Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Różne przypadki i takie tam....


Pelikany na łowach w Zatoce Banderas
Po pierwsze, nie mogę już napisać, że pogoda ciągle taka sama, bo od drugiego czerwca, kiedy to od paru miesięcy spadł tutaj pierwszy deszcz, zaczęła się pora deszczowa. Ten pierwszy był drobniutki i króciutki, taki na zapowiedź zmiany pory roku, w następne noce padało już na dobre. Dwa razy padało również za dnia. Jest parno i gorąco.

Rzeźby z piasku przed Malekonem. Gdy się rozsypią, powstaną nowe.
Taka pogoda skutkuje większym zużyciem prądu, bo muszę włączać wentylatory. Gdy była pora sucha, nie było w domu takiej parówy i przez pierwsze trzy miesiące w ogóle nie używałam wentylatora tylko otwierałam okno na głębokie, chłodne podwórko. Rachunek za prąd za okres od pierwszego marca do 15 maja wyniósł 70 peso, nawet nie 15 zł za dwa i pół miesiąca. Poszłam do biura energetyki z buńczucznym nastawieniem, bo myślałam, że to 70 $ USA! A pani w kasie mówi, że to 70 $, czyli peso! Byłam w szoku! Te oznaczenia są mylące. (Byłam przekonana, że $, to dolar amerykański, a peso meksykańskie, to MXN).

Tą uroczą uliczką podążam co pewien czas do banku, któremu zaufałam tutaj.
Mocne żarówki w pomieszczeniach, ciągle włączony laptop, (bo nawet jak nie piszę, to słucham polskiego radia), ładowanie aparatów fotograficznych i ciągle chodząca lodówka i tylko tyle? Skąd oni mają tu taki tani prąd? Już się nie dziwię dlaczego Alex zlekceważył moją obawę, że ta lodówka za rzadko się wyłącza i może trzeba ją naprawić, bo zużywa za dużo prądu. Myślałam, że z tego powodu nabiło mi 70 dolarów, a tu takie info! Na 70 dolców bym się nie godziła, ale z kolei 70 peso wzbudziło we mnie pozytywne zdziwienie.

Często siadałam na tym murku. Teraz wiem, że muszę bardziej uważać, bo gady łażą gdzie chcą.
Teraz, w porze deszczowej wyjdzie więcej, bo bez wentylacji mieszkania trudno się obyć. Oczywiście, turystów hotelowych temat nie dotyczy. Tak się zastanawiałam na początku dlaczego tu nikt prądu nie oszczędza? Lampy na ulicach, przed wejściem do domów, w parkach, palą się całymi nocami i całymi dniami. Nikt tych świateł nie wyłącza. Teraz już wiem dlaczego. Gdyby mieli polskie ceny prądu z pewnością nauczyliby się oszczędzania.

Często odbywają się w mieście różne pikiety. Tu chodzi o delfiny, nie o psy.
Problem śmieci w krajach latynoamerykańskich podobnie, jak w azjatyckich, jest poważnym  problemem dla tych krajów i dla całego świata. Tutaj, w Puerto Vallarta  ludzie dbają o porządek. W domach muszą, bo wystarczy, że nie sprzątnie się paru okruszków ze stołu czy podłogi i za chwilę cała armia mrówek wędruje w te i z powrotem po stole, zmywaku czy podłodze. Ciekawostką jest, że wszystkie śmieci, te domowe, ze sprzątania podwórka i ulicy pakuje się w reklamówki lub duże plastikowe worki i ustawia na ulicy.

Czujność należy zachować wszędzie. Nawet na ulicy warto czasem spojrzeć w górę, na drzewo.
Na początku pytałam Alicię, gdzie mają śmietnik, żebym mogła śmieci wyrzucać. A no, śmietników nie ma. Mam wystawiać na ulicę. Jakoś mi tak głupio, tym bardziej, że przed naszym domem nie widzę, żeby te śmieci ustawiali, tylko na rogu ulicy, obok słupa, przy prywatnym sklepiku. Widzę, że te śmieci są ciągle rozgrzebywane. Nie, nie przez bezdomne psy czy koty, bo takich tu nie ma, ale przez na tyle biednych ludzi, że przy życiu utrzymują ich te śmieci. Wyciągają i zgniatają puszki po piwie (jak u nas), resztki jedzenia w styropianowych pojemnikach, jakie ludzie kupują w restauracjach lub straganach na wynos, jakieś wyrzucone ciuchy, sprzęty.

W Zona Romantica mieszka sporo gejów. PV jest tolerancyjna w tej kwestii. Powstaje mural.
Tak bardzo dużo tych śmietnikowych ludzi nie ma, bo już ich poznaję na ulicach. Chodzą regularnie ze starymi plecakami, torbami podróżnymi lub nawet walizkami zdobytymi gdzieś na śmietniku, w najgorszym razie z czarnymi dużymi workami plastikowymi i zbierają te śmieci. Są wśród nich dwie kobiety. Nieraz widzę, jak jakiś pojemnik z resztką jedzenia znajdą, siadają na krawężniku i zaraz to jedzą. Bardzo to przykry widok. Bezdomni śpią zazwyczaj w jakimś opuszczonym domu do rozbiórki. Kilku widziałam w parku, w którym jest wiele różnych budowli, niektóre z nich, mimo kolorowej elewacji na zewnątrz, opuszczone są w środku. Tam mieszkają. Widziałam w nich legowiska i koce.

Jeden z takich kolorowych okrąglaków w parku. Te drzwi są naprawdę.
Natrafiłam na bezdomnego, który kąpał się w rzece Rio Cuale w ustronnym miejscu i prał w niej swoje rzeczy. Siedziałam na murku i obserwowałam go. Wyprane rzeczy rozwieszał na gałęziach drzew. Pokiwałam do niego, odkiwnął. Zawołałam, żeby podszedł, bo chciałam dać mu 20 peso ( może na saszetkę proszku do prania lub mydło mu się przyda?) i zapytać, czy mogę go sfotografować w tej rzece. Podziękował, pozwolił i poszedł prać resztę rzeczy. Po pracy, położył się w hamaku i odpoczywał.Nad głową śpiewały mu ptaki.

Ten okrąglak jest opuszczony i zaniedbany w środku.
I tu sobie pomyślałam, że nasi bezdomni by mu pozazdrościli klimatu i warunków bytowania. Świeży, wykąpany, oprany, ciepło w dzień i w nocy, nikt go znikąd nie przepędza. Jak pada, to przejdzie do tego kolorowego, okrągłego budyneczku stojącego wśród drzew, jak nie pada, to pośpi sobie w jednym z kilku ogólnie dostępnych hamaków parkowych. Nawet, gdyby nie było tych hamaków, to sporo wygodnych ławek jest wszędzie, ale w hamaku wygodniej. Toalety gęsto w mieście i parku rozmieszczone, sporo z nich bez żadnych opłat. Generalnie, smutny byt bezdomnego, ale nie beznadziejny.

Spodnie i koszula wyprane, suszą się na gałęzi. Ich właściciel w kąpieli w Rio Cuale.
Wczesnym rankiem znowu ruszą do pracy, wybierać śmieci z reklamówek ułożonych na krawężnikach chodników, co się tylko przydać może lub co da się sprzedać. Sporo tego jest, głównie przed restauracjami, marketami, hotelami, a puszki po piwie prawie w każdych śmieciach są. Uwijają się rano, bo przed południem jeżdżą ciężarówki Municipal (Urząd Miasta) i zabierają te śmieci. Codziennie, bo przy tutejszym klimacie śmieci by się rozkładały i śmierdziały, a przecież to kurort!

Kawiarenki w zbawczym cieniu, po obu stronach rzeki.
Zaraz drugiego dnia odkryłam, że jak wyjdę z domu, skręcę w lewo, minę te śmieciowe reklamówki przy sklepiku, minę mały, elegancki teatr z cały czas czynną cafe, dojdę do następnej przecznicy, w którą skręcę i po bocznym murze marketu LEY dojdę do idącej w poprzek Av.Mexico, to na rogu jest przystanek autobusowy, a przy jego wiacie trzy duże pojemniki na segregowane śmieci. Tam właśnie noszę swoje. Niezły kawałek drogi.

Wiszący most nad Rio Cuale. Jak nie ma nikogo, to idę. Jak ktoś idzie, to czekam, bo trzęsie.
Taką drogę odbywam od kilku miesięcy co drugi dzień, aby wynieść swoją reklamówką ze śmieciami oraz puste 4 i 5 l plastikowe butle po wodzie mineralnej. Tak wprost, na ulicę wyrzucić swoich śmieci jednak nie potrafię. Do gotowania kawy, herbaty, mycia zębów, do gotowania potraw, mycia warzyw i owoców itp. używam tutaj wody butelkowanej. Zwykłe 1,5 litrowe butelki z wodą do picia kupuję rzadziej, aby mieć do picia, spacerując po mieście.

Lubię chodzić do tego parku nad rzeką. I tam są iguany!
Butelka wody 1,5l kosztuje tu 10-11 peso lub 14-16 peso,(1$ USA=18 peso, dzisiaj nawet 19,30 peso) w zależności czy kupujemy w markecie, czy w OXXO, gdzie jest drożej. Natomiast 4l butla wody firmy Nestle kosztuje też 11 lub 14 peso w zależności od dnia, natomiast 5l butla firmy Ciel kosztuje zawsze  20 peso. Nieraz kupuję tą 5l w sklepiku na rogu, bo bliżej do dźwigania, a też kosztuje 20 peso. Najczęściej jednak kupuję w markecie tą czterolitrową, a cena zależy od dnia i to jest następna ciekawostka.

Bardzo czysto utrzymane toalety w parku. Murale na nich takie trochę straszące.
W markecie każdego dnia zniżane są ceny na kilka czasem na kilkanaście produktów i to tych pierwszej potrzeby, czyli wody mineralnej, soków owocowych, szynki, kiełbasek chorrizo, żółtych serów, jogurtów, cebuli, bananów, pomidorów, mango itp. jak się człowiek akurat  napatoczy, to zupełnie tanio może zakupy zrobić, bo obniżki są znaczące i to nie produktów przeterminowanych lecz zupełnie świeżych. Na paragonach podają właściwą cenę (bo po dniu lub dwóch, cena wraca do pierwotnej) i odejmują od niej ustaloną na ten dzień zniżkę, która najczęściej wynosi od 30% do 50%.

W parku ma też swoje budynki Centrum Kulturalne Puerto Vallarta.
Przy każdej kasie w marketach, przy blacie, na który kasjerka odkłada policzone produkty, zawsze stoi osoba, która automatycznie odbiera i pakuje w reklamówki zakupione rzeczy. To jest dla mnie trochę denerwujące i to nie z powodu, że trzeba tej osobie dać 1 czy 2 peso, ale z powodu, że się rozpraszam przy płaceniu, nigdy nie wiem, czy wszystko mam zapakowane, no i te reklamówki! Są słabe, więc po 2,3 produkty w nie wkładają i następna reklamówka, nawet butelki z wodą pakują w reklamówki! Ludzie wychodzą ze sklepu do swojego samochodu lub taxi, trzymając w każdym ręku po sześć reklamówek! Obłęd!

W zaciszu parkowym jest też kawiarenka i bar oraz restauracja.
Ludzie, mówię, ja dziękuję! mam zawsze przy sobie torbę biodegradowalną z mocnymi uchwytami, nie chcę reklamówek, w których już tonie świat! Ale przecież nie rozumieją, co im mówię, a sama w ich języku nie potrafię dokładnie wytłumaczyć o co mi chodzi. Wyjmuję na boku zakupy z reklamówek, przekładam w swoją torbę, zostawiam ze dwie z mokrymi produktami (potem wykorzystuję je jako worki na śmieci), resztę oddaję pakowaczowi, co nie wzbudza u nich zadowolenia. Być może dlatego, że to ich praca i te napiwki są im niezbędne do wyżywienia siebie, a być może całej rodziny. Oddając reklamówki, daję im jednak te 2 peso, nawet jak płacę kartą, to zawsze jakieś drobne wygarnę z portmonetki.
Przy tym moście któregoś dnia iguana dławiła się reklamówką. Wezwałam pomoc, ale im uciekła.
Płacenie kartą bankową jest tu na porządku dziennym. Głównie Visa i Mastercard. Nie tylko w marketach zapłacimy kartą, ale też w sklepach ciuchowych i małych prywatnych butikach, sklepach elektronicznych, z pamiątkami, w restauracjach, bistro, kawiarniach, w salonie fryzjerskim, u masażysty, na stacjach benzynowych, w OXXO i McDonaldzie, to oczywiste, za wycieczki w biurach podróży, za bilety w teatrze, wycieczki, itd.itp.

Siedzę tu na moście, gdzie rzeka wpada do morza.
Gotówkę musimy mieć na jedzenie przy ulicznym blaszaku, na owoce i warzywa na targu ulicznym, na bilet w autobusie miejskim (podrożał ostatnio z 6 na 8 peso). Banków jest tu sporo, Banamex, Santander, Scotia Bank, Azteca Bank, Bancomer i jeszcze kilka innych. Ja korzystam z HSBC.Jakoś tak nabrałam do niego zaufania, to pierwszy bank, z którego usług korzystałam przy hostelu Marco. Miejscowi maja tu swoje, jeszcze inne regionalne banki z innymi kartami oraz punkty udzielania mikropożyczek, z których chyba często korzystają, bo zawsze widzę tam sporo klientów. Czasami jednak z użyciem karty jest problem. Muszę to opisać, bo to świeża sprawa.

Ten mural jest dalej, ale ładnie widać go pod łukiem. Szkoda, że ustawili tam kubły na śmieci.
Otóż, wczoraj wieczorem poszłam do marketu po pieczywo i coś do jedzenia, aby uzupełnić swoją lodówkę (bo jak już tak bez przerwy chodzi, to niech przynajmniej w niej coś jest). Czasami płacę gotówką, a czasami kartą, gdy nie przewiduję wizyty w banku (korzystam z bankomatu jedynie tym stojącym w hali banku), a nie chcę tak zupełnie bez żywego grosza zostać. To była niedziela, bo sklepy są tutaj czynne bez przerwy, często do północy, albo i dłużej. No więc kupiłam, płacę kartą, a kasjerka mówi, że nie działa. Druga próba, nie działa! Może coś z tym terminalem masz, pytam, bo karta jest ok., często nią tu płacę. Nie działa, mówi. No, jak nie działa, to trudno. Wyłuskuję ostatni grosz z torebki i płacę.

Mój najbliższy market LEY.
Po powrocie do domu ogarniam porządki, przygotowuję posiłek, ale sprawa nie daje mi spokoju. Piszę do Oliwii, aby sprawdziła, czy nie ściągnęło mi dzisiaj z konta takiej kwoty z zakupów w markecie LEY, bo dwie próby i karta nie zadziałała, musiałam gotówką zapłacić (w obcym kraju nie otwieram swojego banku w komputerze, upoważniłam swoje dzieci i w kraju sprawdzają mi, co trzeba). Oliwia odpowiada, ściągnęło dzisiaj i z LEY! Ooo! Tak też mi się wydawało, że to nie jest wina karty, bo gdy coś takiego się zdarza, to z terminalu wychodzi wydruk, że nie zrealizowano płatności, a tutaj nie wyszło nic.

Z azulejos można całą kuchnię urządzić. Jak kto lubi.
Może papieru w urządzeniu zabrakło, a dziewczyna uparła się, że karta nie działa? Nie wiem, nie znam się na tym, nie jestem ani bankowcem, ani ekspedientką. Zakupy robiłam wieczorem, więc tego dnia nie było już sensu wracać do marketu. Oliwia obiecała, że pójdzie po pracy do mojego banku wyjaśnić sytuację. Wysłałam jej zdjęcie paragonu. Rozpaczy nie było, bo kwota nie była zbyt duża, ale chodzi o zasadę, że obsługa sklepu powinna mieć kwalifikacje do obsługi kart.

Sprzedaż azulejos na Calle Emiliano Zapata w Puerto Vallarta.
Obie z Oliwią żyjemy w innym czasie z różnicą ośmiu godzin. Gdy u mnie wieczór, u niej w Warszawie już dzień następny, trudno się zgrać. Nie czekając więc na wiadomość z kraju siadłam następnego ranka do laptopa i wpisałam na translate kilka zdań. Przetłumaczony tekst na hiszpański przepisałam na kartkę i poszłam do marketu. Podeszłam do pana z plakietką na białej koszuli i pokazałam pierwsze zdanie na kartce, że chcę rozmawiać z kierownikiem sklepu. Powiedział, że to on jest kierownikiem. Ok., mówię i daję mu kartkę.

Poniosło krewkich Meksykanów z dwóch sąsiadujących restauracji. Trzeci ich rozdzielił.
Czyta, czyta, a tam jest opis, że wczoraj wieczorem robiłam tu zakupy na taką kwotę. Dalej, krótkimi zdaniami opisałam sytuację z kartą i że musiałam zapłacić gotówką, na co mam tu paragon. Po sprawdzeniu okazało się, że jednak z mojego konta ta kwota została zdjęta, więc zapłaciłam dwa razy! Pytam, czy ta kasjerka potrafi obsługiwać terminal płatności kartą, czy to celowe działanie na turystach, aby podwójnie ściągać z nich pieniądze? O nic nie prosiłam, nikim nie straszyłam, po prostu zgłosiłam, żeby naświetlić problem i żeby takie praktyki kasjerek ukrócić, lub je lepiej wyszkolić w obsłudze urządzeń do płacenia kartą.

To już inny park. Kolorowy, z amfiteatrem i rzeźbami. Tu, zmagania z upartym osłem!
Doszła druga pani pracownica i padały dodatkowe pytania. Powiedziałam, że nie wszystko rozumiem, czy mógłby pan w swojej komórce trzymanej w ręku (ja komórki nie posiadam) otworzyć translate na espaniol-polish? Otworzył i we trójkę porozmawialiśmy. Potem pan do kogoś dzwonił (każdy ma swojego prezesa), znów rozmawialiśmy i pan zapytał, czy dwa razy ściągnęło mi pieniądze, jak dwa razy kartą próbowaliśmy. Nie, mówię, ściągnęło mi jeden raz tą kwotę, no i drugi raz pani wzięła ode mnie gotówkę.

Nie wiem ile jeszcze tajemnic kryje PV, ale natrafiłam na taką śliczną, zaciszną, kolorową uliczkę.
Pan pyta, czy by mnie satysfakcjonowało, gdyby zwrócili mi gotówkę, a bank zostawili już w spokoju? Tak, to byłoby ok.! bo jestem tutaj, a bank mam w Polsce. A możesz napisać nam oświadczenie opisując problem? pyta, a ja na to, masz tu na kartce opis sytuacji, mogę na górze kartki dopisać słowo oświadczenie i na dole dać datę i się podpisać. Dołączysz do tego mój paragon na dowód, że gotówką zapłaciłam, a  w biurze wam wyjdzie z dokumentów, że z banku też przelano i masz wszystkie dokumenty potrzebne do księgowości. Ok.! pan na to i powiedział pani, aby zwróciła mi pieniądze.

W takim mini osiedlu mogłabym mieszkać nawet tu, gdzie nie ma pięknych plaż.
Ona już miała je w ręku. Widocznie, jak rozmawialiśmy, to pani już wiedziała, że będzie zwrot i przyniosła pieniądze. Zaraz napisałam do Oliwii, że oddali mi pieniądze i żeby nie szła już do banku, ale jeśli już była i zdjęli mi tą kwotę z konta, to ja muszę znowu iść do LEY i oddać im te pieniądze. Takiej potrzeby nie było, bo Oliwia nie zdążyła jeszcze odwiedzić banku. I tak to nieraz z kartami bywa.Trzeba pilnować i sprawdzać często konto.

Samotny żaglowiec i samotny chłopiec w poświacie zachodzącego słońca.
W pewnym kraju azjatyckim miałam kiedyś bardziej ryzykowną sytuację, gdy bankomat wciągnął moją kartę. Zawsze i wszędzie za granicą korzystam tylko z bankomatów przy bankach i w porze, gdy są one otwarte. Wolno stojące bankomaty na ulicach miast, omijam. Tak więc wciągnęło mi kartę. Poprosiłam strażnika (przed wejściem do banków zazwyczaj stoją w tych krajach strażnicy), żeby zawołał tu do mnie workera, a ja będę pilnowała bankomatu. Wyjaśniłam pracownikowi co się stało, wrócił do banku i od wewnątrz wyciągnął z bankomatu moją kartę. Oddał mi, nawet nie sprawdzając danych z paszportem. Takie coś!

A to ja, samotna Zosia podróżniczka na tle zachodzącego słońca.
c.d.n.


niedziela, 10 czerwca 2018

Atrakcje Puerto Vallarta


W oczekiwaniu na lody w Marina Puerto Vallarta
Na brak atrakcji w Puerto Vallarta narzekać nie mogę. Każdego dnia coś ciekawego w mieście się dzieje, dlatego nie można nazwać tego miasta sennym czy nudnym. O której porze dnia bym nie wyszła z domu do miasta, mogę być pewna, że trafię na jakieś zgromadzenie, przemarsz, paradę, występy, tańce.
Kawiarnia "Route 66" ze starymi fotografiami Presleya, kultowej drogi 66 i muzyką z tamtych lat
Nie wiem, czy zawsze tutaj tak jest, czy teraz wyjątkowo, jako że trwa właśnie kampania wyborcza do Parlamentu krajowego i do parlamentów regionalnych. Stąd wiele zamieszania również tutaj, w stanie Jalisco, które jest spore, posiada aż 126 gmin. Stolicą Jalisco jest Guadalajara. Puerto Vallarta to duże miasto uzdrowiskowo-turystyczne. Miasto, głównie nastawione na turystykę i z niej czerpiące dochody stąd jego znaczenie dla całego stanu Jalisco.
Ulicami miasta przetaczają się kolumny samochodów na sygnale z plakatami kandydatów
Na słupach i różnych innych budowlach wiszą plakaty, jak również zwisają z balkonów kolorowe banery prezentujące sylwetki kandydatów. Ulicami miasta przejeżdżają z hukiem kolumny samochodów z transparentami i portretami kandydatów, z włączonymi klaksonami i głośną muzyką.
Wszystko odbywa się pod czujną opieką policji.
Wybory odbędą się 1 lipca br. Wszyscy już marzą o tym, aby to jak najszybciej nastąpiło, bo to jest wyjątkowo krwawa kampania, w której już zamordowano 30 osób kandydujących do parlamentów. 1 lipca Meksykanie będą wybierali również Prezydenta, gubernatorów w poszczególnych stanach oraz burmistrzów miast. Wszystko za jednym zamachem. Będzie się działo!
Plakaty z popieranymi kandydatami wożą też samochody pracujące w mieście. Również autobusy miejskie.
Największym problemem obecnego Meksyku jest nieskuteczna walka z kartelami narkotykowymi i szeroko rozpowszechnioną korupcją. Nic dziwnego, że tematy te są wiodące w kampanii wyborczej. Politycy, którzy nie dają się przekupić i zaczynają walkę z kartelami lub całymi gangami przestępczymi grasującymi po kraju, znajdują się tu w ogromnym niebezpieczeństwie i często tracą życie.
W Meksyku kampania wyborcza jest niebezpieczna dla kandydatów.
Dlatego tak groteskowa wydaje się sytuacja w moim kraju, gdzie jeden z posłów będący szefem jednej z partii politycznej porusza się w otoczeniu ochroniarzy, którzy również bez przerwy chronią siedzibę jego partii i jego dom. Facet ten przydzielił również ochroniarzy pomnikowi swojego nieżyjącego brata.
Grunt, że wesoło jest.
Takie działania dają do zrozumienia społeczeństwu, mediom i zagranicznym obserwatorom, że w Polsce grasują jakieś bandy przestępców z karabinami, pistoletami lub maczetami, czyhające na jego życie i na kamienny pomnik brata bliźniaka. Wszystko musi on chronić, na koszt państwa oczywiście, bo wokół są same bandziory, z którymi państwo sobie nie radzi. 
Marina jest spokojnym i przyjemnym miejscem do niedzielnych spacerów.
To znaczy, on i jego partia sobie nie radzą, bo przecież to jego partia ma większość w parlamencie, ma cały Rząd, wszystkie resorty, spółki z udziałem państwa, wojsko i policję. Kogo boi się ten człowiek? przed kim się chroni? Otóż, chroni się przed społeczeństwem, które w wolnych wyborach wybrało jego partię do rządzenia krajem.
Randka przy takim zachodzie słońca z pewnością należy do niezapomnianych.
Być może stracił zaufanie do ludzi za to, że jego właśnie wybrali, znając jego obsesje i podły charakter. Dlatego gardzi ludźmi, którzy dla kilkuset złotych gotowi są wybierać najgorszych, nie patrząc na to, że wyniszczają kraj. On jest patriotą i nigdy by się nie sprzedał za kilka srebrników, dlatego pogardę dla ludu okazuje otwarcie każdego dnia. On kocha kraj, ale przecież nie musi kochać ludzi w nim żyjących.
Pod wieczór, gdy nie ma już tyle samochodów, miło jest spacerować również po tak ukwieconych ulicach.
Tutaj, w Meksyku, politycy czy kandydaci na polityków nie chodzą w obstawie, nie jeżdżą zabezpieczonymi samochodami, nie chroni ich wojsko ani policja. Tu nie wydumane, lecz prawdziwe niebezpieczeństwo czyha za każdym rogiem ulicy, w każdej sali narad, spotkań publicznych, biurach polityków i na ulicach.
Market w pobliżu mojego domu wieczorem się nawet dobrze prezentuje
Kartele narkotykowe i gangi działają w Meksyku od wielu lat. Problem w tym, że poszczególne rządy nie potrafią ukrócić ich procederu. Liczba zabójstw w Meksyku, w tym również z tego powodu zamiast maleć, z każdym rokiem rośnie i są one coraz zuchwalsze. W ciągu ostatnich 6-ciu lat zamordowano ponad 25.300 osób. W stanie Jalisco, gdzie przebywam obecnie, zamordowano 1370 osób! W jednym stanie!
Będą tańce! Tancerki przebierają się wprost na Placu przy swoim autokarze, tuż przy amfiteatrze.
Za najbardziej niebezpieczne uznano stan Chihuahua leżący przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi, stan Guerrero, Dolną Kalifornię oraz środek Meksyku ze stolicą włącznie. Jednak stan Jalisco również nie jest wolny od przestępstw. W 2016r uprowadzono tu syna aresztowanego wcześniej bossa narkotykowego „El Chapo”,  Skąd go uprowadzono? Z restauracji w Puerto Vallarta!
Teraz jeszcze warkoczyki i makijaż.
Również w stanie Jalisco, za mojej już tu bytności, zamordowano pod koniec kwietnia trzech studentów szkoły filmowej w rejonie stolicy stanu, Guadalajara. Realizowali oni projekt dla swojej uczelni i nieświadomie chyba sfilmowali posiadłość należącą do jednego z członków kartelu narkotykowego. Zostali porwani przez dwóch uzbrojonych policjantów (lub bandytów przebranych w mundury policyjne), wepchnięci siłą do samochodu i uprowadzeni.
Maska. Upiorna i piękna. Należy do zespołu tanecznego. Czyżby ich maskotka? taka czary-mary bingo?
Byli torturowani, a na koniec rozpuszczono ich w kwasie, co jest coraz częściej stosowaną przez bandytów metodą, aby nikt nie mógł zidentyfikować ofiar. Teraz okazuje się, że wzięto tych studentów za myszkujących ludzi konkurencyjnego kartelu. Ot, tak po prostu. Trzech młodych ludzi brutalnie zamordowano przez pomyłkę. Nie jakichś chuliganów, tylko ludzi z przyszłością. Tyle tu znaczy życie ludzkie.
Na Placu organizują też sobie próby kroków tanecznych
O Polaku Krzysztofie Chmielewskim i Niemcu Holgerze Franz Hagenbushu w San Cristobal de las Casas w stanie Chiapas, to już w Polsce wiecie. Podróżowali rowerami. Cóż za majątek mogli mieć w swoich sakwach, żeby ściąć im głowy maczetami? Prezydent Enrique Pena Nieto nie znalazł sposobu na rozwiązanie  problemu narkotyków, uprowadzeń i morderstw, więc te wybory są dla Meksykanów bardzo ważne ze względu na bezpieczeństwo ich samych.
W oczekiwaniu na występ. Zezwolenie na fotografowanie jest, w końcu panie, to profesjonalne artystki.
Miało być o atrakcjach, a zeszło na tragedie. Tak to jest, jeśli zaczepi się o jakiś niebezpieczny temat. Jedno jest pewne, ludzie żyją wszędzie! W różnych bardzo niebezpiecznych miejscach toczy się normalne życie ludzi niezaangażowanych w żadną politykę, żadną mafię, żadną bandycką organizację. tak, jak w Puerto Vallarta i na moim blogu: piszę o tragediach, a pokazuję zdjęcia występów artystycznych. Bo dzieją się tragedie, morderstwa, wypadki, wojny, a życie nieprzerwanie toczy się dalej.
Gitarzysta i czyścibut. Każdy robi to, co potrafi najlepiej, aby zarobić na życie.
Ludzie pracują, uczą się, prowadzą mniejsze lub większe biznesy, w wolnym czasie spotykają się w przyjacielskim gronie, siedzą przy kawiarnianych ulicznych stolikach lub na parkowych ławkach, tańczą o zmroku na placu miejskim przy żywej orkiestrze, oglądają z Malekonu zachwycające zachody słońca. Cieszą się życiem pomimo okrucieństw dziejących się wokół nich. Trudno to pojąć, ale trzeba się z tym pogodzić.
Meta na Malekonie przy żelaznych  artystycznych krzesłach nad brzegiem morza.
Władze miasta intensywnie pracują nad wymyślaniem i urządzaniem różnych imprez, aby umilić czas turystom, mieszkańcom i rezydentom w Puerto Vallarta. Do takich imprez można zaliczyć skoki rowerzystów. Specjalnie w tym celu wyłączono z ruchu kilka ulic, na skrzyżowaniach ulic ustawiono drewniane skocznie, nawieziono ziemi i urządzono skocznię od gór do morza.
Wszystkie przecznice trzeba przeskoczyć.
Niestety, nie było wyciągów linowych i zawodnicy wraz z rowerami musieli po każdym zjeździe wchodzić na górę o własnych siłach. Po obu stronach zjeżdżalni stała publiczność, która miała możliwość uścisnąć dłoń, poklepać po ramieniu bądź zamienić kilka słów z każdym kolarzem, albo zrobić sobie z nim selfie.
Trasa kolarska. Ciężko pchać rower pod górę w upale, ale selfie i autograf z kibicami musi być.
Każdy z nich mozolnie, w upale pchał swój rower pod górę, aby znowu skoczyć. Skoki były niebezpieczne, ale efektowne z obrotami w powietrzu. Pomyślałam sobie, że gdyby tu mieli zimą śnieg, to by mogli organizować skoki narciarskie w centrum miasta, takie górzyste to Puerta Vallarta. Następnego dnia służby miejskie rozebrały skocznie, wywiozły piach i życie na wszystkich ulicach wróciło do normy.
Oho ho! trochę znosi. Na szczęście karetka pogotowia  jest i czuwa. Obyło się bez wypadku.
Dzień Dziecka był bardzo piękny i wzruszający. Odbywał się pod hasłem „Destapate Dona Vida” co znaczy „Odkryj Darowanie Życia”. Głównie dedykowany był dzieciom niepełnosprawnym dla których dzieci pełnosprawne, czyli zdrowe, urządziły pokazy gimnastyczne, występy taneczne i różne takie śmieszne skecze. 
Destapate Dona Vida! Występy z okazji Dnia Dziecka w Puerta Vallarta.
Gwoździem programu były wyniki akcji zbierania plastikowych kolorowych zakrętek od butelek na zakup sprzętu rehabilitacyjnego dla dzieci. Znana akcja w całym świecie. Te zakrętki są potem przetwarzane na granulat, z którego powstają nowe produkty. Wszystko to dla ochrony przyrody przed nierozkładającym się plastikiem. Akcja toczyła się w całym stanie, być może w całym Meksyku, bo słyszałam wyczytywane nazwy miast też z innych stanów.
Skecze i inne wygłupy dla rozbawienia dzieci przy wesołej muzyce. W tle worki z nakrętkami.
Wywoływali te miasta i te indywidualne osoby, które zebrały najwięcej nakrętek. Wręczali im dyplomy i upominki. Na widowni było sporo dzieci na wózkach inwalidzkich, bo to głównie dla nich impreza była zorganizowana. Świetny pomysł na Dzień Dziecka. Zdrowe dzieci integrowały się z niepełnosprawnymi, a te miały radość  z poczynienia nowych znajomości. Przy dzieciach pracowali młodzi wolontariusze.
Chłopcy z rodzicami i organizatorami już w nowych wózkach. W tle, ciężarówka z nakrętkami.
Za kolumnami sceny stała potężna ciężarówka z workami tych kolorowych nakrętek. Przy wyczytywaniu zwycięzców akcji, wnoszono te worki na scenę, żeby pokazać ile konkretnie zebrali oni nakrętek. Wszystkiemu towarzyszyła fajna muzyka.  Ale było też coś jeszcze. Przywieźli dwa nowe wózki inwalidzkie dla konkretnych dzieci, których rodziców nie stać na zakup nowych wózków, a ze starych dzieci już wyrosły.
Wszyscy entuzjastycznie oklaskiwali braci, którym podarowano wózki inwalidzkie z okazji Dnia Dziecka.
Dwóch niepełnosprawnych braci dowieźli rodzice, którzy byli zawiadomieni o przyznaniu tego prezentu. W meksykańskich warunkach mając w domu dwóch niepełnosprawnych chłopców, to prawdziwy problem. Wiadomo, że nie stać ich na wózki. Wywołani, przy pomocy wolontariuszy, wtoczyli wózki z synami na scenę.
Wolontariuszki pracujące dla dzieci w Dniu Dziecka.
Po krótkiej mowie przedstawiciela fundacji, przekazano chłopcom nowe wózki, większe i nowocześniejsze. Zaraz też przesadzono ich do tych nowych przy aplauzie całego amfiteatru. Rodzice i inni obcy ludzie byli bardzo wzruszeni. Ja też.
Hasło dania: ratujmy delfiny!dzieci malują delfiny i inne morskie zwierzątka
2 czerwca, w sobotę spadł pierwszy deszcz od kilku miesięcy! Znaczy, że zaczęła się pora deszczowa. Nadal jest gorąco, ale nocami pada, aż dudni! Dzisiaj się błyskało i grzmiało za dnia. Sprawiłam sobie żółty nieprzemakalny płaszcz za 60 peso (3,30 $ USA) ponieważ parasole mają tu kiepskie, takie na jeden raz, a pora deszczowa potrwa przecież jakiś czas. Drzewa i kwiaty odżyły!
Dopiero po zachodzie słońca można wreszcie spokojnie wrócić do domu!