyjazdem chciałam go zobaczyć z bliska. A tu raptem pan stojący obok, przy gazeciarzu siedzącym pod murem, pyta mnie, czy nie szukam czasem transportu? Do Antiqua?, Gwatemali?, Panajachel? Do Monterrico szukam, odpowiadam mu na to z ponurą miną, a on, że nie ma sprawy, tylko do Monterrico, to z trzema przesiadkami trzeba jechać. 
 
widok na cmentarz na skarpie

Może być, odpowiedziałam, nawet z pięcioma, ale żeby za normalne pieniądze wydostać się z Chichi. I zaraz humor mi się poprawił. Wyjęłam notes i zaczęliśmy omawiać sprawę. I Tak: z Chichicastenango do Chimaltenango – bilet kosztuje 25 Q, z Chimal do Antiqua za 5 Q, z Antiqua do Escuintla za 7 Q i w końcu z Escuintla do Taxico za 20 Q, a stamtąd to trzeba do Monterrico łodzią popłynąć za  za 25 Q . W ten sposób powinnam dojechać do celu za 82 Q , tj. 11 $ = 35 zł, nie dodał, ze na przystań tej łodzi należy dojechać 16 km tuk-tukiem, ale widocznie uznał, że to już taki drobiazg, że sama powinnam na to wpaść. 

obrzędy za zmarłych

Z tego, co zrozumiałam, będę chyba podróżowała tymi piekielnie kolorowymi chickenbusami, ale co tam. Jadę. Mam rano przyjść w to samo miejsce, na róg ulicy, do gazeciarza i przy nim czekać. Autobusy odjeżdżają co godzinę, 3 minuty po, czyli mogę przyjść na 8.03, 9.03, 10.03 itd. Pan ma na imię Amadeo i o niego mam pytać. Zresztą gazeciarz będzie wszystko wiedział, co zaraz  potwierdził, z poziomu chodnika kiwając do mnie  przyjaźnie ręką. Ciekawa jestem, co to będzie za podróż! Ale kto nie ryzykuje, ten nie jedzie.


bardzo wesoła dziewczynka ze swoją mamą
13 października 2013r – niedziela – domingo - I po targowisku! rano przed wyjściem z hotelu, chciałam zapłacić za noclegi, ale nigdzie nie było właściciela. Odkąd wynajęłam ten pokój, ani razu nie mogłam go spotkać. W recepcji zawsze pusto, restauracja rano zamknięta, sama sobie bramę ze skobla otwierałam, aby się wydostać na ulicę. Wieczorami też go nie ma. Ale w końcu muszę go znaleźć, bo za pokój trzeba zapłacić. 

ludzie ciężko pracują

 Wróciłam więc do tego bezpańskiego  hotelu, restauracja była już czynna, więc zapytałam kelnera, komu mam zapłacić za pokój, bo jutro rano wyjeżdżam. Kelner powiedział, że El Senor będzie o 10.oo, to niebawem, więc poprosiłam o cappuccino i postanowiłam poczekać na El Senora. Parę minut po 10.oo kelner przyprowadził do mojego stolika El Senora, ale to nie był ten, który wynajmował mi pokój. 
 
Gdy nie ma targu, miasto prawie puste

Napisałam mu na kartce, że płacę za 3 noce po 125 Q, razem 375 Q, a on na to, że pokój jest po 150 Q. No właśnie! Tak to jest, gdy z kim innym się uzgadnia, a komu innemu płaci. Tłumaczę, że owszem, pokój był po 150 Q za 1 noc, ale skoro brałam 3 noce, wynajmujący opuścił mi cenę, na 125 Q za noc. 
 
na schodach do kościoła, tylko kwiaciarki

El Senor zadzwonił komórką do kolegi i gadali, gadali, gadali, chociaż sprawa nie była chyba zbyt skomplikowana. Ale najważniejsze, że wynik rozmowy był dla mnie korzystny i zapłaciłam 125 Q za noc. 

sprzedawcy codzienni
No to jeszcze został mi ten kolorowy cmentarz i mogę się pakować do wyjazdu. Z hotelu bez problemu trafiłam w to miejsce, po drodze zatrzymałam się na chwilę przed kościołem ewangelickim, gdzie pięknie śpiewali pieśni, usiadłam i słuchałam przez jakiś czas, po czym poszłam dalej, pnąc się mozolnie pod górę. 
 
próba chóru kościelnego

Ten cmentarz znajduje się na bardzo wysokiej skarpie i rzeczywiście odbiega od naszych europejskich wyobrażeń o miejscu ostatecznego spoczynku. Domki były różne w kształcie, wielkości i kolorach. Ludzie siedzieli przy grobach swoich bliskich, jedli posiłek, pili coca-colę, śmiali się, coś sobie opowiadając.
 
kolorowy cmentarz

Dziewczynki siedziały na grobach obok, bawiąc się, a chłopcy puszczali kolorowe latawce. Niesamowita atmosfera. Spacerowałam po całym cmentarzu., aż trafiłam na odprawiane obrzędy. Pani stała nieruchomo przy grobie ze zbolałą miną, a pan zamaszyście wywijał kadzidłem i cały czas coś mówił monotonnym głosem. 

w tle zieleń i góry
 Inne osoby stały w milczeniu obok, ale co chwilę na mnie zerkały, więc zapytałam szeptem, pokazując aparat, czy mogę zrobić zdjęcie. Odpowiedzieli, że oczywiście, mogę i ustąpili mi miejsce, abym objęła kadrem głównych uczestników ceremonii.

grobowiec rodziny Majów
Gracias, szepnęłam i odeszłam, aby nie zakłócać uroczystej dla nich chwili, ale w pewnej odległości stałam jeszcze chwilę, przyglądając się obrzędom. Natknęłam sie na grobowiec Majów, po zrobieniu zdjęcia chciałam go obejść, ale z tyłu leżał młody chłopak o typowo majańskiej urodzie, z długimi do ramion, czarnymi włosami z kolorową przepaską i w majańskim stroju narodowym. Modlił się za swoją rodzinę, obejmyjąc ramionami kamienie grobowca. Szybko się wycofałam. To było takie autentyczne, że poczułam się, jak intruz z innego świata.
 
od bramy nadchodzą następni ludzie

W alejkach spotkałam inne turystki również zwiedzające i fotografujące ten niezwykły cmentarz. Nagle się zachmurzyło i zaczęły padać pojedyncze, grube krople deszczu, a ja znowu parasol zostawiłam w hotelu. Musiałam więc wracać. Deszcz padał coraz bardziej, ale na szczęście do hotelu miałam blisko i kryjąc się, to pod wystające dachy, to pod folie zwisające ze straganów, dobiegłam do naszej restauracji, gdzie postanowiłam zjeść wreszcie porządny obiad.

nad strumykiem
 Jednego tylko nie załatwiłam – e-maila do Oliwii. Wprawdzie u Carmen Internet wreszcie działał, ale z kolei ja nie mogłam połączyć się z pocztą. Hasło nie działało. Nie będę się już tym zamartwiała, mam nadzieję, że w Monterrico dostanę pokój w hostelu z Wi-Fi i ze swojego laptopa połączę się z Oliwią.
 
w dole, droga do miasteczka

 13.10.2013 –niedziela – domingo  wyjazd z Chchicastenango
Ten porządny obiad dał mi się we znaki! Zamiast rano jechać, to rozstroju żołądka dostałam i musiałam opóźnić wyjazd. Dobrze, że miałam przy sobie ten poczciwy, polski węgiel. Jest niezawodny. Pomimo to, na miejscu spotkania byłam już o 9.oo godzinie rano, ale nie było ani gazeciarza, ani Amadeo. 

moje śniadanie
Pokręciłam się kilkanaście minut, wodę mineralną sobie na drogę kupiłam i  nie mając zamiaru tracić więcej czasu, dopytałam skąd jadą te kolorowe chickenbusy, pokazałam rozpiskę, co mi Amadeo dał o poszczególnych przesiadkach oraz cenach biletów i trafiłam. Pokazałam kartkę, konduktor, który jeździ w każdym autobusie, ładuje bagaże
 
to jeszcze Chichi

na dach, a potem je stamtąd ściąga i pobiera opłatę za przejazd – biletów nie daje, widocznie tu nie mają jeszcze kas fiskalnych - złapał moją torbę, nim się zdążyłam spostrzec, w sekundzie już mój plecak był windowany na dach, ale szybko go w locie chwyciłam i na powrót do wnętrza autobusu ściągnęłam i w tym właśnie momencie zjawił się nie wiadomo skąd Amadeo. Coś mówił, ale nie miałam czasu się zastanawiać,

te szalone chickenbusy!
 bo autobus już ruszył. Amadeo sam sobie winien, mógł być tam, gdzie się umówiliśmy, miałam zamiar wynagrodzić mu tą informację, ale w takiej sytuacji nie było już jak tego zrobić. A co się stało z gazeciarzem? Ja w każdym razie już jechałam i od początku było to niesamowite przeżycie. Siedzenia w autobusie małe, niskie, no bo Gwatemalczycy to mali ludzie. Na siedzeniu dla dwóch osób siedzą tu normalnie trzy osoby, a często i dodatkowo dziecko. Zasada jest taka, że chociaż półdupkiem, ale wszyscy mają siedzieć i się trzymać, bo jazda jest ostra. Siedziałam tuż za kierowcą, na trzeciego i trzymałam się kurczowo rury. 

Taxisco - małe,smutne miasteczko
Szosa stromo wijąca się w górę lub stromo spadająca w dół i cały czas serpentyny. Z jednej strony skaliste skały, z których spadają kamienie, z drugiej przepaście bez dna, ale żadni inni kierowcy, jak ci z kolorowych chickenbusów nie jeżdżą tak swawolnie i z takim polotem. Nad kierowcą telewizor i głośna muzyka, konduktor po zebraniu pieniędzy, jedzie na stopniu przy otwartych drzwiach i co chwilę pociąga za sznurek, który uruchamia charakterystyczny sygnał tego bardzo charakterystycznego pojazdu. Trąbi głównie przed każdym zakrętem, żeby jeśli ktoś tam jedzie, uważał, bo oto chickenbus nadjeżdża! I to nie zawsze po swojej stronie jezdni! 

po prawej,wejście do hotelu. Przez garaż.
Zdarzało się, że pół szosy było zagrodzone czerwonymi pachołkami, bo nocą kamienie spadły i tych większych nie zdążyli jeszcze usunąć. Mniejsze kamienie robotnicy zbierają i rzucają w przepaść na bieżąco. Często, nawet bardzo często, widzę jeżdżące samochody ze stłuczonymi szybami, z małą dziurą w środku od której promieniście rozchodzą się matowe pęknięcia szyby. Dobrze, jeśli to po stronie pasażera, ale bywa, że po stronie kierowcy i w głowę zachodzę, jak on widzi drogę przez taką szybę, bo chyba nie wpatruje się w tą małą dziurkę? 

patio - na wprost, mój pokój
To właśnie skutki spadających kamieni. Nie każdy może lub chce, często wymieniać szyby na nowe, więc tak jeżdżą. Policja nie zwraca na to uwagi. Ja co chwilę osuwałam się z tego siedzenia, a na wirażach o mało nie przelatywałam na sąsiedni rząd siedzeń. Nie przejmowałam się tym zbytnio, bo widziałam, że inni też w ten sposób tańczą po autobusie. Konduktor zachęcał wszystkich, stojących przy mijanych przystankach, aby z nami jechali. Wykrzykiwał nazwę miejscowości do której jechaliśmy i kiwał na ludzi.
 
gwatemalskie krajobrazy

Oni odmachiwali ręką poziomo, że nie jadą tam, gdzie my, a nieraz machali ręką pionowo, co znaczyło, że owszem, pojadą z nami. Wtedy autobus na moment przystawał, konduktor łapał bagaże i wrzucał je na dach, ludzie w tym czasie ładowali się na trzeciego tam, gdzie jeszcze siedziało tylko dwoje ludzi, autobus przyspieszał, a ja z niepokojem rozglądałam się za konduktorem, bo ciągle miałam wrażenie, że on nie zdążył wsiąść i został tam gdzieś. Gdy już nabraliśmy rozpędu, konduktor nagle wyłaniał się z zewnątrz autobusu, z radością pociągał za sznurek, autobus piszczał i wszyscy byli zadowoleni. 

 
hamaki wszechobecne, każdy może odpocząć

Chyba z tego, że konduktora nie wessało powietrze na zewnątrz i nadal z nami jedzie. Potem zauważyłam, że konduktor już podczas jazdy autobusu, zostawał dłużej na jego dachu i te bagaże sznurkiem wiązał, aby na zakrętach ich nie pogubić i dlatego jakiś czas go z nami nie było. Po jakimś czasie konduktor przeciskał się przez ciżbę ludzką, dokładnie do tych osób, które dosiadły się na ostatnich dwóch, trzech przystankach i pobierał opłatę. 
tłok, ścisk i spaliny

Ja miałam odliczone pieniądze, według tego, co mi Amadeo napisał i za każdym razem było akurat. To było ważne, bo gdybym zaczęła w autobusie zakładać okulary, wyjmować portfel, odliczać pieniądze, czekać na resztę, a potem powtarzać te czynności w odwrotną stronę, to mnie chyba by od razu wyssało całkowicie z tego wesołego autobusu. Tu człowiek walczył o przetrwanie i ani sekundy nie można było oderwać się od rury. Gdy osiągaliśmy jakieś miasteczko, autobus wjeżdżał na plac dla autobusów, który trudno nazwać dworcem. Wtedy, jak burza do autobusu wpadali sprzedawcy wszystkiego. 
 
władza miasteczka udziela wywiadu dla telewizji

Przeciskali się wąskim przejściem między siedzeniami i głośno reklamowali swoje produkty, tortille, jakieś warzywa w liściu kapusty zawiązane sznurkiem, kolorowe napoje w plastikowych torebeczkach ze słomką do picia, smażone kurze skrzydełka, bułki nadziewane warzywami, owoce – mineral aqua, prosiłam nieśmiało, wykończona do granic możliwości upałem i pracą mięśni w walce o życie, ale niestety, wody mineralnej nie sprzedawali. Ja swoją z roztargnienia zostawiłam na murku, gdy wsiadałam (przez te moje fruwające bagaże) i teraz usychałam z pragnienia, ale nie odważyłam się pić tych kolorowych płynów z foliowych torebeczek. 
 
targ uliczny

Po autobusie biegali też sprzedawcy innych rzeczy. I tak: pan sprzedający lekarstwo na oczy, szedł wzdłuż autobusu, zachwalał głośno jego walory, rozdawał każdemu opakowanie leku, a wracając zbierał pieniądze lub te lekarstwa, jeśli ktoś nie zdecydował się na kupno. To samo czynił pan sprzedający batoniki. Zachwalał smak, cenę i rozdawał po dwa batoniki. Niektórzy z góry wiedzieli, że nie kupią, ale posłusznie brali je do ręki i trzymali, aż pan będzie wracał i odbierze towar. Niektórzy się skusili na kupno i tak się ta sprzedaż obwoźna odbywała. 
 
w którą stronę nie iść, to góry

Najzabawniejsze było to, że wszyscy sprzedawcy przemawiali do pasażerów jednocześnie, więc gwar był niesamowity. Autobus oczywiście nie czekał, tylko jechał dalej. Gdy sprzedawcy zakończyli swoją pracę, wysiadali na najbliższym przystanku, przechodzili na drugą stronę jezdni i wsiadali w autobus jadący tam, skąd przybyli, oferując następnym pasażerom swoje towary. W pewnym momencie konduktor pokiwał na mnie, żebym przeszła do tyłu, bo tam zwolniło się miejsce, to sobie wygodnie usiądę. Obejrzałam się, zobaczyłam jaką drogę musiałabym odbyć z plecakiem i torbą na koniec autobusu i podziękowałam. 
 
Atitlan

Poza tym, tam z pewnością nie byłoby tak wesoło, jak w pobliżu kierowcy i konduktora. Niebawem moi wpółsiedzący wysiedli i w pełni usiadłam wreszcie na siedzeniu. Mijane góry i doliny, wodospady, puebla na stokach gór, przyroda wokół, to wszystko za oknem było jednym wielkim widowiskiem. W każdej jednej miejscowości stanowiącej dla mnie punkt przesiadkowy, konduktor ściągał z dachu moją torbę i podawał następnemu, który wrzucał ją na swój autobus. 
 
Jedyny i obrzydliwy wieżowiec w Panajachel

Dosłownie nie miałam minuty na zastanowienie się, bo natychmiast był mój następny autobus. Na placach autobusowych było sporo budek i widziałam z daleka wodę mineralną, dla mnie nieosiągalną, bo nawet mowy nie było, żebym zdążyła ją kupić, natychmiast ruszaliśmy i znowu trwała odlotowa jazda. I tak cztery razy.  

chodniki dla pieszych bywają rzadko

13 października 2013rniedziela – domingo,
 

W ten sposób dojechałam do miejscowości Taxican. Dziura, jakich mało, ale tutaj dowiedziałam się, że muszę odbyć jeszcze drogę 16 km, tam wsiąść do łódki i 5 km popłynąć do Monterrico! W Gwatemali ciemno robi się ok. godziny 6.oo p.m. Po ciemku płynąć łódką nie będę. Weszłam do pierwszego hotelu, jaki zobaczyłam po wyjściu z autobusu i wzięłam na jedną noc pokój za 40 Q ok.6 $ tj niecałe 20 zł. Pokój wart swojej ceny, ale potem, gdy poszłam zwiedzić miejscowość, okazało się, że to jedyny tutaj hotel. Wprawdzie miałam swój prysznic w pokoju, ale nie było Internetu. Staruszek obsługujący hotel powiedział, że tu nigdzie nie ma Internetu. Na dodatek nie było żadnego lokalu, gdzie mogłabym coś zjeść. Żadnego! 
 
Jedyna ulica w Taxisco

Tylko stragany z tortillami i innymi nieznanymi mi potrawami. W sklepiku obok hotelu kupiłam płatki kukurydziane i wreszcie tą upragnioną wodę mineralną. Gdy brałam zimny prysznic (ciepłą wodą hotel nie dysponował) czułam jak zmęczenie schodzi ze mnie, przy myciu włosów odczuwalnie schładzała się skóra głowy rozgrzana, jak huta szkła. Wyraźnie byliśmy  blisko Pacyfiku, klimat się zmienił i rzeźkie, świeże powietrze z gór, zamieniło się w tropik.

i w drugą stronę
14.10.2013r – poniedziałek - lunes
Gdy rano wyszłam na ulicę w poszukiwaniu kawy, zaraz przy wejściu hotelowym nawinął się tuk-tuk, chłopak mówił trochę po angielsku, co nam ułatwiło sprawę i umówiliśmy się, żeby za godzinę przyjechał, czyli o g.10.oo i zawiózł mnie do miejsca, skąd pływają łódki do Monterrico. Tutaj dopiero zauważyłam, że całkiem nieźle sobie radzę z angielskim. Gdy nie mogę się po hiszpańsku dogadać, a znajdzie się ktoś, kto chociaż w takim samym stopniu, jak ja potrafi mówić po angielsku, zaraz sprawa staje się łatwiejsza. 
Jedyny taki budynek w miasteczku
Tej kawy nie znalazłam, ale ku mojemu zdziwieniu, zupełnie niespodziewanie natknęłam się na kawiarenkę internetową! Staruszek nie wiedział, że w jego mieście jest Internet? Szybko weszłam i napisałam do Oliwii, żeby się nie martwiła, bo wszystko jest ok. Odebrałam też mail od Marcina, że z mojego konta prawidłowo zeszło to, co tutaj pobrałam. Zapłaciłam 3 Q i szybko wróciłam do hotelu zdać pokój, żeby być na czas z bagażami w umówionym miejscu. 
 
dotarliśmy do rzeki

Chłopak właśnie  jechał z pasażerem, krzyknął, że one moment, zaraz będzie i po kilku minutach przyjechał. 16 km jechaliśmy do rzeki wśród pól uprawnych z kawą, cytrusami, Wśród lasów i wiosek. Wiatr chłodził przyjemnie moje zgrzane upałem ciało i za to właśnie lubię tuk-tuki! W miarę bezpieczne (jeżeli coś dużego na nie nie wjedzie) Nad rzeką sporo łódek czekało na pasażerów, ale nie przebierałam. Popłynęłam z pierwszym panem, który do mnie podszedł. Za 25 Q. 

bardzo mi się taka podróż podobała
 Płynęliśmy bardzo szeroką, ale spokojną rzeką. Po obu stronach otoczeni namorzynami, wśród których co rusz słychać było ptasie świergoty i przeciągłe gwizdy, a dwa razy udało mi się zobaczyć piękne, białe ptaki nurkujące w wodę za pożywieniem. Wokół cisza, tylko plusk wiosła mojego rybaka i te ptaki. Nawet nie włączał motoru, w który łódka była wyposażona, bo też żadnemu z nas się nie spieszyło. 
jeszcze nie ustaliłam nazwy rzeki
Po drodze mijaliśmy innych turystów płynących większą łodzią, a następnie zobaczyłam niewielki płaski prom, na którym oprócz ludzi, płynęły dwa samochody, w tym jeden duży, dostawczy oraz całe sterty plastikowych krzeseł i innych towarów. 
 
taka mała barka

Z pewnością dla tutejszych hoteli. Nie rozgryzłam jeszcze kwestii położenia Monterrico, ale na razie wszystko wygląda tak, jakby ta miejscowość wypoczynkowa była wyspą, a przecież wiem, że nie jest. Dlaczego więc wszystko przeprawiane jest drogą wodną?
 
to ci sami, pozdrawiamy sie

Muszę się dopytać, ponieważ będę musiała ustalić, czy można z Monterrico wydostać się w łatwiejszy sposób, niż się tutaj dostałam. Mam zamiar stąd jechać do Ciudad Guatemala, na lotnisko La Aurora, skąd chcę się samolotem dostać do Flores, bardziej w kierunku Meksyku, Jukatanu, tam gdzie znajdują się budowle Majów. 
 
płynę z tym panem

Tym sposobem ominę Region Peten, gdzie aktualnie policja prowadzi akcje z narkotykowymi przestępcami (a w Europie mówili, że w Gwatemali  kartele narkotykowe są już opanowane przez siły rządowe!) i prawie codziennie dochodzi tam do niekontrolowanej strzelaniny na ulicach miast. Widziałam to w hotelowym telewizorze, w Taxicas, a także w codziennych gazetach opisują te akcje i bez zasłaniania oczu prezentują złapanych przestępców narkotykowych.
 
ruch na rzece w obie strony

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz